Szukaj na tym blogu

niedziela, 8 stycznia 2017

KOŃ, KOMPROMISY I STRACH


Ten post ma swoją rozszerzoną wersję. Rozszerzoną o przykłady z mojej kompromisowej pracy z różnymi końmi. Znajduje się ona na blogu „Konie szczególnej troski”. Chciałabym jednak, by te bardziej prywatne zapiski z nowego bloga trafiły do jeźdźców i czytelników mocno zainteresowanych moją pracą. Żeby trafiły do ludzi chętnych do współpracy i takich, którzy aktywnie korzystają z rad zawartych w moich blogach. Zainteresowane osoby zapraszam do kontaktu pogotowie_jezdzieckie@wp.pl

Może słyszeliście kiedyś przechwałki jakiegoś jeźdźca, że jego wierzchowiec „odczytuje i reaguje” na jego myśli. Oczywiście żadnych ludzkich myśli żaden koń nie odczyta. Jednak te zwierzęta czują i odczytują najmniejszą zmianę, jaka zachodzi w ciele jeźdźca. Czują i odczytują każde napięcie i rozluźnienie mięśni w naszym ciele, nawet najdrobniejsze. A nasze ciało zmienia się pod wpływem naszych myśli i wyobrażeń. Pod wpływem tego, co się dzieje w naszej głowie- mięśnie w ciele, albo się napinają, albo rozluźniają, rozciągają i kurczą, zmieniając postawę naszego ciała. Koń odczytuje i właściwie interpretuje nawet najmniejsze zmiany w postawie ciała jeźdźca. Propozycja kompromisu wypowiedziana głośno, albo tylko w myślach, wywołuje właśnie takie zmiany, nawet jeżeli tego nie czujecie.

W tym wszystkim jest tylko jedno „ale”. Trzeba umieć prawidłowo odczytać powód „buntu” podopiecznego. Żadna deklaracja kompromisu „nie zadziała”, jeżeli brak współpracy ze strony wierzchowca wynika z niezrozumienia przez niego polecenia, albo z braku warunków fizycznych zwierzęcia do jego wykonania. Konie nie buntują się dla samego buntu. Zawsze jest powód i koń chce nam to oznajmić. Kompromisy działają wówczas, kiedy poprzez „nieposłuszeństwo” zwierzę sygnalizuje na przykład zmęczenie, strach albo obawę przed pracą w złych warunkach podłoża czy pogodowych.

Strach u konia wywołują przeróżne czynniki i sytuacje. Ale strach wierzchowca przed czymkolwiek nie kończy się na samym strachu. W naturze zwierzę uciekłoby od ewentualnego zagrożenia. Będąc podopiecznym człowieka możliwość jego ucieczki jest mocno ograniczona albo wręcz zablokowana. Wierzchowiec napina mięśnie, blokuje stawy, w niewygodny sposób ustawia ciało itp. U wstrzymywanego siłowo przed ucieczką konia, napięcia, sztywności i krzywizny narastają. To wszystko wywołuje ból. Ból potęguje uczucie strachu ponieważ: „skoro boli kiedy się boję, to znaczy, że słusznie się boję”. Jeźdźcy pracujący siłowo, egzekwujący posłuszeństwo zwierzęcia poprzez zadawanie bólu sprawiają, że koń zaczyna bardziej bać się pracy z jeźdźcem niż na przykład szeleszczącej folii czy przysłowiowego motylka. Jest to jednak fatalne rozwiązanie problemu. Może i dla takiego konia nic wokół nie jest straszne, ale w jego ciele napięte jest wszystko. Obserwując takie zwierzę ma się wrażenie, że napięte są nawet jego powieki. Z końmi, z którymi pracuje się na zasadzie porozumienia, trzeba wypracować kompromis: „nie będę cię pchała pod folię ale ty się skup, rozluźnij i współpracuj”. To trudniejszy do wypracowania układ niż siłowa perswazja. Ale taki kompromis, rozluźnienie mięśni, prośby o skupienie są dla konia najlepszą informacją: „folia nie jest zagrożeniem”. Taka praca jest najlepszym „odczulaniem” wierzchowca. Poza tym, jeździec zyskuje zaufanie zwierzęcia, wdzięczność, umiejętność jego reagowania na sygnały rozluźniające i skupiające podczas stresogennych sytuacji.

Wielu jeźdźców powiedziałoby, że kompromisy w pracy z koniem nie powinny mieć miejsca, bo wierzchowiec ma słuchać i wykonywać polecenia i już. Z tym: „i już” spotkałam się podczas paru dyskusji na temat jeździectwa. To mój „ulubiony” argument. Z dodanymi wykrzyknikami jest jak tupniecie nogą. Jak ktoś nie ma argumentu i wiedzy, to musi krzyknąć, obrazić albo właśnie tupnąć nogą. Wracając do koni i kompromisów. Taką pracę: „ słuchać i wykonywać polecenia i już” często obserwuję przy próbach nauczenia konia wypraw w teren. Najczęściej wypraw sam na sam, jeździec – koń, ale odbywają się też „walki” z wierzchowcem, który za nic nie chce oddalić się od stajni, nawet za zadem doświadczonego końskiego towarzysza. Walka zwierzęcia z jeźdźcem siedzącym na grzbiecie odbywa się oczywiście za pomocą wodzy i zazwyczaj wygrywa ją koń. Przegrywa dopiero wówczas, gdy jako szkoleniowiec wkracza do akcji jeździec, którego siłowe i zadające ból metody powinny podpadać pod znęcanie się nad zwierzęciem. Ale z argumentem: „przecież nie mogę sobie pozwolić na to, żeby mnie koń nie posłuchał”, rzucanym przez „jeźdźca zamordystę”, nie ma jak dyskutować. Jaki jest efekt takiej pracy? Koń zaczyna się bać bardziej jeźdźca niż terenu. Owszem zaczyna takie zwierzę chodzić w teren bez sprzeciwu za to: „w jego ciele napięte jest wszystko. Obserwując zwierzę ma się wrażenie, że napięte są nawet jego powieki”.

Praca nad brakiem oporu zwierzęcia do dłuższych wypraw oparta na kompromisowym dogadywaniu się, przynosi znacznie lepsze efekty i czasami w zadziwiająco krótkim czasie. Ponieważ jest to praca budująca zaufanie konia do jeźdźca. Zaufanie to „rodzi się” dzięki temu, że szukający kompromisowych rozwiań jeździec ma dużo większe szanse nad zapanowaniem nad własnym ciałem i pozostawieniem go w rozluźnieniu. Całe ciało jeźdźca „wysyła” zwierzęciu informację: „nie będzie siłowego przymusu”. Jeździec ma też wówczas większe szanse unikać niekontrolowanych ruchów i odruchów, przypominających pływanie „rozpaczliwcem”. Człowiek, który podczas podróżowania na końskim grzbiecie szykuje się do siłowego przepychania, napina i usztywnia swoje ciało. Przestaje być wówczas dla podopiecznego wiarygodnym i godnym zaufania partnerem.

Konie są domatorami. Wielu z was ciężko będzie w to uwierzyć. Przecież wierzchowce w naturze przemierzały i przemierzają ogromne odległości. W związku z tym, dla ludzi każde z tych zwierząt musi lubić wyprawy w teren. Weźcie jednak pod uwagę, że konie przemierzały te odległości z całym stadem, a to stado było ich „domem”. Każdy wierzchowiec zabierał więc w podróż swój „dom”. Udomowionym zwierzętom człowiek zafundował dom stacjonarny, gdzie mieszkają jego „ziomkowie” i gdzie ludzie dostarczają wystarczającą ilość jedzenia pod sam nos. Żaden koń nie widzi powodu, dla którego miałby opuszczać ten dom, nawet na krótką chwilę. Do tego wielu jeźdźców snuje zabawne teorie o przyjemności, jaką sprawia zwierzęciu podziwianie „okoliczności przyrody”. Szkoda tylko, że większość z tych wierzchowców całą drogę przemierza ze wzrokiem wbitym w ziemię z powodu przeganaszowanego ustawienia głowy i szyi. Albo ze wzrokiem błądzącym w chmurach, gdyż całą drogę zadzierają w górę głowę i szyję, by walczyć z zadającym ból wędzidłem. Argumentem, mającym potwierdzać zadowolenie konia z wypraw, ma być szybkie tempo chodów jakie przybiera koń w terenie. Wierzchowiec lubi „tereny” bo szybko, czyli chętnie, idzie. Ja mam wrażenie, że to chętnie i szybko oznacza: „muszę "zapieprzać” i „odbębnić” tą wyprawę, żeby jak najszybciej wrócić do domu.

Oczywiście, nie można generalizować i nie mam też nic przeciwko wyprawom w teren. Mam tylko sporo do zarzucenia sposobom „przyzwyczajania” koni do wypraw z dala od stajni. Koń, jako nasz towarzysz, powinien również czerpać prawdziwą przyjemność ze spacerów. A będzie tak się działo tylko wówczas, gdy zwierzę będzie ufało opiekunowi, będzie uważało, że tworzy z człowiekiem małe stado, gdy będzie skupiało się na jeźdźcu, będzie potrafiło rozluźnić się na prośbę opiekuna i kiedy nabierze pewności, że wraz z opiekunem zawsze po wyprawie wróci do domu. Przy nauce oddalania się od stajni, kompromisy powinny dotyczyć tego ostatniego warunku. Na czym one mają polegać? Wszystko zależy od zachowania konia na takim treningu.

Czasami zwierzę, podczas oddalania się od stajni, zatrzymuje się gwałtownie w miejscu i próbuje w panice zawrócić. Czasami nie chce nawet opuścić okolic stajni. Czasami szuka ucieczki od tego zadania, zwiększając znacznie tempo i nie reagując na zatrzymanie. Biegnie w prawdzie w kierunku wybranym przez człowieka, ale tylko po to, by przy najbliższej okazji zawrócić do stajni, obojętnie czy nadal z jeźdźcem na grzbiecie czy już bez. Przykładów jest pewnie więcej. Jeżeli ktoś będzie miał ochotę, to zapraszam to podzielenia się swoim doświadczeniem w komentarzach.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

NA "PATRONITE" - PASAŻ

NA "PATRONITE" - PASAŻ
Zastanawiasz się, dlaczego Twój koń ma problem z wykonaniem pasażu. Prosisz o pomoc lepszych od siebie jeźdźców albo instruktorów, jednak ich wysiłki idą na marne. Wydaje się być logicznym konieczność przytrzymania na wodzach konia do wykonania tej figury. Jednak jedynym efektem takiego działania wodzami oraz działania dosiadem, ostrogami i batem dla podtrzymania kłusa i nadania rytmu, jest zdecydowany bunt zwierzęcia. Zastanawiasz się co jest przyczyną. Należy ją znaleźć, żeby móc problem rozwiązać. I to jest kolejny problem: jak znaleźć ową przyczynę? Może wspólnie znajdziemy. Zapraszam do współpracy.

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA
Zastanawia mnie to czy takie " branie konia na kontakt" jest po prostu pół-paradą? Nie, to jak określiłaś „branie konia na kontakt”, to nie jest pół-parda. Na kontakcie powinno się pracować przez cały czas przebywania na końskim grzbiecie. Natomiast pół-parada jest swego rodzaju „ostrzeżeniem” dla wierzchowca: „uwaga, za chwilę o coś cię poproszę”.

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”
„Piszę z pytaniem,........ bardzo chciałabym poznać lepiej twój sposób szkolenia jeźdźców i koni, czy jest jakaś możliwość bym mogła....... uczestniczyć w prowadzonych przez Ciebie lekcjach ? Mam dwie chętne ręce do pomocy i jeśli jest jakaś możliwość bym mogła się czegoś nowego nauczyć to bardzo chętnie podejmę się takiej możliwości....” Jakiś czas temu odezwała się czytelniczka mojego bloga z takim właśnie pytaniem. Ale dopiero teraz „rozmowa” z nią natchnęła mnie do nowego pomysłu. Sposób pracy z wierzchowcami jaki propaguję dla wielu jeźdźców jest zupełną i często niezrozumiałą nowością. Jednak człowiek jest z natury ciekawskim „stworzeniem”. Myślę, że wśród jeźdźców, którzy trafiają na łamy mojego bloga jest wielu ciekawskich. Nie znaczy to, że od razu chcieliby zacząć trenować nowy sposób jazdy. Mam taką ofertę: proponuję chętnym dzień z „Pogotowiem jeździeckim”. Każdy mój dzień w stajni to praca z 4/5 końmi. Są to treningi m.in. dzieci na kucu, praca z końmi na lonży, praca wierzchem. Chętna osoba będzie mogła przyjrzeć się mojej pracy. Odpowiem na wszystkie pytania. Pokażę propagowany przeze mnie dosiad. Wskażę różnice w tym dosiadzie i dosiadzie jeźdźca, jeżeli zdecyduje się on wsiąść na wierzchowca. W zakładce: „współpraca” będę na bieżąco informowała o możliwych terminach takiej współpracy. Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl

Pogotowie jeździeckie

List od czytelniczki

List od czytelniczki
"Koń jest partnerem", "poproście konia", "współpracujcie"... Tak rzadko się to słyszy w polskich szkółkach. Moja przygoda z jeździectwem trwa od ok. 4 lat, choć jest bardzo nieregularna i nie przynosi takiej radości, jakiej się spodziewałam, ze względu na to, że nie umiem znaleźć dobrego instruktora, szkółki. Dlatego szukam miejsca, w którym ktoś pokazałby mi jak wspaniałe są konie, a także uświadomił, pokazał, wyjaśnił w kwestiach anatomii, psychiki, mechaniki ruchu, zachowań konia. Kogoś, kto mógłby mi pokazać, że można jeździć bez szkody, a nawet lepiej - z pożytkiem - również dla koni.  Nie oczekuje klubu z profesjonalnym trenerem, ani stanięcia na podium w zawodach (choć nie twierdzę, że jest to coś złego). Po prostu chcę zrozumieć konie, ich zachowania, żeby nauczyć się współpracy w harmonii, opartej na wzajemnym porozumieniu i szacunku... Chcę nauczyć się ich słuchać i z nimi "rozmawiać". Dużo uczę się sama - czytam artykuły, blogi, książki, oglądam filmiki, obserwuję treningi. Jednak mam sporo pytań, problemów, lęków, popełniam mnóstwo błędów. Ale mam też w sobie pasję, miłość i empatię dla koni. I chęci. Bo ja naprawdę chcę.  Niestety z każdą stajnią coraz bardziej się rozczarowuję. Wiele razy słyszałam, że coś się robi "bo tak" albo "skoro nie chcesz użyć bata to nie pojeździsz". Tylko że ja nie chcę jeździć za wszelką cenę... Pragnę się rozwijać, ale jeżdżąc w sposób wymuszany cierpieniem - cofam się. Nie chcę, żeby koń wykonywał moje polecenia ze strachu czy bólu. Moim marzeniem jest współpraca z końmi, oparta na wzajemnym szacunku i porozumieniu. Śląsk, okolice Katowic.  (w promieniu do ok. 30km) Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl