Szukaj na tym blogu

niedziela, 10 maja 2015

PŁYŃ "WODO" PŁYŃ


Pisałam już nie raz, że dla wielu jeźdźców siedzących na grzbiecie wierzchowca, ich podopieczny jest "tym" co „mają” i widzą przed sobą. Jeźdźcy prosząc wierzchowca o wykonanie zakrętu, zginają jego szyję, zamiast poprosić o zgięcie w pasie. Próbują wyegzekwować "łopatkę do wewnątrz" lub "zad na zewnątrz" zginając szyję zwierzęcia, zamiast poprosić o zgięcie w pasie i przestawienie zadu. Siłowe zginanie końskiej szyi w dół i ściąganie tam jego głowy oraz siłownie się z końskim pyskiem poprzez wodze, jest nieraz sposobem na „załatwienie” z podopiecznym „kwestii spornych”. Przeświadczenie, że celem samym w sobie jest owo ściąganie głowy i szyi konia w dół, powoduje u adeptów sztuki jeździeckiej nieodpartą chęć sięgania po patenty ułatwiające osiągnięcie celu. Owszem, cel ten zostaje osiągnięty ale przez zadawanie bólu, więc efekt jest miernej jakości. Konie stają się sztywne, przeganaszowane, obolałe, chodzą blokując ruch stawów. Pisząc, w którymś z postów o rozluźnianiu wierzchowca mówiłam, iż takie rozluźnienie jednego miejsca na końskim ciele wpływa na rozluźnianie innych. Efekt rozluźniania rozchodzi się jak kręgi na wodzie. Taki sam efekt (kręgów na wodzie) uzyskuje się prowokując zwierzę do napięć i sztywności. Spięta i walcząca szyja konia "angażuje" do "pomocy" najpierw cały przód, a potem tył ciała. Pisząc: "angażuje do pomocy", mam na myśli: prowokuje i uzyskuje napięcia i sztywności.

W poście pt: „Kontakt z koniem” napisałam: „Wyobraźcie sobie teraz, że ta siła, czy też energia płynąca z intensywnie pracującego zadu konia jest jak rwący strumyk, który docierając do swobodnego przodu zwierzęcia „prowokuje” go do pociągnięcia wszystkiego, co zostało zanurzone w jego nurcie. Tym czymś jest wędzidło trzymane naszymi „oddanymi” rękoma”. Chciałabym teraz wrócić do tego wyobrażenia o płynącym strumyku. W rozluźnionym ciele pracującego wierzchowca, gdy wszystkie stawy mają szansę swobodnie i efektywnie pracować, energia „wypływająca” z ruchu zadu „przepływa” przez cały grzbiet zwierzęcia docierając aż do „czubka nosa”. Ta energia powinna być jak nieustannie płynący strumień wody. Strumień płynący nie leniwym, ale spokojnym i równym nurtem. Taka „przepływająca woda” masuje i rozciąga mięśnie pleców i szyi waszego podopiecznego „prowokując je do prężenia w górę. Dzięki temu końska szyja „opada” w dół i żadne zewnętrzne i siłowe „manewry” nie są jej potrzebne do ustawiania i utrzymania w takiej pozycji. Muszę tu zaznaczyć, że owo przepływanie strumienia nie jest ruchem konia. Nie chodzi tu bowiem o tempo czy rodzaj chodu. Nurt energii „wypływającej” z pracującego zadu powinien być zawsze równy i spokojny. Zmienia się jego wartkość w zależności od trudności zadania stawianego przed zwierzęciem i powinna być ściśle określona przez jeźdźca, ale dopasowana do fizycznych możliwości podopiecznego. Powinien być taki w stępie, kłusie, galopie, a nawet podczas pozycji stój. Nie powinien się zmieniać (raz rwący, a raz leniwy), gdy prosimy konia o ruch wyciągnięty i powinien pozostać taki sam, gdy ćwiczymy piaff. Nie powinna istnieć możliwość przykręcania strumienia wody jak w kranie i puszczania go ze zwiększonym impetem.

Niestety jednak taka możliwość istnieje. Takim kurkiem jest miejsce na grzbiecie konia tuż za waszym siodłem. Tamą na „rzece”, burzoną i odbudowywaną ponownie, bywa bardzo często staw krzyżowo-biodrowy. Wierzchowiec usztywniając go i blokując swobodę ruchu „zamyka przepływ wody”. I znowu nie ma to nic wspólnego z poruszaniem się do przodu. Koń, nawet w najwyższym z chodów, może mieć zablokowany przepływ „energii”. Zaczynają się wówczas pojawiać „najpopularniejsze” problemy z koniem. Zadarta głowa i szyja, „uciekanie” na boki, „wypadanie” łopatką, „rzucanie” głową, wyszarpywanie wodzy, brak chęci do ruchu ( koń nie jest samoniosący)-trzeba konia nieustannie pchać. Jeźdźcy robią to zazwyczaj przy pomocy uciskających koński grzbiet swoich bioder, co pogłębia usztywnienie pleców podopiecznego. Kolejny problem wynikający z braku przepływu strumienia z tylnej części konia, to przeciążony jego przód. Staje się on źródłem napędu zwierzęcia ,a to powoduje, iż szuka ono oparcia i uwiesza się, poprzez wodze, na rękach jeźdźca.

Cóż zatem należy zrobić, by odblokować przepływ energii? Pracować łydkami i odciążać koński grzbiet poprzez aktywny dosiad. Najważniejsze jest jednak to, byście wyobrazili sobie płynącą wzdłuż końskiego grzbietu wodę(poczynając od zadu) i wypracowali sygnał dawany łydkami „mówiący”: płyń „wodo” płyń. Jedna z moich uczennic, nie mogąc uzyskać efektu, poprosiła o bacik. Jej łydki „pracujące” ze szkółkowego przyzwyczajenia, tak by uciskać konia, nie przekazywały właściwej informacji podopiecznej. Poprosiłam koleżankę, by zastanowiła się: czy bacik uciskał by konia? Nie!!! Pracowałaby nim na zasadzie dawania impulsu. Nie chcąc, by bacik ujeżdżeniowy stał się narzędziem do zadawania bólu, jeździec powinien wprawić go w wibrujący ruch. Dzięki temu pędzelkowata końcówka bacika „łaskocze”, „drażni”, „podszczypuje” koński bok. Nikt nie zaprzeczy, że wierzchowce na taki impuls reagują. Nie dałam amazonce bacika, gdyż to jeszcze bardziej „rozleniwiłoby” jej łydki. Zamiast tego, poprosiłam by zaczęła pracować nimi jakby były dwoma ujeżdżeniowymi bacikami. Efekt był natychmiastowy. „Strumień popłynął”.

Ale tu pojawia się następny problem. Jeżeli jeździec nie będzie umiał swoim dosiadem przekazać informacji, jakim „nurtem” ma płynąć „woda”, „tryska” ona z dużym impetem, jak z węża strażackiego. Koń traci równowagę i zachowuje się, jak wystrzelony z procy. Nie radząc sobie z odzyskaniem równowagi, wierzchowiec ponownie blokuje staw krzyżowo-lędźwiowy (buduje tamę). Błędne koło. Zatem, zanim zburzycie tamę, pomyślcie o tym, że chcecie płynąć spokojnym, równym i wygodnym nurtem na bezpiecznej „rzeczce”. Siedzicie sobie w łódeczce, która nie przyspiesza i nie zwalnia. Rozłóżcie równo na strzemiona swój ciężar. Powinien on być zawsze taki sam, bez względu na to, czy opieracie pośladki na siodle, czy podnosicie z niego. Mięśnie brzucha wciągnięte, mięśnie pleców rozciągnięte. Zapieracie się lekko ciałem (bez odchylania do tyłu) „mówiąc” podopiecznemu: „uwaga, zaraz określę tobie tempo jakim ma „płynąć” w tobie energia.

Na koniec chciałam zwrócić waszą uwagę na to, że „przykręcanie kurka i odkręcanie go z większym impetem” zdarza się najczęściej przy przejściach z jednego chodu w drugi. Zadzieranie głowy, wieszanie się na wodzach-czyż nie obserwujecie tego przechodząc ze stępa do kłusa, z kłusa do galopu? A gdy koń ruszy już galopem-czyż nie zachowuje się niejednokrotnie jak „wystrzelony z katapulty”? To samo uczucie towarzyszy przejściu z galopu do kłusa. A z kłusa do stępa-tu kurek zakręca się automatycznie. Chcę was namówić byście próbowali „pokonywać” przejścia wraz z waszym wierzchowcem, nieustannie przekazując informację: „płyń wodo płyń” (nawet przy przejściach do niższego chodu), określając do tego, aktywnym dosiadem, tempo nurtu.


wtorek, 5 maja 2015

BYĆ LEKKIM W SIODLE


Wierzchowce czują najlżejszy dotyk. Czują najlżejsze nawet muśnięcie naszej dłoni. Delikatny dotyk ma na konie wpływ rozluźniający i odprężający. Delikatne obchodzenie się z tymi zwierzętami nie sprowokuje u nich napinania się, odruchu buntu i chęci do ,,walki". Dlatego im "lżejszy" i delikatniejszy jest człowiek siedzący w siodle, tym mniej spięte i „twarde” są plecy wierzchowca. Im „lżejszy” „pasażer”, tym łatwiej zwierzęciu rozciągać mięśnie grzbietu i wyprężać ten grzbiet w górę. Nie muszę chyba mówić, że tylko taka właśnie praca grzbietu pozwala koniowi na swobodne niesienie jeźdźca. Słowo lżejszy specjalnie zamknęłam w cudzysłów. Nie chodzi mi bowiem o to, że człowiek ma mało ważyć. Człowiek ma wyobrażać sobie, że jest lekki, dzięki czemu jego mięśnie nie będą spięte i ciężkie, tylko "gąbczaste" i lekkie. Do tego wszystkiego, jeździec ten swój ciężar powinien oprzeć w strzemionach.

Nasza wyobraźnia, nasze myśli mają ogromny wpływ na to w jakim stanie znajduje się nasze ciało. Nasze wyobrażenie o nim może spowodować, że stanie się lżejsze albo cięższe. Mój znajomy stał się "bohaterem" pokazu, którego tematem był wpływ ludzkiego umysłu na organizm. Stał się tym bohaterem, bo był najcięższą osobą z całej widowni. Miał być podnoszony przez kilku "współ widzów". Za pierwszym razem miało go podnieść czterech mężczyzn a on miał wyobrazić sobie, że jest ciężkim głazem. Zrobił to. W efekcie czwórka towarzyszy nie była w stanie mojego znajomego "ruszyć z posad". Przy drugim podejściu w swojej wyobraźni znajomy miał stać się lekki jak piórko. W takim stanie umysłu i ciała, podniosły go bez problemu dwie osoby.

Podczas jazdy wierzchem, człowiek powinien przez całą jazdę na koniu, wyobrażać sobie lekkość swojego ciała, siedząc równocześnie bardzo głęboko w siodle. Ta lekkość bowiem nie powinna wynikać ze "wspinania się" nad siodło. Jeździec nie powinien stawać w strzemionach na palcach, by być jak najwyżej nad siodłem. Wyobraźcie sobie swój tors jako balon wypełniany, przez cały okres pracy na koniu, ciepłym powietrzem. Powietrze to "wdmuchiwane" jest w wasze ciało w dolnej części ud, tuż przy kolanach ale od zewnętrznej ich strony. To ciepłe powietrze napręża powłokę balonu, ciągnąc ją przede wszystkim w górę. Takie wyobrażenie pozwoli wam prostować ciało bez napinania mięśni. Mięśnie ud, pleców, brzucha będą się rozciągać ale pozostaną miękkie, elastyczne i sprężyste.

Jednak balon ten, lekki i "wyrywający" się w górę, powinien być stabilny dzięki balastom "trzymającym" go w miejscu. „Ciężarki zawieszone na linach” przytwierdzonych do "balonu" nie powinny pozwolić mu "odlecieć". Tymi ciężarkami u jeźdźca muszą być jego stopy. Dokładnie tak. Musicie wyobrazić sobie swoje stopy jako ciężkie kamienie. Zasada pracy z koniem powinna być taka, że im trudniejsze zadanie do wykonania ma wasz podopieczny, tym lżejszy powinien być balon, a w związku z tym cięższe kamienie. Ciężar stóp nie powinien jednak wynikać z siłowego ciśnięcia na strzemiona. Jak już pisałam, to kwestia wyobraźni, a przede wszystkim prawidłowego ułożenia owych stóp oraz łydek i ud. By się nie powtarzać, odeślę was w tym miejscu do postu pt: „Głębokie siedzenie w siodle”. W prawidłowym ułożeniu waszych dolnych kończyn pomoże myśl, że liny, które łączą „balon” z ciężkimi balastami, biegną wzdłuż wewnętrznej strony nóg, począwszy od stawu biodrowego po podeszwę stóp na wysokości pięt. Liny te muszą być naciągnięte i nieustannie powinny „opuszczać” „kamienie” w dół, by leżały płasko na powierzchni ziemi-strzemion. Gdy zaczynacie stawać w strzemionach na palcach, gdy pięta „ucieka wam w górę, gdy całkowicie tracicie „kontakt” ze strzemionami, oznacza to, że liny podciągają „kamienie” w górę. By tego uniknąć musicie pamiętać, że liny oplatają miękki obły kształt, którego nie powinny ściskać. „Podciąganie balastów” w górę zazwyczaj zaczyna się już na poziome waszego kroku. Ściskające grzbiet konia, jak imadło, liny (mięśnie ud) podnoszą tors jeźdźca nad siodło i ciągną za sobą stopy. Oczywiście mówię o sytuacji, w której ułożenie waszych nóg pozwala na odczucie, iż liny są napięte i ułożone w pionie. Przy luźnych „linach” leżących biernie na fotelu (na siedzisku i opuszczone ku podłodze) najpierw trzeba poprawić ich ułożenie i „zaprząc do pracy”.

Cóż jeszcze „podnosi” ze strzemion ciężkie stopy albo „sprawia”, że „stają się lekkie”? Niewłaściwy sposób dawania sygnałów końskim bokom. Pokusą, często nie do odparcia, jest chęć zadziałania piętą, by przekazać podopiecznemu jakąś informację. Szczególnie wówczas, gdy jeździec zakłada, iż zwierzę będzie nieposłuszne albo, gdy faktycznie nie odpowiada na prośby jeźdźca. Wasze pięty w ogóle nie powinny brać udziału w „rozmowie” z wierzchowcem. Dając sygnały łydkami, powinniście założyć, że pracujecie napiętymi linami na tym właśnie odcinku kończyny . Muszą być one jak struny w instrumencie-zawsze naciągnięte. W momencie puknięcia w koński bok „struna powinna zagrać wysoką nutą”.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

NA "PATRONITE" - PASAŻ

NA "PATRONITE" - PASAŻ
Zastanawiasz się, dlaczego Twój koń ma problem z wykonaniem pasażu. Prosisz o pomoc lepszych od siebie jeźdźców albo instruktorów, jednak ich wysiłki idą na marne. Wydaje się być logicznym konieczność przytrzymania na wodzach konia do wykonania tej figury. Jednak jedynym efektem takiego działania wodzami oraz działania dosiadem, ostrogami i batem dla podtrzymania kłusa i nadania rytmu, jest zdecydowany bunt zwierzęcia. Zastanawiasz się co jest przyczyną. Należy ją znaleźć, żeby móc problem rozwiązać. I to jest kolejny problem: jak znaleźć ową przyczynę? Może wspólnie znajdziemy. Zapraszam do współpracy.

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA
Zastanawia mnie to czy takie " branie konia na kontakt" jest po prostu pół-paradą? Nie, to jak określiłaś „branie konia na kontakt”, to nie jest pół-parda. Na kontakcie powinno się pracować przez cały czas przebywania na końskim grzbiecie. Natomiast pół-parada jest swego rodzaju „ostrzeżeniem” dla wierzchowca: „uwaga, za chwilę o coś cię poproszę”.

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”
„Piszę z pytaniem,........ bardzo chciałabym poznać lepiej twój sposób szkolenia jeźdźców i koni, czy jest jakaś możliwość bym mogła....... uczestniczyć w prowadzonych przez Ciebie lekcjach ? Mam dwie chętne ręce do pomocy i jeśli jest jakaś możliwość bym mogła się czegoś nowego nauczyć to bardzo chętnie podejmę się takiej możliwości....” Jakiś czas temu odezwała się czytelniczka mojego bloga z takim właśnie pytaniem. Ale dopiero teraz „rozmowa” z nią natchnęła mnie do nowego pomysłu. Sposób pracy z wierzchowcami jaki propaguję dla wielu jeźdźców jest zupełną i często niezrozumiałą nowością. Jednak człowiek jest z natury ciekawskim „stworzeniem”. Myślę, że wśród jeźdźców, którzy trafiają na łamy mojego bloga jest wielu ciekawskich. Nie znaczy to, że od razu chcieliby zacząć trenować nowy sposób jazdy. Mam taką ofertę: proponuję chętnym dzień z „Pogotowiem jeździeckim”. Każdy mój dzień w stajni to praca z 4/5 końmi. Są to treningi m.in. dzieci na kucu, praca z końmi na lonży, praca wierzchem. Chętna osoba będzie mogła przyjrzeć się mojej pracy. Odpowiem na wszystkie pytania. Pokażę propagowany przeze mnie dosiad. Wskażę różnice w tym dosiadzie i dosiadzie jeźdźca, jeżeli zdecyduje się on wsiąść na wierzchowca. W zakładce: „współpraca” będę na bieżąco informowała o możliwych terminach takiej współpracy. Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl

Pogotowie jeździeckie

List od czytelniczki

List od czytelniczki
"Koń jest partnerem", "poproście konia", "współpracujcie"... Tak rzadko się to słyszy w polskich szkółkach. Moja przygoda z jeździectwem trwa od ok. 4 lat, choć jest bardzo nieregularna i nie przynosi takiej radości, jakiej się spodziewałam, ze względu na to, że nie umiem znaleźć dobrego instruktora, szkółki. Dlatego szukam miejsca, w którym ktoś pokazałby mi jak wspaniałe są konie, a także uświadomił, pokazał, wyjaśnił w kwestiach anatomii, psychiki, mechaniki ruchu, zachowań konia. Kogoś, kto mógłby mi pokazać, że można jeździć bez szkody, a nawet lepiej - z pożytkiem - również dla koni.  Nie oczekuje klubu z profesjonalnym trenerem, ani stanięcia na podium w zawodach (choć nie twierdzę, że jest to coś złego). Po prostu chcę zrozumieć konie, ich zachowania, żeby nauczyć się współpracy w harmonii, opartej na wzajemnym porozumieniu i szacunku... Chcę nauczyć się ich słuchać i z nimi "rozmawiać". Dużo uczę się sama - czytam artykuły, blogi, książki, oglądam filmiki, obserwuję treningi. Jednak mam sporo pytań, problemów, lęków, popełniam mnóstwo błędów. Ale mam też w sobie pasję, miłość i empatię dla koni. I chęci. Bo ja naprawdę chcę.  Niestety z każdą stajnią coraz bardziej się rozczarowuję. Wiele razy słyszałam, że coś się robi "bo tak" albo "skoro nie chcesz użyć bata to nie pojeździsz". Tylko że ja nie chcę jeździć za wszelką cenę... Pragnę się rozwijać, ale jeżdżąc w sposób wymuszany cierpieniem - cofam się. Nie chcę, żeby koń wykonywał moje polecenia ze strachu czy bólu. Moim marzeniem jest współpraca z końmi, oparta na wzajemnym szacunku i porozumieniu. Śląsk, okolice Katowic.  (w promieniu do ok. 30km) Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl