Szukaj na tym blogu

sobota, 5 sierpnia 2017

PRZYCZYNY I SKUTKI


Wielu jeźdźców ma problemy z dogadaniem się ze swoim wierzchowcem co do tempa marszu, podczas ich wspólnej pracy. Mówiąc jaśniej, konie rozpędzają się kiedy i jak chcą albo wloką się, nie zważając na zachęty jeźdźca, namawiające do energicznego chodu. Takie zachowanie konia ma swoje przyczyny, które należy znaleźć i „odpracować”. Niestety większość amatorów jeździectwa próbuje walczyć ze skutkami tych przyczyn, czyli właśnie z samowolnie nadanym tempem przez podopiecznego. Walka ta polega na używaniu wodzy jako hamulca. Jeszcze pół biedy byłoby, gdyby jeźdźcy próbowali poprzez wodze przekazać zwierzęciu prośbę: „zwolnij”, a po jej przekazaniu pozwolili, żeby koń na tą prośbę odpowiedział. Niestety większość adeptów sztuki jeździeckiej chce zaciągniętym wędzidłem wierzchowca wyhamować. Nawet, jeżeli ostatecznie koń zostanie wyhamowany albo zatrzymany w ten sposób, to z bardzo złymi skutkami dla obu partnerów. Jakie to skutki? Przy takim „porozumiewaniu się”, i koń i jeździec napinają i usztywniają mięśnie oraz stawy do granic możliwości. Koń uczy się relacji z człowiekiem na zasadzie próby sił. Szybko też uczą się wierzchowce, że są silniejsze od człowieka i w dalszych relacjach same prowokują jeźdźca do używania wobec nich siły. Robią to, mimo odczuwanego bólu po to, by móc się z pasażerem zmierzyć i wygrać. To trochę tak, jakby koń „zapraszał” opiekuna na ring bokserski i wykrzykiwał: „chodź się bić”. Większość jeźdźców daje się na to namówić i staje do walki. Jeźdźcy wchodzą na ten ring, bo nie potrafią pokazać zwierzęciu, że nie chcą się bić, że chcą porozmawiać i przekonać podopiecznego do współpracy. Konie uczą się też, że „bicie się” z człowiekiem jest dużo łatwiejszym zadaniem niż skupianie się, uczenie się, rozumienie poleceń i samodzielne ich wykonywanie. Wierzchowce uczą się wówczas również, że polecenie wysyłane przez jeźdźca wiąże się z bólem i myślą, że tak już musi być. Myślą, że mają wykonać polecenie tylko wówczas, gdy poczują ból. Dlatego też wiele koni nie potrafi zareagować na delikatny i subtelny sygnał. Niektórzy z jeźdźców nauczyli się tak mocno zadawać wędzidłem ból, że koń uciekając przed nim, chowa głowę między przednie nogi. Faktem jest, że zwalnia wówczas tempo, jednak taka „praca” według mnie podpada już pod znęcanie się nad zwierzęciem. To, że konie nie skomlą i nie wyją z bólu nie oznacza, że go nie odczuwają. Okażcie im swoją miłość poprzez zdobywanie wiedzy, poprzez wyobrażenie siebie w ich skórze.

Dodam jeszcze, że używanie wodzy jako hamulca, że siłowe zaciąganie wodzy i długotrwałe ciągnięcie ich, aż do osiągnięcia celu jest błędem. I to bez względu na to, czy na ich końcu znajduje się wędzidło i bez względu na to jakie to wędzidło jest. Siłowe ciągnięcie i zaciąganie wodzy jest nadal błędem również wówczas, gdy są one przyczepione do jakiegoś paska w ogłowiu bez - wędzidłowym albo do kantara czy haltera. Błędem jest również zaciąganie i siłowe ciągnięcie za cordeo. Cóż z tego, że nie ma wędzidła w pysku konia. Siłowe ciągnięcie tymi wszystkimi „pomocami” jest próbą zrobienia czegoś za konia, a nie przesłaniem prośby. Wszystkie te „pomoce” mogą zadawać ból i doprowadzać do złych skutków, które wyżej opisałam.

Kiedy już przekonacie się, że nie należy walczyć ze skutkami, pozostaje znaleźć przyczyny samowolnego nadawania tempa przez zwierzę. Przyczyn może być wiele ale parę z nich jest standardowych.

Wyhamowywanie zwierzęcia zaciągniętymi wodzami, to właśnie jedna z przyczyn rozpędzania się konia. Kolejnym błędem i przyczyną jest bezmyślne podążanie za ruchem konia, a tym samym nadanie swoim biodrom i ciału, tempa i rytmu narzuconego przez wierzchowca. Nadmierne tempo zwierzęcia zaobserwować można głównie podczas kłusa i galopu. Zacznijmy od kłusa anglezowanego. Koń często zwalnia i przyspiesza na zmianę, a jeździec anglezuje jak mu wierzchowiec „każe”. Czasami tempo kłusa jest stałe ale tak duże, że pasażer nie jest w stanie nadążyć z anglezowaniem ale dzielnie próbuje. Przy okazji oczywiście wisi na wodzach, mając nadzieję, „że ręczny hamulec” zadziała. Taki widok kojarzy mi się zazwyczaj z pływaniem „rozpaczliwcem” – machanie kończynami bez ładu i składu i bez efektu płynięcia. W przypadku, gdy koń się wlecze , jeździec podczas anglezowania nadmiernie wyskakuje ponad siodło, próbując chyba w ten sposób nadać mu większe tempo ruchu. W galopie z nadmiernym tempem podopiecznego jeźdźcy radzą sobie w dwojaki sposób. Odchylają się maksymalnie do tyłu gdy jadą w pełnym siadzie – dotyczy to również kłusa wysiadywanego, albo przyjmują postawę w pół – siadzie i znowu w obu przypadkach nieustannie trzymają zaciągnięte wodze. Gdy koń ledwo idzie, jeźdźcy z całej siły pchają go biodrami i zaciśniętymi pośladkami, żeby wprawiać jego ciało w ruch. Tyle tylko, że w kłusie i stępie przy zbyt wolnym tempie, jeźdźcy oddają wodze, nawet zostawiają je luźne, a przy leniwym galopie trzymają je ciągle zaciągnięte. Tak czy siak, człowiek podąża za ruchem konia przez niego nadanym. Tak wiem - zawsze i wszędzie uczą /i uczono/, że jeździec ma za ruchem konia podążać. Owszem, ale to człowiek jako „kierowca” powinien najpierw określić jaki ten ruch ma być, a potem za koniem i jego ruchem podążać. A jaka jest przyczyna tego, że jeźdźcy nie potrafią tego ruchu podopiecznemu narzucić? Że zupełnie abstrakcyjna jest dla nich informacja, że koń powinien stawiać kroki w rytmie i tempie anglezowania jeźdźca? Amatorzy jeździectwa są przekonani, że człowiek ma anglezować w tempie i rytmie stawianych końskich kroków.


Jednak główną przyczyną samowolnego nadawania tempa przez wierzchowca jest brak zrównoważenia jego ciała. Wiele koni pracuje bez zaangażowanego zadu i z przeciążonym przodem. Większość jeźdźców nie potrafi wyczuć i zobaczyć, czy wierzchowiec idzie od zadnich kończyn i czy odciąża przednie. Niestety, właśnie zbyt aktywny i pędzący ruch zwierzęcia odczytują, jako aktywność zadu. Na łukach konie zmagają się z przeciążeniem wewnętrznych kończyn, co jest również przyczyną samowolnego zwiększania tempa przez zwierzę.

A wszystko to razem wzięte jest przyczyną wieszania się wierzchowca na wodzach i wyszarpywania przez niego wodzy. Czyli mówiąc inaczej- jeżeli wasz wierzchowiec obciąża ciężarem swojej głowy i szyi wasze ręce, to jest to skutkiem braku równowagi zwierzęcia, braku zaangażowania zadu i skutkiem nadmiernego tempa. Mieszanie wędzidłem w buzi konia, jak i również podtrzymywanie na wodzach opartej głowy i szyi zwierzęcia jest próbą walki ze skutkiem. Nauczcie się niwelować przyczyny, walka ze skutkami to walka z wiatrakami. W tym przypadku może ona jedynie doprowadzić do przeganaszowania konia.

I tym samym mamy kolejny skutek – chowanie się wierzchowca za wędzidło. Przyczyną tego zjawiska jest ból jaki wędzidło zadaje w pysku konia. Z przeganaszowaniem mało kto jednak walczy. Przecież tak ładnie koń zgina szyję – jak łabędź, no i przestaje wisieć na wodzach. Zapewniam was, że nie ma w tym nic ładnego. Chowając się za wędzidło koń wybiera ból szyi, żeby pozbyć się bólu w pysku.

Boląca szyja jest za to przyczyną rzucania głową przez zwierzę. Robi to zazwyczaj w momencie, gdy tylko jeździec odpuści swój uścisk „łamiący” szyję. Wierzchowiec rzucający głową nie tylko daje znać, że odczuwa ból i dyskomfort, równocześnie informuje opiekuna, że ma za słabe mięśnie u nasad szyi, by samodzielnie ją nieść. Siłowe przyblokowanie ruchu końskiej szyi, by zwierzę nią nie rzucało jest więc walką ze skutkami i nie niweluje przyczyn czyli bólu i słabych mięśni.
Przeganaszowanie, przeciążenie przodu i brak pracy od zadu jest przyczyną braku chęci konia do ruchu. Jest przyczyną tego, że trzeba wierzchowca pchać. Taki koń nie będzie sam się niósł. Konieczność pchania niezbyt chętnego wierzchowca jest również skutkiem jego słabego zadu. Czyli zamiast pchać takie zwierzę, trzeba nauczyć go samo - niesienia i nauczyć pracować z obciążonym zadem, dzięki czemu nabuduje i wzmocni tam mięśnie.

Ostatnio podpowiedziałam młodziutkiej amazonce pomykającej na rozpędzonym koniu, żeby wyobraziła sobie w kłodzie swojego wierzchowca wielką metalową kulę, która może przetaczać się bez przeszkód z tyłu do przodu i z powrotem. Powiedziałem, że akurat jej podopieczny nosi tą kulę z przodu ciała. Zaproponowałam, żeby podczas kłusa dała zwierzęciu sygnał wodzami ale taki, jakby chciała klepnąć ową kulę z myślą przetoczenia jej na zad zwierzęcia. Jej wałaszek bardzo ładnie zareagował i zwalniał za każdym razem po dwóch – trzech klepnięciach. W którymś momencie amazonka musiała użyć popędzających łydek, ponieważ koń zaczął iść zbyt wolnym kłusem – jakby nie miał sił. Powiedziałam amazonce, że po odciążeniu przodu ma konia do pchania, a nie pędzącego. Ona na to, że nie chce mieć wierzchowca do pchania. Pchasz go, mówię, bo ma zbyt słaby zad na to, żeby obciążony kulą mógł swobodnie pracować. Ale jak ma zwierzę go wzmocnić skoro kula jest nieustannie z przodu ciała podczas jego pracy?

A co z końmi, które chodzą z zadartą głową? Jak radzą sobie jeźdźcy tym problemem? Oczywiście zwalczają skutek przy pomocy siły rąk i ciała oraz wszelkich możliwych patentów, naginają szyję i ściągają koński łeb w dół. Po takim działaniu przyczyny tego problemu pozostają. Pozostaje wklęsły grzbiet, przeciążony przód, leniwy zad. Zwalczony skutek nie naprawi przyczyn.
Ktoś zapyta – a podczas pracy na koniu na łukach i kołach, „wpadanie” zwierzęcia do wewnątrz i ścinanie zakrętów albo „wypadanie”, inaczej wynoszenie na zewnątrz łuku, to przyczyna czy skutek? Oczywiście, że skutek. Skutek źle ustawionych końskich łopatek, zadu i całego ciała, a także przeciążania jednego boku. Pchanie konia łydką albo odciąganie wodzą, żeby się przesunął i wrócił na wyznaczony tor, to walka ze skutkiem. Walka ta przynosi niewielkie rezultaty i pozostawia nie rozwiązany problem, pozostawia nie zniwelowane przyczyny.

Przede wszystkim jednak i bardzo często przyczyną wszystkich skutków jest brak umiejętności jeźdźca do pracy właśnie nad niwelowaniem przyczyn. Przy tej pracy trzeba myśleć, rozumieć, uczyć się, umieć uczyć konia. Dużo bardziej prosta wydaje się być walka ze skutkami. W tym przypadku potrzebna jest do pracy tylko siła.


czwartek, 27 lipca 2017

PIĘTA W DÓŁ


Napisała do mnie ostatnio czytelniczka, korzystając z gadżetu: „wyślij wiadomość”, zainstalowanym na moim blogu. Próbowałam odpisać na maila podanego jako nadawczy ale otrzymywałam informację od poczty, że z przyczyn technicznych moja wiadomość nie została dostarczona. Postanowiłam więc odpowiedzieć amazonce pisząc post na bloga. Pytanie amazonki dotyczyło ułożenia stopy w strzemieniu – ułożenia z piętą w dół. Temat przerobiony jest w internecie setki razy. Podejrzewam jednak, że porady, które można tam znaleźć owej amazonce nie pomogły. Nie wiem czy uda mi się wymyślić poradę, której nie ma jeszcze w necie. Ale spróbuję pomóc.

W korespondencji przysłanej do mnie czytelniczka napisała: „...od jakiegoś czasu szukam ćwiczeń na rozciągniecie ścięgien z tyłu pięty, by moja stopa mogła układać się dobrze w strzemieniu (nie zadzierała się)...” Problem z internetowym udzielaniem porad polega głównie na tym, że opieram je na wyobrażeniu sobie problemu. Wyobrażeniu, przede wszystkim, dosiadu osoby pytającej ale też sposobu w jaki pracuje z koniem. Zapewne dość często wyobraźnia podpowiada mi wizję nie dokładnie odzwierciedlającą rzeczywistość. Mimo tego mam nadzieję, że moja odpowiedź będzie pomocna.

Justyno, Twoje problemy nie biorą się z nierozciągniętych ścięgien z tyłu pięty. Podejrzewam, że przyczyną problemów z ułożeniem stóp w strzemionach są zbyt wysoko zadarte kolana podczas siedzenia w siodle. Zadzieranie kolan zaś jest efektem trzymania się kolanami siodła albo mocno zaciśniętych pachwin. Żeby zrozumieć o co mi chodzi usiądź na krześle jak na koniu – okrakiem. Trzymaj oparte na podłodze pełne stopy. Powiedzmy, że podłoga to są strzemiona i nie chcesz od nich oderwać całych stóp. Potem podciągnij w górę kolana. Efektem tego ruchu będzie oderwanie pięt od podłogi i zadarcie ich w górę. Siedząc w siodle człowiek musi prawidłowo ustawić całe nogi, żeby stopy układały się w strzemionach bez zadzierania pięt. Zanim jednak zaczniesz układać nogi sprawdź, czy siodło leży na koniu w równowadze. Źle ułożone siodło uniemożliwia pracę nad poprawieniem dosiadu.

Co to znaczy, że siodło jest w równowadze? Pisałam o tym w poście pod tytułem: „Rząd koński”.

Po założeniu siodła na grzbiet konia w wyobraźni puść niewielką piłeczkę, żeby toczyła się od łęku do łęku. Kończąc turlanie piłka powinna zatrzymać się dokładnie na środku siedziska siodła. Wówczas leży ono na koniu w równowadze. Jeżeli piłeczka zatrzyma się bliżej przedniego albo tylnego łęku, to ułożenie siodła musisz poprawić przez podłożenie odpowiednich podkładek albo zmienić siodło na takie, które leży w równowadze.

Zastanawiasz się pewnie: dlaczego ściskanie i trzymanie się siodła „podnosi” pięty w górę? Siodło na grzbiecie konia zwęża się ku górze. Ściskanie stożka czymkolwiek z dwóch stron będzie powodowało ślizganie się tego czegoś w górę. Wyobraź sobie, że chcesz szczypcami chwycić przedmiot przypominający kształtem namiot. Chwycić na tyle mocno, żeby go podnieść. Im mocniej będziesz ściskała szczypce, tym mocniej ich ramiona będą ślizgały się po bokach przedmiotu w górę. Kolana jeźdźca nie „podejdą” wprawdzie na sam szczyt siodła ale na pewno na tyle, żeby utrudnić ułożenie stopy w strzemieniu. Żeby kolana mogły zjechać po tybinkach w dół, jak po zjeżdżalniach, muszą rozluźnić ucisk.

A co z zaciśniętymi pachwinami? Wyobraź sobie, że jesteś książką. Twoje pachwiny to środek otwartej książki. Podczas pracy w siodle książka powinna jak najmocniej otwierać swoje obie części - jak do czytania. Czyli, że kąt między jej częściami powinien być rozwarty. Bliższy 180° niż 90°. Większość jeźdźców zamyka książkę, zaciska środek czyli pachwinę. Skoro zamykają się uda, to ciągną tym samym kolana w górę.


Wracam do ćwiczenia na krześle. Przy podciąganiu i obniżaniu kolana zwróć uwagę na swoje stawy skokowe. Im wyżej trzymasz kolana tym bardziej otwarty jest kąt między stopą a przodem dolnej części Twojej nogi. Przy postawieniu na ziemi całej stopy ten kąt zamyka się. Zrób kolejny ruch- siedząc na krześle cofnij stopy mocno do tyłu, bez zadzierania pięt. Cofnij aż pod swoje pośladki. Kolana Twoje „zejdą” wówczas jeszcze niżej, a wcześniej wspomniany kąt jeszcze mocniej się zmniejszy. Co czujesz? Pewnie dyskomfort i lekki ból wzdłuż kości piszczelowej i we wspomnianym zgięciu. Człowiek podczas pracy na koniu podświadomie chroni się przed tym dyskomfortem. Niestety sport wymaga poświęceń. Musisz, mimo bólu, cofać łydki do tyłu, obniżać kolana i pozwolić na mocne zgięcie stawów skokowych. Po jakimś czasie dyskomfort minie. Minie, gdy rozciągną się mięśnie i ścięgna w całych nogach. Człowiek podświadomie chroni się przed bólem i zadziera pięty. Spróbuj nad tym podświadomym odruchem zapanować.

Kolejną przyczyną zadzierania pięt jest sposób pracy z koniem. Sposób przekazywania mu sygnałów łydkami poprzez dźganie piętami. Laik czytający ostatnie zdanie pomyśli, że napisałam jakąś bzdurę. Jednak, o ironio, zdanie „mówi” o prawdziwej sytuacji dotyczącej, niestety, bardzo wielu jeźdźców. Wszyscy instruktorzy i trenerzy jeździectwa podczas pracy z parą jeździec – koń wydają polecenie: działaj łydkami”. Nigdy nie słyszałam polecenia: działaj piętą”, a większość jeźdźców próbuje rozmawiać z wierzchowcem wbijając mu owe pięty między żebra. Prawda jest też taka, że ci sami instruktorzy i trenerzy, o których wspomniałam wyżej, rzadko korygują ten błąd jeźdźców. Mało tego, szkoleniowcy sami wbijają koniom pięty w boki ciała, szczególnie przy trudniejszych figurach ujeżdżeniowych. Im mniej koń reaguje na sygnały, tym mocniej jeźdźcy zadzierają pięty, żeby wzmocnić siłę pchania. Nie mówiąc o pomocy w postaci ostróg. Pracę pomocami przekazującymi prośby zwierzęciu można porównać do zwykłej ludzkiej rozmowy. Siłowe działanie piętami i ostrogami nie jest już rozmową. Jest kłótnią polegającą na tym, że jeździec niemiłosiernie się wydziera i przechodzi do „rękoczynów”, a koń zatyka uszy i stawia opór. Nawet, gdy wierzchowiec wykona w końcu polecenie, to nie dlatego, że je zrozumiał. Zrobi to, bo zostanie pchnięty i przymuszony poprzez zadawanie bólu. Rozwiązaniem tego problemu jest długa i trudna praca nad sposobem porozumiewania się ze zwierzęciem poprzez dialog. A najlepsza jest taka rozmowa, którą można porównać do subtelnego szeptu. O takim sposobie rozmowy między człowiekiem i koniem jest cały mój blog.

Jeżeli nie używasz Justyno pięt do przekazywania poleceń swojemu podopiecznemu, to w ułożeniu stóp w strzemionach może pomóc Tobie wyobraźnia. Wyobraź sobie, że podczas jazdy wierzchem masz przyczepione do stóp rolki, a Twoje nogi sięgają do podłoża. Stań wyraźnie pełnymi stopami, wszystkie kółka rolek muszą tak samo przylegać do powierzchni na której stoisz. Nie odrywaj od podłoża i nie podnoś ostatniego kółka do góry, ale też nie wciskaj go w ziemię. Nie pozwól, żeby rolki uciekały do przodu. Gdybyś naprawdę jechała na rolkach, to „ucieczka” stóp z rolkami do przodu oznaczałaby dla Ciebie upadek do tyłu. Ważne jest też, żebyś nie blokowała zgiętych stawów nóg (skokowych i kolanowych) i pozwoliła pracować im na zasadzie sprężyny.





niedziela, 23 lipca 2017

SKUPIENIE KONIA - CIĄG DALSZY


Przeczytaj: 
Skupienie konia

Skupianie uwagi na opiekunie i współpracy z nim jest dla wierzchowca wyczerpującą i trudną pracą. Niestety, w naturze konia nie leży skupianie się na pracy, ani na kimś kto tej pracy od niego wymaga. Tego skupienia zwierzę musi się nauczyć. Człowiek powinien uczyć konia skupienia nie tylko na samym treningu, ale już podczas przygotowań do treningu. Do tych przygotowań zaliczam nawet wyprowadzanie konia z boksu i ustawienie na stanowisku, no i oczywiście czyszczenie i kiełznanie. Skupiania uczymy również podczas prowadzenia wierzchowca na plac treningowy i podczas wsiadania na niego. Jakże częsty jest widok wiercącego się zwierzęcia przy tych czynnościach. Wierceniu towarzyszy nieraz odkopywanie się, przepychanie i pchanie się na człowieka, rzucanie głową, odsadzanie, próby podgryzania i zapieranie się. Ci z was, którzy przeczytali pierwszy post dotyczący skupienia konia, domyślają się pewnie, że tak zachowujące się zwierzę mimo wszystko jest skupione. Skupione na kombinowaniu w jaki sposób i jak najdosadniej powiedzieć opiekunowi: „odczep się”. Wielu jeźdźców znajduje oczywiście szybkie rozwiązanie na takie zachowania podopiecznego. Czyszczone i ubierane zwierzę przypina się na dwa uwiązy, zakłada mu do czyszczenia ogłowie z wędzidłem albo wykonuje wszystkie czynności „walcząc” z koniem i krzycząc nieustannie na niego. Rozpychanie się zwierzęcia opiekunowie odwzajemniają „szturchańcem”, a siodło zakładają „biegając” z nim za wiercącym się podopiecznym. Popręg zapinają, równocześnie odsuwając się i chroniąc przed końskimi zębami i kopytami. Podstawą rozwiązania tych problemów powinna być nauka skupiania konia na współpracy, pracy i na opiekunie.

O braku skupienia wierzchowca na opiekunie i wspólnej pracy może świadczyć, na przykład nieustanne wiercenie się i dreptanie zwierzęcia podczas czyszczenia. Może być również buntem przeciw złej pracy, pokazaniem strachu przed jazdą itp. Załóżmy jednak, że powodem wiercenia zwierzęcia jest brak jego skupienia. Uwiązywanie konia na coraz krótszym odcinku uwiązu albo wiązanie na dwa, żeby się nie ruszał, świadczy o braku zrozumienia problemu przez opiekuna. Może to też świadczyć o braku wiedzy jeźdźca na temat tego, jak się z koniem rozmawia i jak powinno się przekazywać mu wiedzę. O braku porozumienia w temacie skupienia konia, świadczą wszystkie środki przymusu stosowane przez człowieka, które ustawiają zwierzę na miejscu i nie dają mu szans na poruszenie się. Może się oczywiście zdarzyć, że koń stwarza swoim zachowaniem zagrożenie dla opiekuna i zastosowanie wiązania na dwa uwiązy czy innych „środków pomocy” jest konieczne. Muszą być to jednak środki doraźne – tymczasowe, jak antybiotyk. Nie mogą zastąpić pracy z koniem, nie mogą zastąpić jego edukacji i nie mogą być rozgrzeszeniem dla braku wiedzy opiekuna zwierzęcia. Jak uczyć konia skupiania? To żmudna praca wymagająca cierpliwości i spokoju. Można zacząć od „dogadania” się z koniem na temat miejsca jego ustawienia przy czyszczeniu i obsłudze. Tu zacytuję fragment z postu z początków mojej blogowej działalności: „Pewnie każdy jeździec robił coś, czy robi na wyścigi z koniem. Lepsze rezultaty daje jednak spokojne, uparte, a czasami "upierdliwe" ustawianie zwierzęcia na wyznaczone mu miejsce. On dwa kroki w lewo, Ty go dwa kroki w prawo. On krok do przodu, Ty go o krok cofasz itd. Wykonujemy zamierzoną czynność dopiero wtedy, gdy koń „postanowi” nie ruszyć się już z miejsca.”


Wielu opiekunów koni nie zgodzi się ze mną i będą twierdzić, że zamiast takiej pracy wystarczy uwiązać konia tak, by ograniczyć i w miarę możliwości zablokować jego kombinacje. Wydaje im się, że w ten sposób szybciej i łatwiej będzie im zapanować nad wiercącym się koniem. Nawet jak się im uda zapanować, to takie rozwiązanie problemu ma swoje nieciekawe konsekwencje. Takie wiązanie, szczególnie młodego konia, wywołuje u niego lęk. Prowokuje do spinania się i odsadzania. Wierzchowiec im mniej skrępowany, tym pewniej i swobodniej się czuje, a to wzmaga jego odwagę, pozwala się rozluźnić i uczyć. „Siłowe” ustawienie prowokuje zwierzę do skupienia się na tym, jak się uwolnić od ograniczeń krępujących ruchy, prowadzi do narastania strachu, prowadzi do otępienia konia albo do postawy wyrażającej rezygnację oraz mechaniczne i bez - emocjonalne „odbębnianie” obowiązków.

Ćwiczeniem, które pomoże wam skupić na sobie konia, jest nauczenie zwierzęcia, by zaakceptował waszą dłoń położoną na jego nosie, w miejscu, w którym zapina się nachrapnik. Nie chodzi jednak o to, by położyć tam dłoń i zaraz zdjąć. Koń powinien bez sprzeciwu pozwolić nam na dotyk na grzbiecie nosa. Większość wierzchowców nie toleruje dłuższego dotyku ręki opiekuna w tym miejscu. Jak namówić zwierzę do akceptacji dłoni? Połóżcie rozluźnioną dłoń na nosie podopiecznego, delikatnie obejmijcie i podążajcie ręką za ruchem głowy wierzchowca. Uniemożliwiacie w ten sposób „zrzucenie” waszej dłoni. Jak zwierzęciu uda się pozbyć waszego dotyku, to powtórzcie ćwiczenie. W momencie, gdy koń uspokoi głowę, to pochwalcie go i dajcie nagrodę. Wierzchowiec może też przy waszym dotyku próbować się cofać. Wówczas nie zdejmujcie ręki z nosa tylko drugą ręką lekko podszczypujcie kłodę zwierzęcia w miejscu, gdzie działacie łydką, gdy siedzicie w siodle. Cofajcie się z podopiecznym, dając równocześnie sygnały do momentu, aż przestanie się on cofać. Pochwalcie zwierzę. Sporym sukcesem byłoby, gdyby koń nadal podszczypywany i trzymany za nos ruszył do przodu i wrócił na miejsce. Po prawidłowej reakcji znowu należy się zwierzęciu pochwała.

Wierzchowcom w skupianiu się na pracy i na człowieku bardzo pomaga „kontakt wzrokowy”. Konie bardzo dokładnie nas obserwują, jednak nie chcą żebyśmy o tym wiedzieli. Z dużym oporem przychodzi im takie „oficjalne” patrzenie na nas. Patrzenie, podczas którego nasze oczy i jego jedno lub drugie oko mogły „się spotkać”. Moi podopieczni, z którymi pracuję już dłuższy czas wiedzą, że mają mnie obserwować i szukać ze mną wzrokowego kontaktu. Każdego wierzchowca, z którym rozpoczynam współpracę, muszę nauczyć patrzenia mi w oczy i patrzenia na mnie. Naukę zaczynam właśnie podczas obsługi zwierzęcia. Jak uczę? Przywołuję go po imieniu i proszę o takie ustawienie głowy i szyi, by mógł na mnie patrzeć. Proszę o to kładąc dłoń na jego nosie, gdy potrafi bez buntu ją zaakceptować. Gdy jeszcze nie potrafi, daję sygnały trzymając za uwiąz albo kantar. Patrzę wówczas na jego oko i czekam aż wyraźnie, chociaż na moment, odwzajemni się i zerknie mi w oczy. Oczywiście zwierzę zostaje za to nagrodzone. Za każdym razem, gdy napotykam problem przy obsłudze konia, rozwiązywanie go zaczynam od nawiązania kontaktu wzrokowego i w miarę możliwości utrzymuję go jak najdłużej, albo ponawiam. Jedna z moich podopiecznych bardzo buntowniczo reagowała między innymi na zakładanie siodła i podpinanie popręgu. Próbowała mnie podszczypywać zębami. Szurała nimi też po metalowych elementach boksów. Podnosiła nogę, strasząc kopnięciem. Oczywiście napinała się przy tym niemiłosiernie, czasami napierała na mnie, albo, co robiła rzadziej, odsuwała się ode mnie, chcąc uniknąć założenia siodła. Oduczając ją tych złych nawyków egzekwowałam od niej, żeby przyglądała się czynności zakładania czapraka, pozwoliła w tym czasie trzymać dłoń na nosie i szukała ze mną kontaktu wzrokowego. To samo działo się podczas zakładania siodła i zapinania popręgu. Wiem, że wykonywanie naraz tych czynności jest dość trudnym zadaniem, ale da się to zrobić przy odrobinie chęci i samozaparcia i wiem, że dla uzyskania efektu warto spróbować. A efektem jest brak sprzeciwu zwierzęcia na siodłanie.

O braku skupienia zwierzęcia świadczy również fakt, że podopieczny nie podaje nóg do wyczyszczenia kopyt. Musicie jednak zrozumieć co mam na myśli pisząc: „nie podaje”. Kiedy człowiek musi pchać się na konia siłą całego swojego ciała, żeby również z użyciem siły poderwać mu nogę do wyczyszczenia kopyta, to jest to właśnie „niepodawanie”. Człowiek pozwala wówczas zwierzęciu nie skupiać się na tej czynności. Pozwala mu nie rozumieć prośby, pozwala być biernym uczestnikiem tej czynności i pozwala nie podawać nóg. Pozwala na to wszystko przez to, że sam mu je podnosi. Niechęć konia do podawania nóg jest spowodowana przede wszystkim brakiem równowagi – a dokładnie brakiem umiejętności utrzymania jej na trzech nogach. Jednak podczas nauki podawania nóg nie może zabraknąć elementu skupienia się zwierzęcia na zrozumieniu polecenia i na samodzielnym ich wykonaniu. Inaczej mówiąc człowiek powinien wysłać zrozumiały sygnał – prośbę: „podaj nogę”, a koń w odpowiedzi powinien sam tą nogę podać. Wszystko powinno odbyć się bez siłowego angażowania się człowieka i jego podopiecznego. Ważny jest również sposób odstawiania nogi na ziemię przez konia. Musi on pozwolić opiekunowi postawić powoli nogę na podłoże. Wiele koni wyszarpuje nogę po wyczyszczeniu kopyta, nieraz odstawiając ją z impetem i tupnięciem. Zwierzę nie powinno obciążać trzymanej przez człowieka nogi przed postawieniem - gdy kopyto znajduje się jeszcze w dłoni człowieka. Żeby wierzchowiec współpracował w ten sposób, potrzebne jest jego skupienie i rozumienie prośby czy polecenia.
Powiązany post: Podnoszenie końskich nóg

O siodłaniu już wspomniałam wyżej. Jednak bunt konia przeciwko zakładaniu siodła najczęściej związany jest ze złą pracą jeźdźca w siodle. Związane jest ze sztywnymi, wklęsłymi i obolałymi plecami zwierzęcia. Same ćwiczenia i paca nad skupianiem uwagi podopiecznego nie wystarczy. Konieczna jest praca jeźdźca w siodle skupiona na odciążaniu przodu ciała zwierzęcia, angażowaniu jego zadnich kończyn do pracy i na podstawianiu zadu. Dzięki temu wierzchowiec zacznie prężyć grzbiet, wzmacniając w ten sposób mięśnie, a tylko to zapewni mu możliwość bezbolesnego i bez - urazowego niesienia człowieka. CDN


niedziela, 9 lipca 2017

JAK "PODZIELIĆ" KONIA


Tytuł tego postu: „Jak „podzielić” konia” wyda się pewnie wielu z was dość dziwnym. Koń to koń, ma kłodę z szyją i głową, wszystko razem oparte na czterech nogach. Jest więc wierzchowiec pewną stabilna całością – jak stół na czterech nogach. Nie ma co dzielić. To bardzo złudne widzenie konia i bardzo przeszkadzające w dogadywaniu się z nim. Jeżeli stabilność wierzchowca ma się opierać tylko na tym, że jego ciało oparte jest na czterech kończynach, to dlaczego podczas ruchu nie zachowuje się on jak „biegnący stół”? Spróbujcie to sobie wyobrazić – stół o wąskim blacie, który jesteście w stanie objąć nogami. Siedzicie na nim i jedziecie sobie. Na odcinkach prostych stół, na którym jedziecie w wyobraźni, jest idealnie prosty, a dla ułatwienia, na zakrętach przesiądźcie się w wyobraźni na taki z blatem lekko wygiętym w łuk. Chociaż stołem z prostym blatem też bez problemu dałoby się pokonać zakręt. Jakże dużo łatwiejszym byłoby „kierowanie” koniem, gdyby był jak ten mebel. A jak się zachowują wierzchowce?. Głowa i szyja zgięta w jedną stronę, jedna z łopatek rozpycha się wówczas w przeciwną stronę. Zwierzę wynosi łopatką na zewnątrz łuku albo wpada do wewnątrz ścinając go jak chce. Zad konia nie idzie dokładne tym samym torem co przód, a brzuch i żebra pchają się i „kładą” na łydkę jeźdźca - napierając na sygnał, zamiast od niego odejść. Gdyby tak zachowującego się wierzchowca zobrazować jako stół, to jego blat byłby powykrzywiany i powyginany w niewygodny i niepraktyczny sposób.

Żeby wierzchowiec był stabilny, szedł równy, w równowadze i rozluźniony, jeździec musi go do tego namówić. A w zasadzie namówić jego przód, środek i tył. Namówić do prawidłowego ustawienia się względem siebie i do prawidłowej współpracy. Dobrze jest więc w wyobraźni podzielić podopiecznego na te trzy części i pracować z każdą z tych części tak, jakby była osobną istotą. Problem polega jednak na tym, że rozmawiając osobno z każdą częścią trzeba to robić również równocześnie. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że te części są od siebie zależne. Do właściwej rozmowy z tymi częściami potrzebna jest znajomość ich ogólnych „charakterów”. Te charaktery końskich części są niemal identyczne u każdego konia.

Pierwsza część – przednia: to głowa, szyja i niewielka część torsu konia - sięgająca do przednich nóg. To jest najbardziej naiwna część, wykorzystywana na wszelkie sposoby przez dwie pozostałe części. Jak tylko znajdą one możliwość i okazję, to obarczają tą przednią część swoim ciężarem, zrzucają na nią cały wysiłek i trud pracy i każą brać na siebie winę za niedogadywanie się z jeźdźcem oraz trud wykłócania się z nim. Przód nie ma własnego zdania - jest raczej jak „tuba” wygłaszająca poglądy i opinie części środkowej i tylnej. Przód jest jak ten uczeń w klasie, którego zawsze wysyła się do pokoju nauczycielskiego, żeby powiadomił nauczyciela o nieprzygotowaniu klasy do sprawdzianu. Wypowiada się w imieniu innych i dzielnie przyjmuje na siebie gniew i irytację nauczyciela. Przód jest też najbardziej strachliwy, dlatego jeźdźcom z dużym trudem przychodzi obdarowywanie go zaufaniem. Przód zauważa każde zagrożenie i panicznie, no i nieraz przesadnie, na nie reaguje. Przez tą strachliwość przód lubi być delikatnie trzymany, przytulony, „zaopiekoeany” – tak jak czuła mama trzyma swoje dziecko za rękę podczas spaceru. Szarpanie i zbyt mocne trzymanie wywołuje w przodzie jeszcze większy strach, ale tym razem przed opiekunem.

Środkowa część to ta część kłody konia, między przednimi i tylnymi nogami zwierzęcia. Trzy części z naszej wyobraźni powinny poruszać się gęsiego, idealnie jeden za drugim. Środkowa część ma najmniejszą ochotę na taki układ i znajdzie każdy moment nieuwagi opiekuna, żeby zaburzyć ten układ uciekając na boki. Ta część jest najbardziej zbuntowana, bywa złośliwa i oporna na wszelki zmiany i nowości i próby dogadania się. Zrobi co może, żeby popsuć stabilność oraz równy układ i zrobi wszystko, żeby utrudnić naprawienie tego. Do tego wszystkiego działa tak, żeby jeździec miał wrażenie, że wszystko jest winą przedniej części. Wielu jeźdźców daje się na to nabierać i polecenia, które powinien wykonać środek, próbują wyegzekwować od przodu. Nigdy jednak ich nie wyegzekwują, bo przód nie jest w stanie poprawić środka i poprawić się zamiast środka.

Tylna część jest najbardziej leniwa. Każde polecenie zaangażowania się do pracy najchętniej zrzuciłaby na karb przodu. Często wmawia przodowi, że to do niego należy niesienie większości ciężaru ciała konia i - że do niego należy obowiązek napędzania całej trójki. Tył jest na tyle sprytny, że stwarza pozory aktywnej pracy, wmawia jeźdźcowi, że to on pcha i dźwiga ciężar, a w rzeczywistości jest ciągnięty przez przód. Często jednak wszystko wychodzi na jaw, gdy przemęczony przód nie zamierza już zastępować tyłu w pracy napędowej. Wówczas, wiecznie leniuchujący tył nie ma kondycji i sił, by wypełnić swoją rolę.

Jak rozmawiać z tymi wszystkimi częściami? Należy zacząć od tego, że jeździec musi mieć bardzo precyzyjny plan ścieżki, którą chce podążać na koniu. Najlepiej wyobrazić sobie, że ścieżką jest mur, szeroki tak, jak rozstaw końskich nóg. Po obu stronach muru jest przepaść. Każde nieprawidłowe postawienie nogi i ustawienie ciała konia spowoduje, że wspólnie wpadniecie w przepaść. Jednak takie perfekcyjne prowadzenie wierzchowca po murze jest wielką sztuką. Zanim więc osiągnięcie perfekcję w „prowadzeniu” wierzchowca, która pozwoli „wejść wam na mur”, zacznijcie sobie wyznaczać trasę poprzez ustawianie w wyobraźni „pachołków” na trzy – cztery metry przed podopiecznym. Najlepsze są takie drogowe „pachołki” w biało – czerwone pasy. Z każdą z trzech części konia jeździec musi porozmawiać na temat ustawienia na wprost pachołka. Porozmawiać z każdym osobno ale w tym samym momencie. Porozmawiać o takim ustawieniu, żeby każda z części z osobna przejechał dokładnie nad pachołkiem.




Przednią część wierzchowca pozornie najłatwiej namówić na ustawienie na wprost pachołka. Jeździec ma do dyspozycji wodze z wędzidłem ułatwiające rozmowę. I faktycznie, nie byłoby żadnego problemu z dogadaniem się, gdyby przód nie wyrażał i nie pokazywał błędów popełnianych przez dwie pozostałe części. Większość problemów zaczyna się od tego, że środkowa część powinna być najbardziej rozciągliwą i elastyczną, a nie jest. Dlaczego nie jest? Bo niewielu jeźdźców pracuje z koniem nad uelastycznieniem tej części. Koń jest dość szerokim zwierzęciem i przy pokonywaniu zakrętu jego zewnętrzny bok ma do pokonania szerszy łuk niż wewnętrzny.


U człowieka idącego po łuku zewnętrzny bok ma również do pokonania większy łuk. Ponieważ człowiek jest dwunożny, radzi sobie z tym problemem stawiając zewnętrzną nogą dłuższy krok. Wierzchowiec do pokonania zakrętu musi rozciągnąć zewnętrzny bok, a dokładnie zewnętrzny bok środkowej części. Myślicie może, że koń sam z siebie rozciąga zewnętrzny bok, bo w naturze przecież jakoś bezproblemowo pokonuje zakręty? Otóż nie. Jak już pisałam w innym poście, noszenie człowieka na grzbiecie nie ma nic wspólnego z naturą konia i ustawianie jego ciała pod jeźdźcem musi rządzić się innymi prawami. Człowiek musi nauczyć konia jak ustawiać ciało, by bez bólu, dyskomfortu i bez szkody dla zdrowia nieść ciężar na grzbiecie. Bez ustawiającej, rozciągającej i rozluźniającej pracy z ciałem zwierzęcia, każda z trzech części jego ciała ustawia się w innym kierunku. Części przestają „przylegać” do siebie,


a sposób ich krzywego ustawienia może być przeróżny. Zależy to od tego, w jaki sposób koń próbuje „ratować” sytuację i pracować mimo źle ustawionego ciała. Zależy też od tego, w jaki sposób jeździec z podopiecznym pracuje.




Oczywiście wiadomo, że żadna szpara w ciele konia, między trzema częściami nie powstaje. Jednak brak rozciągnięcia boku kłody po zewnętrznej stronie wymusza na zwierzęciu wykonanie jakiegoś ruchu rekompensującego krzywe ustawienie części względem siebie. Tym ruchem jest zazwyczaj nieprawidłowe ustawienie łopatki, stawianie zewnętrznej przedniej nogi zbyt mocno na zewnątrz łuku, pozostawienie zadu zbyt mocno wewnątrz łuku i parę innych. O tym wszystkim co się dzieje ze środkiem i tyłem konia, zaczyna informować jeźdźca przód zwierzęcia. Zaczyna wisieć na wodzach, mocniej opierać się na jednej z nich, zadzierać głowę, „uciekać za wędzidło”, wynosić łopatką i napierać na sygnał dawany łydką, zamiast od niego odchodzić. Nawet jeżeli jeździec „słyszy” od przodu o powstałych problemach, to nie z nim powinien rozmawiać na temat ich rozwiązania.

Z przodem podopiecznego rozmawiamy o tym, żeby przestał być „tubą” reszty ciała, żeby się wyciszył, przestał ciągnąć za wodze, rozluźnił mięśnie szyi. Rozmawiamy o tym, żeby nie napędzał całego ciała, tylko usiadł nam jak dziecko na kolanach i spokojnie siedział. Żeby siedział bez nieustannego wyrywania się do przodu i zrywania z kolan. Głównym zadaniem przodu jest grzeczne siedzenie tak, żebyśmy nie czuli konieczności siłowego trzymania go na naszych „kolanach”. Zadaniem przodu jest bycie cichym, rozluźnionym i spokojnym czyli „nicnierobienie”. Jedyne czego jeździec może oczekiwać i egzekwować od przedniej części podczas tego siedzenia, to ustawienie z nosem skierowanym na najbliższego pachołka i wzrokiem skierowanym przed siebie - na horyzont. Przy wyciszonym i „nic nie robiącym” przodzie, jeźdźcowi powinno towarzyszyć uczucie, że ręce są zwolnione od trzymania i że w czasie jazdy mogą na przykład zaplatać grzywę podopiecznego. Człowiek musi mieć uczucie, że nietrzymany przód nie zmieni układu głowy i szyi oraz, że nie zmieni się wówczas tempo marszu zwierzęcia.

O nieprawidłowym ustawieniu rozmawiamy przede wszystkim ze środkową częścią ciała konia. Posługując się łydkami i ułożeniem ciała, jeździec powinien namówić środek ciała konia do ustawienia się na wprost najbliższego pachołka, a potem na wprost każdego następnego. Wielu jeźdźców sądzi, że do wskazania zwierzęciu kierunku jazdy wystarczy skierowanie nosa podopiecznego w daną stronę. A jeszcze większa ilość osób podróżujących na końskim grzbiecie jest przekonana, że kierunek jazdy wskazuje się koniowi przeginając jego szyję i głowę w jedną ze stron. Jest to bardzo błędne pojęcie o „kierowaniu” wierzchowcem. Na środkowej części konia siedzi jeździec. Sposób, w jaki ustawia on ciało, sugeruje owej części, gdzie znajduje się pachołek, nad którym za moment para przejedzie. Sugeruje, jak powinna ustawić się środkowa część, by nie zboczyć z trasy i nie ominąć pachołka z jednej albo drugiej strony. Jeździec musi sobie wyobrazić, że nie siedzi na grzbiecie środkowej części tylko, zamiast niej, na własnych nogach biegnie między pierwszą a trzecią częścią konia w idealnym rzędzie.




Przy tym ustawieniu bardzo ważny jest sposób poruszania się. Na łuku, zewnętrzna strona ciała jeźdźca ma do pokonania szerszy łuk niż wewnętrzna. Oba boki jeźdźca, a szczególnie biodra, powinny być przygotowane na dany ruch - na szerszy lub węższy ruch biodrem. Nie znaczy to, że jeździec ma w jakiś specjalny i kontrolowany sposób „machać” mocniej zewnętrznym pośladkiem albo wstrzymywać wewnętrzny. Jest to kwestia wyobraźni. Ważne jest też, by na przykład podczas pracy zewnętrzną ręką nie blokować ruchu reszty swojego ciała. Jeździec nie może używać zewnętrznego boku ciała jako oparcia dla siły włożonej w ciągnięcie za wodzę.

Ostatnio zapytałam pewna amazonkę, dlaczego siedzi w siodle mocno przekręcona do wewnątrz łuku. „Ponieważ zawsze uczono mnie, żeby kierować koniem przy użyciu ciała” - odpowiedziała. Stanęłam więc w miejscu, które wskazywała swoimi biodrami i ciałem, a potem około trzech metrów przed koniem w miejscu, które zwierzę miałoby niebawem minąć. Musiała mi amazonka przyznać rację, że swoim ciałem, niestety wskazuje podopiecznemu zupełnie inne miejsce niż te, nad którym ma zamiar poprowadzić konia.


Gdyby podczas siedzenia w siodle ktoś chwycił was za rękę i próbował ściągnąć z siodła na ziemię, to żeby do tego nie dopuścić, będziecie kontrować wysiłek tego „kogoś” i ciałem zaczniecie ciągnąć w stronę przeciwną. Wierzchowce mają takie same odruchy i dlatego na przekrzywione biodra i ciało jeźdźca odpowiadają kontrującym ruchem. Swoją środkową część zaczną ustawiać przeciwstawnie i napierać zewnętrzną łopatką na zewnątrz łuku.
 

Wraz z postawą ciała jeźdźca, ze środkową częścią podopiecznego muszą rozmawiać również łydki jeźdźca. Jak już wcześniej wspomniałam, środkowa część wierzchowca ma najmniejszą ochotę na maszerowanie „gęsiego” wraz z pozostałymi częściami . Obie łydki pasażera muszą namawiać środkową część, żeby jednak nie próbowała wyrwać się z szeregu. Gdyby jednak jej się to udało, to jedna albo druga łydka muszą poprosić o powrót na miejsce. Na tym nie kończy się jednak konwersacja ze środkową częścią. Na łukach, zewnętrzna łydka jeźdźca musi namawiać zewnętrzne mięśnie końskiej kłody do rozluźniania się i rozciągnięcia. Wewnętrzna łydka jeźdźca powinna przekazywać informację wewnętrznym mięśniom kłody wierzchowca o konieczności rozluźnienia się i wygięcia „wokół” wewnętrznej nogi pasażera. To rozciąganie i wyginanie boków drugiej części, wraz z „siedzącym na kolanach” przodem zwierzęcia, pozwoli jeźdźcowi „zamknąć” „szpary” między tymi częściami. Szpary powstałe podczas nieprawidłowego ustawienia.

Łydki jeźdźca, podczas pracy na wierzchowcu, powinny zaangażować się w takie przekazywanie informacji, jak ręce człowieka podczas rozmowy w języku migowym. Oprócz rozmowy z drugą częścią ciała konia, muszą również poprowadzić dialog z tylną – trzecią częścią konia. Muszą się więc rozgadać. Tylna – leniwa część konia bardzo chętnie zrzuca swój obowiązek napędzania całego wierzchowca na przednią część. „Wmawia” przodowi, że prośba o ruch przekazywana łydkami jeźdźca skierowana jest do niego. Naiwny i łatwowierny przód próbuje przejąć rolę silnika, ale niestety nie jest do tego stworzony. Brak siły i predyspozycji nadrabia rozpędzaniem się, wieszaniem się na wodzach, a tym samym rękach jeźdźca oraz stawianiem drobnych i nerwowych kroczków. Wytłumaczenie tyłowi konia, poprzez pracę łydkami, że napędzanie całości należy do jego obowiązków musi być zgrane z usadzaniem przodu na kolanach. W przeciwnym razie przednia część zawsze będzie gorliwie ale nieudolnie zastępować część ostatnią. Oprócz pracy nad „napędem”, łydki jeźdźca muszą prosić tył o skorygowanie ustawienia, oczywiście w razie konieczności. Muszą również informować o rytmie i długości kroków, jakie zadnie kończyny mają stawiać.


sobota, 10 czerwca 2017

PODSTAWIENIE ZADU KONIA DZIĘKI PRACY DOSIADEM


Ostatnio mam sporo okazji do korespondencyjnych rozmów na temat dosiadu i pracy dosiadem. Rozmów o angażowaniu końskiego zadu dzięki pracy dosiadem. Z tego, co piszą korespondujący ze mną jeźdźcy wnioskuję, że inaczej pojmujemy rolę pracy dosiadem. Może się mylę, ale dla większości jeźdźców oczywistym jest, że dosiadem pcha się wierzchowca. Ja natomiast dosiadem proszę konia o zwalnianie. Nie muszę używać wówczas wodzy, nawet na młodym uczącym się koniu. Gdy do wstrzymującego działania ciałem dodam pracę łydkami, to otrzymuję bardzo ładny efekt podstawienia zadu i zaangażowania tylnych końskich nóg do pracy.

Podejrzewam, iż wielu z was nieustannie słyszy od instruktorów i trenerów: „napnij pośladki”, „wypychamy konia pępkiem”, „siadamy głęboko w siodło”, „noga nieruchoma”. Praca dosiadem, podczas której mocno wciska się w siodło i pcha zwierzę, praca, podczas której kieruje się balansem ciała i zawsze ma się hamulec ręczny w postaci wędzidła i dodatkowych patentów, jest łatwiejsza niż nauczenie konia, by słuchał i rozumiał prośby. Prośby, które są przekazywane bez użycia siły. Ludziom chyba w ogóle trudno uwierzyć i zaufać, że zwierzę będzie respektowało prośby, które nie są wzmocnione siłowym impulsem. Przecież to wielkie silne zwierzę, więc trzeba mu też okazać siłę. To wielki błąd i bzdura. Konie są tak delikatne, jak wielkie i silne. Zgadzam się z tym, że użycie siły jest czasami konieczne ale tylko w postaci krótkich i ewentualnie powtarzanych impulsów i tylko po to, żeby wierzchowca czegoś oduczyć, a nie nauczyć. Na przykład: oduczyć siłowania się na wodzach i wykorzystywania do tego celu napiętych mięśni szyi. A głębokie siedzenie w siodle nie polega na wciskaniu napiętych pośladków w siodło i koński grzbiet. Głębokie siedzenie w siodle przypomina przypinanie klamerką jakiejś rzeczy do sznura. Ta klamerka to uda jeźdźca, rzecz do przypięcia to siodło, a sznur to koń. Im bardziej pionowo ustawicie klamerkę i dopchniecie jej zawias do sznura, tym lepiej całość się trzyma na sznurze. I nie jest do tego potrzebne napinanie pośladków ani jakiegokolwiek innego mięśnia w naszym ciele.

Być może będę się trochę powtarzać, być może już w jakimś innym poście czytaliście opisy i wyjaśnienia, które tu umieszczę. Jednak dla pewnej spójności przekazu piszę niektóre rzeczy po raz kolejny. Zacznę o tego, że koń idący od zadu, koń z podstawionym zadem, to zwierzę kroczące zadnimi nogami głęboko pod swoim brzuchem. Jak zaobserwować czy zwierzę idzie z zaangażowanym zadem? W wyobraźni narysujcie sobie ponową linię od nasady ogona wierzchowca aż do ziemi. Przy wysokim ustawieniu konia, cały krok stawiany tylnymi kończynami „mieści się” przed tą linią, czyli pod brzuchem zwierzęcia. Nie osiągnie się tego w krótkim czasie ale do takiego ideału dążymy podczas pracy z koniem. Zanim się jednak dojdzie do ideału, to owa wyobrażona linia „dzieli” krok konia na dwie części. Im mniejszy „kawałek kroku” zostaje za linią, tym lepiej zwierzę angażuje zad do pracy. Jeżeli za linią zostaje „połowa kroku” albo jego większa część, to znaczy, że koń całą siłę napędową ma w przednich kończynach. To znaczy, że wierzchowiec ciągnie całe ciało zapierając się o podłoże przednimi kończynami, a nie odpycha od podłoża zadnimi. Oznacza to również, że ciało konia nie idzie w równowadze, że mocno przeciążony jest przód jego ciała.

Druga rzecz, to koń z zaangażowanym zadem powinien mieć pozycję przypominającą przysiadanie na wysokim barowym stołku. Powinien ustawić ciało w sposób bardzo podobny do pozycji ciała jaką przyjmuje człowiek, gdy chce usiąść. Pozycji pochylonej ale z ciężarem opartym na nogach. Pozycji z „okrągłymi” plecami i nogami wysuniętymi „pod brzuch”.



Koń, z jeźdźcem na grzbiecie, powinien pracować „siedząc na takim stołku”. Cofnięte do tyłu nogi spowodują odsunięcie stołka spod pośladków i konieczność podparcia się na rękach. Czyli przerzucenia ciężaru na przednie kończyny. 


Dlaczego przy podstawianiu końskiego zadu człowiek powinien dosiadem przekazywać sygnały wstrzymujące? Ponieważ dosiad działa od góry zwierzęcia – działa na jego plecy, a chcemy żeby ich dół – czyli pośladki, koń obniżył.


Nasuwa się więc wniosek, że jeździec powinien działać impulsem w kierunku zadu zwierzęcia. Przy tym działaniu dosiadem, łydki jeźdźca powinny przekazywać zadnim nogom sygnały proszące o „przesunięcie się” pod brzuch. Dlaczego łydki? Ponieważ działają nisko- czyli blisko „podwozia”. Cofnięte do tyłu są częścią ciała jeźdźca najbardziej przybliżoną do zadnich kończyn wierzchowca. Możemy dzięki temu wyraźnie wskazać zwierzęciu z jaką częścią jego ciała chcemy „porozmawiać”. Możemy wskazać, że rozmawiamy z zadnimi kończynami.

Reasumując: wciskająco – pchający dosiad nie „informuje” konia o konieczności podstawienia zadu. Jeździec zaciśniętymi pośladkami i siłowymi ruchami bioder nie poprosi wierzchowca o zaangażowanie zadnich kończyn do napędzającej pracy. Pchający i wciskający się w grzbiet zwierzęcia dosiad jeźdźca oraz „nieme” łydki powodują, że koń podnosi szyję i wysoko nosi zad. Tym samym grzbiet konia robi się łękowato – zapadnięty, a nogi wierzchowca pracują w miejscu, w którym powinien „stać stołek”. 


Dodatkowo napięte pośladki człowieka wciskające się w siodło, czyli również w plecy zwierzęcia, uniemożliwiają koniowi pracę grzbietem. Żeby wierzchowiec mógł „zaokrąglić” swoje plecy, jeździec powinien „zdjąć” swój ciężar z kręgosłupa podopiecznego i przenieść go na boki końskich pleców


środa, 24 maja 2017

PRZEJŚCIA – ĆWICZENIA NA PODSTAWIENIE KOŃSKIEGO ZADU I ROZLUŹNIENIE GRZBIETU (praca na lonży)


Od samego początku przygody z jeździectwem słyszałam o konieczności „robienia” na koniu jak największej ilość przejść z chodu w inny chód. Przejścia te miały przysłużyć się zwierzęciu i pomóc we wzmocnieniu i nabudowaniu mięśni zadu. I faktyczne, prawidłowo wykonane przez konia przejścia są znakomitym ćwiczeniem wzmacniającym tylną część ciała zwierzęcia. Prawidłowe przejścia są również ćwiczeniem rozluźniającym krzyżowo – lędźwiowy odcinek grzbietu wierzchowca. Kładę jednak nacisk na słowo: „prawidłowo”. To, że koń przechodzi z chodu w inny chód nie znaczy, że dokonuje się proces wzmacniania zadu. Przejście do niższego chodu albo zatrzymanie poprzez bolesne zaciągnięcie wędzidła przynosi zwierzęciu więcej szkody niż pożytku. Również nic nie warte jest przejście do wyższego chodu, zainicjowane uciskaniem i wypychaniem końskiego grzbietu oraz wrzynaniem pięt między końskie żebra.

O sposobach rozmowy z koniem przy pomocy łydek, dosiadu i mięśni ciała pisałam już nie raz. Opisywałam jak wierzchowiec powinien reagować na nasze poczynania i jak wykonać polecenie. Zwierzęciu jednak dużo łatwiej jest prawidłowo odpowiedzieć nasze prośby, gdy wcześniej nauczy się wykonywać ćwiczenia, których jeździec wymaga, bez obciążonego grzbietu. Dotyczy to również przejść z chodu w inny chód. Namawiam więc was do świadomej pracy z wierzchowcem z ziemi.

Czym powinno się wyróżniać prawidłowe przejście zwierzęcia z chodu w chód? Między innymi tym, że koń zaczyna i kończy marsz, w danym chodzie, zadnią nogą. Nie znaczy to, że ten „ruch” nogą ma być celem samym w sobie. Ma on być efektem angażowania zadu do pracy, efektem pracy nad odciążeniem i rozluźnieniem przodu ciała oraz efektem pracy nad ustawieniem i zrównoważeniem ciała konia. To tak samo, jak efektem tej samej pracy ma być opuszczenie głowy i szyi konia. Większość jeźdźców zakłada jednak, że opuszczanie głowy i szyi rozpoczyna pracę nad całą resztą wymienionych elementów i całą swoją „energię”, siłę i patenty wkładają w ściąganie końskiej głowy w dół. Ostrzegam więc, że jakiekolwiek siłowe próby wymuszenia na zadniej nodze wierzchowca owego „ruchu”, nie sprawią, że przejście konia z chodu w inny chód będzie prawidłowe. Inaczej jeszcze mówiąc, ćwiczeniem jest praca nad tym, żeby koń zakończył i zaczął ruch zadnią nogą, ćwiczeniem jest przygotowanie ciała konia, a nie sam ruch nogi.

Oczywiście bardzo trudno jest zauważyć czy koń zaczyna i kończy dany chód od zadu. Szczególnie trudno w kłusie i galopie. No i osiągnięcie efektu wymaga czasu, cierpliwości, pracy i zrozumienia podopiecznego. Ale w pracy z wierzchowcem najważniejsze jest wiedzieć do jakich efektów dążymy. Z czasem człowiek nauczy się je dostrzegać.

Najłatwiej zaobserwować ruch zadnich nóg przy zatrzymaniu zwierzęcia.



video

Żeby osiągnąć taki efekt, koń musi reagować na sygnały proszące o zatrzymanie dawane głosem i lonżą przy równoczesnym działaniu batem. Bat ma zachęcać do angażowania zadu do pracy, do ostatniego kroku. Pracując tymi pomocami podczas stępa, pomaga się również zwierzęciu zrozumieć, że powinien odciążać przód ciała. Do osiągnięcia efektu zatrzymania „z zadniej nogi” ważne jest także prawidłowe ustawienie konia – jego zadnie nogi powinny kroczyć tym samym torem co przednie. Wierzchowiec nie może „uciekać” zewnętrzną łopatką na zewnątrz koła i ścinać łuku wewnętrzną łopatką. Nie może „wisieć” na lonży i samowolnie zmniejszać koła. Na tym filmiku pracuję na trójkątnym wypinaczu podpiętym z zewnętrznej strony wierzchowca. Wypinacz imituje działanie zewnętrznych pomocy jeźdźca i wraz z pracującą lonżą i batem uczestniczy w procesie tłumaczenia zwierzęciu, jaką powinien przyjąć postawę ciała.

To samo ćwiczenie wałaszek wykonuje podczas pracy na lonży na kantarze i bez wypinaczy.



video

Nagrałam to ćwiczenie w takiej formie, żebyście mogli zobaczyć, że prawidłowy efekt – prawidłową odpowiedź konia można uzyskać bez dodatkowego sprzętu. Prawidłowo wykonane przez wierzchowca ćwiczenie jest efektem pracy, a nie efektem zaopatrzenia go w jakikolwiek sprzęt. Wypinacze i wędzidło mają pomóc w pracy, a nie być instrumentem, który ją zastąpi.

Trudniej namówić konia, żeby ruszył z pozycji „stój”, robiąc pierwszy krok zadnią nogą. Zazwyczaj inicjuje ruch przednią kończyną.


video

Udało mi się namówić wałaszka do prawie równoczesnego ruszenia zadnią i przednią nogą. To spory sukces. Przygotowanie konia do tego ruchu zaczyna się od prawidłowego zatrzymania, zatrzymania z zaangażowanym zadem, które opisałam wyżej.

video

video

Zwierzę potrzebuje pracy i ćwiczeń, które pozwolą mu zrozumieć o co go prosimy, gdy pracujemy batem do lonżowania. Musi zrozumieć, że prosimy o zaangażowanie do pracy zadnich nóg, prosimy, żeby to one inicjowały ruch. Spróbujcie namówić swojego wierzchowca o przestawienie zadniej nogi, bez ruszenia do przodu, bez napierania na wędzidło, a tym samym na waszą rękę trzymającą wodze. Żeby zwierzę nie pomyślało, że prosimy go o przesunięcie zadu w bok, warto to ćwiczenie na początku wykonywać przy „ścianie”.

video

Przygotowałam też filmiki z kłusem i galopem. Nie wiem czy zobaczycie na nich to, o czym piszę w tym poście, ale może dla niektórych z was będą one inspirującą wskazówką do pracy nad zaangażowaniem końskiego zadu. Najważniejsze jest, żebyście zdali sobie sprawę, że nie zadany zwierzęciu „ruch” jest najważniejszy w pracy z koniem, a przygotowanie do niego i do jego wykonania. Koń będzie się bardzo starał i da z siebie wszystko, żeby jak najlepiej odpowiedzieć na polecenie jeźdźca, jeżeli ten drugi dokładnie wyjaśni swojemu podopiecznemu, jak ma się przygotować do pracy na „zadany temat”.



video

video

video

video
video




poniedziałek, 1 maja 2017

JAK ROZMAWIAĆ Z KONIEM


W niejednym moim poście pisałam o tym, że jazda na koniu i prowadzenie go powinno opierać się na dialogu. Niesamowicie trudnym zadaniem jest nauczyć adeptów sztuki jeździeckiej rozmawiać z koniem na zasadzie wymiany zdań, zadawania pytań i udzielania odpowiedzi. Prawie wszyscy jeźdźcy ten dialog wyobrażają sobie jako wydawanie poleceń, które koń ma zrozumieć (najlepiej od razu) i je wykonać. Kilka amazonek i czytelniczek mojego bloga podjęło próbę nauczenia się sposobu pracy z koniem, który propaguję i opierają się na moich postach i radach. O tych kilku amazonkach i czytelniczkach wiem, ponieważ zostały moimi internetowymi znajomymi i korespondentkami. Podpowiadam im mailowo jak rozwiązywać problemy.

Rozmawiamy często, na przykład, o pracy jeźdźca nogami i przekazywaniu informacji zwierzęciu poprze pukanie łydkami. Moja korespondentka pisze do mnie: - „klacz nauczyła się, że kłus to dwa szybkie puknięcia i już bez bacika, powoli zaczyna przechodzić w kłus- kiedyś to był bacik i jedno mocne pukniecie”.

- Wydaje mi się, że za bardzo skupiasz się na samym sygnale, na jego technicznym aspekcie. Na jego „przepisie”i sposobie wykonania, a za mało na tym, co chcesz zwierzęciu przekazać, o co poprosić. Nie zastanawiasz się też, co ono Tobie odpowiada. . Pracuję z pewnym wałaszkiem 15 lat i nie mam pojęcia ile potrzebuję puknięć łydką żeby ruszył. Prosząc o przejście myślę o tym, co chcę mu przekazać i przekazuję poprzez migowy język. Nie myślę ile razy puknąć - i czy z bacikiem czy bez. Każde ruszanie jest inne. Jego jakość zależy od tego, jak przygotuję konia do tego ruchu, jak mocno jest on skupiony, w jakiej jest kondycji i nastroju. Ilość puknięć łydką jest też zależna od tego, jakie informacje przekazuję zwierzęciu, żeby określić jakość przejścia z chodu w inny chód. Ten migowy język angażuje moje łydki, biodra, mięśnie brzucha i pleców, mój ciężar w strzemionach i tak dalej. Angażuje też bacik, jeżeli jest potrzebny. Ten bacik to kolejna pomoc, a nie straszak czy narzędzie do karania. Namawiając konia do zakłusowania, myślisz pewnie o samym procesie zmiany chodu ze stępa w kłus. Ja prosząc wałaszka o rozpoczęcie marszu, sugeruję mu od razu i równocześnie, że jako pierwsza powinna ruszyć zadnia noga. Od razu staram się poprosić o rozluźnienie mięśni i stawu krzyżowo – lędźwiowego. Zanim koń ruszy, sugeruję mu konieczność odciążenia przodu, podstawienia zadu i wyprężenia grzbietu. Pokazuję jak powinien ustawić ciało. Wiem, że jeździec wchodzący dopiero w arkana wiedzy nie porozmawia od razu w ten sposób z koniem. Ale uczenie siebie i konia po ilu puknięciach łydką ma sygnał zadziałać, oddala was od uczenia się pracy opartej na dialogu. Myśl o tym, co chcesz od wierzchowca „wyegzekwować” i proś go o to pomocami do czasu, aż nie uzyskasz oczekiwanej i poprawnej odpowiedzi.

Rozmawiamy o tym, że wierzchowiec powinien mocniej zaangażować zadnie nogi do pracy. Amazonka pisze: - „tylko, że teraz, gdy w stępie delikatnie zaczynam pukać dwa razy zamiast jednego, żeby bardziej dupkę ruszyła , to przyspiesza stęp. Staram się napinać - rozciągnąć mięśnie brzucha, ale efektu raczej akurat w tej sytuacji nie ma”.

- Weź pod uwagę, że klacz przyspieszając w stępie zadaje w ten sposób pytanie. Pyta: „czy mam przyspieszyć na pukanie łydką?”. Jeżeli nie ma z Twojej strony odpowiedzi, że nie o to chodziło, to koń myśli, że reaguje prawidłowo. Gdy chcesz poprosić konia o zaangażowanie zadu, to najpierw ciałem i mięśniami brzucha mówisz: „nie rozpędzaj się”. Będzie to równocześnie ostrzeżeniem dla wierzchowca, że prześlesz mu za moment jakieś ważne polecenie. Nie odpuszczając „zwalniających” sygnałów, prosisz konia łydkami o zaangażowanie tylnych nóg do pracy. Konfiguracja i odpowiednie zgranie tych wszystkich sygnałów prosi konia o bardziej efektywną pracę zadem. Pamiętaj też, że rozciągnięte (nie napięte) mięśnie brzucha nie działają jak przycisk w pilocie od sprzętu audio. Mięśnie brzucha uczestniczą wraz z całym ciałem w procesie namawiania konia do regulacji tempa i rytmu marszu oraz regulacji zrównoważenia ciała. Wyobraź sobie, że podczas jazdy na koniu zawsze wieje wam prosto w twarz dość silny wiatr. Koń jest jak pojazd brnący pod wiatr, powinien więc przyjąć postawę aerodynamiczną. Jeździec natomiast absolutnie nie powinien pochylać się czy kulić, żeby łatwiej było podążać pod ten wiatr. Jeździec ma „łapać wiatr”, żeby zwierzęciu „trudniej” było iść pod wiatr, a przez to, żeby szedł wolniej. Chcąc ciałem i dosiadem regulować tempo i rytm, jeździec musi być jak rozpostarty żagiel, który utrudnia marszrutę. Tym żaglem są Twoje plecy. Masztem- nogi i kręgosłup, a mięśnie brzucha pomagają ten żagiel rozciągać i naprężać. „Żagiel” w Twojej wyobraźni powinien być tak rozpostarty i napięty, żeby pozostać idealnie płaskim. Żeby wiatr nie wybrzuszał go w żadnym miejscu i żeby w żadnym miejscu nie był wklęśnięty. Angażowanie zadu konia zaczynasz od rozciągania żagla, mówiąc mu w ten sposób: „uwaga koniu zaczyna wiać mocniejszy wiatr, ty jednak wstrzymaj przód swojego ciała, niech z przeciwnościami „walczy” tył ciała. Twoje łydki w tym samym czasie muszą mówić: „brnij koniu pod ten wiatr, odpychając się zdecydowanie i silnie zadnimi nogami.

Weź również pod uwagę, że nauczenie konia pracy zadem, to są miesiące regularnej, konsekwentnej i intensywnej pracy. Każdy jeździec, wsiadający na tego samego konia, musi tak samo pracować nad zaangażowaniem jego zadu. Koń mający kilku jeźdźców, z których każdy inaczej jeździ, będzie miał duży problem z nauczeniem się czegoś nowego. Tak samo nauczenie jeźdźca, by pracował dosiadem i łydkami, to są miesiące regularnej, konsekwentnej i intensywnej pracy. Nie dziw się więc, że Twoja podopieczna reaguje błędnie na Twoje prośby, albo nie reaguje wcale . Nie znaczy to, że nie masz się starać być jak najlepszym partnerem dla tego szkółkowego konia. Nie znaczy też, że nie masz próbować uczyć go lepszego porozumienia i poprawy sposobu pracy. Chcę tylko, żebyś zrozumiała, że efekty będą niewielkie, a poprawa może być zauważalna po wielu, wielu, wielu......miesiącach pracy.

Namawiałam też amazonkę do częstego ćwiczenia jazdy na stojąco. Korespondentka pisze: - „I prawie zawsze klacz zwalnia jak staję w strzemionach i ciężko mi ją podgonić do żywszego kłusa. Kłus mogłaby mieć żywszy”.

- Ciężko mi ocenić reakcję konia nie widząc jej i opierając się na zdawkowym opisie. Z końmi jest jednak tak, że zwierzę mające siłę napędową z przodu ciała, idzie drobnym nerwowym i spieszącym krokiem. Poproszony o wydłużenie kroku, zaangażowanie zadu i wyprężenie grzbietu – zwalnia. Być może, gdy odciążasz grzbiet klaczy stając w strzemionach, wydłuża ona wreszcie krok, wypręża grzbiet i dlatego zwalnia. Żwawy, żywszy i energiczny kłus, to taki, przy którym pędzący dotąd koń zwalnia, ale przy tym zaczyna wybijać jeźdźca mocniej w górę.


Dostaję również takie wiadomości od amazonki: - „dziś u nas była piękna pogoda, wszystkim chciało się jeździć, cały czas pamiętałam o tej kawie* i wiesz co - wydłużyłam strzemiona jak mówiłaś, starałam się być jak ta kawa i miałyśmy jechać kółko w ćwiczebnym i czuję, że jestem taka luźna i miękka, a klacz nie spina grzbietu, bo nie wybijała mnie, nie trzymałam się kolanami tylko tak wydłużałam nogi i instruktorka krzyknęła, że bardzo dobry ćwiczebny i że siedzę najlepiej z całej trójki :-) dziękuję!!!! Na początku było bardzo trudno, ale jak tak troszeczkę już się załapie i coś niecoś wychodzi, to postępy są chyba szybsze niż w tradycyjnym jeździectwie. Chociaż na początku trochę się odstaje, to później można czasem nawet przegonić innych. Czułam dziś wyraźnie, gdy pięta idzie mi w dół i zaraz ją poprawiałam, stałam w strzemionach muskając tylko siodło. Klacz chętniej reaguje na sygnały, gdy przybieram taką pozycję, bardzo jej się to podoba”.

- Bardzo mnie cieszą takie pozytywne wiadomości i reakcje ale....zawsze jest jakieś ale. Chodzi o tą wzmiankę o tradycyjnym jeździectwie. Sposób pracy z końmi jaki ja opisuję, to jest jeździectwo klasyczne i powinno być tradycyjnym. Przykre jest to, że amatorskie jeździectwo i nawet często sportowe „poszło na skróty” i opiera się na dawaniu poleceń i rozkazów, a koń ma je wykonać i już. Gdy nie wykona , to do wspólnej pracy dokłada się użycie siły i przemocy. I właśnie to jeździectwo nazywane jest tradycyjnym. Czym różni się jeździectwo, które określiłaś jako tradycyjne od tego, które promuję. Różnica jest w podejściu do konia i w nauce wspólnego języka. Żebyś zrozumiała o co mi chodzi wyobraź sobie, że koń to fortepian. „Tradycyjne jeździectwo” uczy grać jednym palcem, rzadko w obu rękach naraz i uczy grać najprostsze dźwięki. Nikomu też nie zależy na jakości tych dźwięków, ważne tylko żeby były. Nawet jak te dwa palce u obu rąk nauczyciel ułoży prawidłowo na klawiaturze to, albo uczniowie trzymają klawisze non stop przyciśnięte, albo walą w klawisze z wielką siłą. Jak dźwięk przestaje wybrzmiewać, to człowiek zaczyna walić w ten klawisz bez opamiętania, mając nadzieje, że dzięki temu dźwięk wybrzmi dłużej. Walenie w klawisze jest chamskie, siłowe i niszczy klawiaturę, a trzymanie wciśniętych non stop klawiszy po pewnym czasie przestaje przynosić efekt. Ty chcesz nauczyć się być wirtuozem. Ważne powinno być dla Ciebie ułożenie wszystkich palców i to u obu rąk. Ważna jest umiejętność subtelnego przesuwania rąk i palców wzdłuż klawiatury i znajdowania właściwego dźwięku – znajdowania w intuicyjny, a nie mechaniczny sposób. Ty chcesz nauczyć się grać skomplikowane utwory i wydobywać dźwięki z klawiszy tylko lekko je muskając. Owszem, zdarzają się głośne dźwięki, gdzie trzeba uderzyć mocniej w klawisz, bo wymaga tego wyrażenie emocji. Nigdy jednak nie jest to siłowe traktowanie instrumentu. Puknięcia w klawisze są krótkie i powtarzane i wszystko po to żeby uzyskać właściwy efekt – zagrać piękną melodię. Wirtuoz jeździectwa wydobywa taką melodię i piękno z wierzchowca, na którym siedzi. W „tradycyjnym” jeździectwie ledwo nauczysz się grać gamę i to często fałszując. Może kiedyś zaczniesz zauważać, kiedy ruch konia przypomina przepięknie zagraną melodię, a kiedy są to pojedyncze dźwięki udające melodię. I nie ma tu znaczenia, czy jest to koń wart miliony złotych, czy jest to konik po nieznanych rodzicach. Każdy z nich ma taką samą szansę pięknie i zdrowo się ruszać. Bo właśnie najważniejsze jest to, że wydobywanie z konia piękna daje mu dużą szansę na zdrową starość mimo ciężkiej pracy, jaką wykonywał dla człowieka.

*”Pamiętałam o tej kawie”. We wcześniejszej korespondencji, pisząc o rozluźnieniu ciała jeźdźca, namawiałam amazonkę, żeby wyobraziła sobie, że jest hermetycznie zamkniętą paczką kawy. Sztywną i twardą. Rozluźnienie mięśni można porównać do otwarcia takiej paczki i wpuszczenia tam powietrza. Paczka kawy staje się wówczas giętka i miękka.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

NA "PATRONITE" - PASAŻ

NA "PATRONITE" - PASAŻ
Zastanawiasz się, dlaczego Twój koń ma problem z wykonaniem pasażu. Prosisz o pomoc lepszych od siebie jeźdźców albo instruktorów, jednak ich wysiłki idą na marne. Wydaje się być logicznym konieczność przytrzymania na wodzach konia do wykonania tej figury. Jednak jedynym efektem takiego działania wodzami oraz działania dosiadem, ostrogami i batem dla podtrzymania kłusa i nadania rytmu, jest zdecydowany bunt zwierzęcia. Zastanawiasz się co jest przyczyną. Należy ją znaleźć, żeby móc problem rozwiązać. I to jest kolejny problem: jak znaleźć ową przyczynę? Może wspólnie znajdziemy. Zapraszam do współpracy.

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA
Zastanawia mnie to czy takie " branie konia na kontakt" jest po prostu pół-paradą? Nie, to jak określiłaś „branie konia na kontakt”, to nie jest pół-parda. Na kontakcie powinno się pracować przez cały czas przebywania na końskim grzbiecie. Natomiast pół-parada jest swego rodzaju „ostrzeżeniem” dla wierzchowca: „uwaga, za chwilę o coś cię poproszę”.

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”
„Piszę z pytaniem,........ bardzo chciałabym poznać lepiej twój sposób szkolenia jeźdźców i koni, czy jest jakaś możliwość bym mogła....... uczestniczyć w prowadzonych przez Ciebie lekcjach ? Mam dwie chętne ręce do pomocy i jeśli jest jakaś możliwość bym mogła się czegoś nowego nauczyć to bardzo chętnie podejmę się takiej możliwości....” Jakiś czas temu odezwała się czytelniczka mojego bloga z takim właśnie pytaniem. Ale dopiero teraz „rozmowa” z nią natchnęła mnie do nowego pomysłu. Sposób pracy z wierzchowcami jaki propaguję dla wielu jeźdźców jest zupełną i często niezrozumiałą nowością. Jednak człowiek jest z natury ciekawskim „stworzeniem”. Myślę, że wśród jeźdźców, którzy trafiają na łamy mojego bloga jest wielu ciekawskich. Nie znaczy to, że od razu chcieliby zacząć trenować nowy sposób jazdy. Mam taką ofertę: proponuję chętnym dzień z „Pogotowiem jeździeckim”. Każdy mój dzień w stajni to praca z 4/5 końmi. Są to treningi m.in. dzieci na kucu, praca z końmi na lonży, praca wierzchem. Chętna osoba będzie mogła przyjrzeć się mojej pracy. Odpowiem na wszystkie pytania. Pokażę propagowany przeze mnie dosiad. Wskażę różnice w tym dosiadzie i dosiadzie jeźdźca, jeżeli zdecyduje się on wsiąść na wierzchowca. W zakładce: „współpraca” będę na bieżąco informowała o możliwych terminach takiej współpracy. Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl

Pogotowie jeździeckie

List od czytelniczki

List od czytelniczki
"Koń jest partnerem", "poproście konia", "współpracujcie"... Tak rzadko się to słyszy w polskich szkółkach. Moja przygoda z jeździectwem trwa od ok. 4 lat, choć jest bardzo nieregularna i nie przynosi takiej radości, jakiej się spodziewałam, ze względu na to, że nie umiem znaleźć dobrego instruktora, szkółki. Dlatego szukam miejsca, w którym ktoś pokazałby mi jak wspaniałe są konie, a także uświadomił, pokazał, wyjaśnił w kwestiach anatomii, psychiki, mechaniki ruchu, zachowań konia. Kogoś, kto mógłby mi pokazać, że można jeździć bez szkody, a nawet lepiej - z pożytkiem - również dla koni.  Nie oczekuje klubu z profesjonalnym trenerem, ani stanięcia na podium w zawodach (choć nie twierdzę, że jest to coś złego). Po prostu chcę zrozumieć konie, ich zachowania, żeby nauczyć się współpracy w harmonii, opartej na wzajemnym porozumieniu i szacunku... Chcę nauczyć się ich słuchać i z nimi "rozmawiać". Dużo uczę się sama - czytam artykuły, blogi, książki, oglądam filmiki, obserwuję treningi. Jednak mam sporo pytań, problemów, lęków, popełniam mnóstwo błędów. Ale mam też w sobie pasję, miłość i empatię dla koni. I chęci. Bo ja naprawdę chcę.  Niestety z każdą stajnią coraz bardziej się rozczarowuję. Wiele razy słyszałam, że coś się robi "bo tak" albo "skoro nie chcesz użyć bata to nie pojeździsz". Tylko że ja nie chcę jeździć za wszelką cenę... Pragnę się rozwijać, ale jeżdżąc w sposób wymuszany cierpieniem - cofam się. Nie chcę, żeby koń wykonywał moje polecenia ze strachu czy bólu. Moim marzeniem jest współpraca z końmi, oparta na wzajemnym szacunku i porozumieniu. Śląsk, okolice Katowic.  (w promieniu do ok. 30km) Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl