Szukaj na tym blogu

niedziela, 20 września 2015

KOŃ "TARAN"


W poście pt: 
Rozluźnianie konia podczas pracy a metoda masażu Jima Mastersona przytoczyłam zasady jakie muszą obowiązywać przy rozluźnianiu spiętych mięśni i stawów tychże zwierząt. Próbowałam udowodnić, że te same zasady muszą obowiązywać podczas pracy z koniem z siodła jak i z ziemi. Przestrzeganie tych zasad szczególnie ważne jest podczas zajeżdżania młodych koni.

Jim Masterson: „Najważniejszy jest sposób, w jaki poprosisz konia o ruch. Jeżeli w momencie , w którym prosisz o ruch, koń nie jest odprężony, wówczas nawet jeśli go wykona, to –w pewnym sensie-będzie stawiał opór. Dlatego tak ważnym słowem jest „poproś”. Poproś….przestań działać….poproś… przestań działać. Za każdym razem możesz poprosić o trochę więcej…, aż do całkowitego zniwelowania napięć
.

Przy ich braku, pierwszy „nauczyciel” tworzy ze zwierzęcia typ „ konia tarana”. Są to konie, które w reakcji na poczynania jeźdźca, stają się zwierzętami rozpychającymi się, ciągnącymi, pchającymi się na sygnał, zamiast od niego odejść. Stają się zwierzętami, które przy obsłudze napierają do przodu wieszając się na uwiązie, które podczas zakładania ogłowia „wieszają się” całym ciężarem na człowieku pchając go. Wierzchowce takie zachowują się tak, jakby miały zakodowaną konieczność napierania jak taran na wszystko, co jest związane z człowiekiem. Prowadzone na uwiązie czy na wodzach, będą siłowo ciągnęły za daną „pomoc”, a tym samym „przeciągały się siłowo z opiekunem. Takie konie pod siodłem są zazwyczaj zwierzętami pędzącymi, wiszącymi na wodzach, słabo reagującymi na sygnały zwalniające dawane przez jeźdźca. Konie jednak nie stają się „taranami” same z siebie, zawsze dzieje się to w obecności człowieka i przez jego niewłaściwe postępowanie. Z czasem, samo pojawienie się opiekuna staje się sygnałem dla podopiecznego do przyjęcia „walczącej” postawy. Dzieje się tak ,ponieważ to człowiek uczy konia takich zachowań. Ucząc staje się więc automatycznie bodźcem uruchamiającym cały proces rozpychania się zwierzęcia.

Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie nauczyłby podopiecznego złych zachowań z pełną tego świadomością. Jeźdźcy uczą zwierzęta „przepychanek” podświadomie i z braku wiedzy. Najgorszy scenariusz mamy wówczas, gdy osoba zajeżdżająca konia, pierwszy jego opiekun, nie ma pojęcia jak uczyć zwierzę zrozumienia sygnałów wysyłających polecenia i jak nauczyć podopiecznego prawidłowej reakcji na polecenia. Fatalne skutki przynoszą siłowe próby wyegzekwowania od wierzchowca reakcji na, niezrozumiałe dla niego, żądania. Koń bardzo szybko uczy się kontrować wysiłki opiekuna i szybko uczy się, że może być silniejszy. Walka szybko wchodzi zwierzęciu w nawyk i jest ono przekonane, że relacje z człowiekiem na tym polegają i muszą polegać. Nawet, gdy w którymś momencie okaże się, że człowiek uzbrojony w dodatkowe patenty staje się silniejszy od wierzchowca, to dla niego nie będzie to sygnałem do odpuszczenia i poddania się. Zwierzę będzie nadal walczyło, bo tak trzeba, bo tego zostało nauczone.

W jaki sposób człowiek uczy konia być rozpychającym się i przepychającym „taranem”? Na wiele sposobów. Wierzchowce bardzo dokładnie nas obserwują i szybko zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że należy spełniać oczekiwania człowieka. Ale te nasze oczekiwania odczytują z naszej postawy, a nie z naszych założeń i myśli. Weźmy na przykład sposób prowadzenia konia na „spacer” na uwiązie. Gdy „wręczymy” osobie nie mającej wcześniej styczności z końmi zwierzę do „poprowadzenia”, odruchowo złapie ona to zwierzę w bardzo kurczowy i siłowy sposób. Z góry zakładając, że koń jako wielkie zwierzę , będzie silniejsze. Laicy łapią za kantar i kurczowo trzymają konia albo chwytają uwiąz tuż pod pyskiem zwierzęcia i to zazwyczaj sztywną i przytrzymującą ręką nawet wówczas ,gdy koń w żaden sposób do tego nie prowokuje. Najbardziej niebezpiecznym odruchem jest zawijanie uwiązu wokół dłoni. „Weterani stajenni” nie popełnią takich błędów. Jednak, nawet gdy trzymając uwiąz w pewnej odległości od pyska ułożą rękę tak, by w razie czego przytrzymać na siłę konia czyli siłować się z nim i do tego ich ciało przyjmie pozycję gotową do siłowego zaparcia się, by „pomóc” swojej ręce, to podświadomie i natychmiast wysyłają zwierzęciu informację: „siłujmy się”, „ciągnij”. Cóż więc robi „posłuszny” koń - ciągnie. Takie zachowanie człowieka jest błędem przy pracy z zajeżdżanym koniem. Nawet ,jeżeli nieświadomy jeszcze niczego młody koń zacznie napierać do przodu i ciągnąć rękę jeźdźca ,nie wolno człowiekowi siłować się z podopiecznym, ponieważ potwierdza mu tym samym: „dobrze robisz, tak ma być”. Osoba „zabierająca się” za szkolenie konia młodziaka musi wiedzieć ,jak powinna wyglądać „rozmowa” z takim osobnikiem, by nauczyć go znaczenia poleceń: „nie ciągnij, nie pędź, idź równym tempem obok mnie”. Dla uczącego się zwierzęcia nieznane mu sygnały są jak wyrazy i całe zdania wypowiadane w obcym dla niego języku, a do tego w języku migowym. Żeby móc poprawnie zareagować na „prośby” opiekuna, wierzchowiec musi zrozumieć sens „nowych słów” i nauczyć się jak powinna wyglądać prawidłowa reakcja na nie. Musi zareagować tak, żeby z czasem podążać obok człowieka, dorównując mu tempem i rytmem kroków, prowadzony na luźnym uwiazie albo wodzach.

To samo dotyczy pracy z koniem z siodła. Każda postawa jeźdźca mówiąca: „zapieram się na wszelki wypadek gdybyś chciał ciągnąć”, prowokuje zwierzę do takiego zachowania. Nawet, gdy już zwierzę zdąży się nauczyć wieszać na rękach jeźdźca, ciągnąć i przeć do przodu, reakcja człowieka siedzącego na jego grzbiecie powinna „mówić” wszystkimi możliwymi sposobami: „tak nie wolno, nie pędź, nie ciągnij, nie wieszaj się”. Jeździec w migowym języku końsko-ludzkim powinien w jego zasobach mieć „przygotowane” takie sygnały i wiedzieć, jak nauczyć ich znaczenia swojego podopiecznego. Postawa próbująca trzymać konia, postawa ciągnąca go do tyłu, by zwolnił albo nie rozpędzał się jeszcze bardziej, utwierdza wierzchowca w przekonaniu, że ma przeć do przodu jak taran walczący z „zaporą”.

Druga rzecz ,to sposób w jaki człowiek „przesuwa” konia. Jeżeli zamiarem jeźdźca jest „przestawianie” zwierzęcia w bok podczas obsługi albo prowadzenia i opiekun z miejsca przyjmuje postawę „informującą”: „użyję siły żeby cię przesunąć”, to prowokuje konia do skontrowania takiego wysiłku. Zamiast ustąpić ,wierzchowiec będzie napierał na człowieka, napinając przy tym wszystkie możliwe mięśnie. Przy takiej przepychance, nawet jeżeli uda się opiekunowi „przestawić” zwierzę zaburzając jego równowagę, to nauka płynąca z takiej postawy opiekuna zawsze będzie „mówiła” zwierzęciu :napnij mięśnie i napieraj na mnie. Również postawa jeźdźca w siodle namawiająca wierzchowca do „przesunięcia się-ruchu w bok” nie powinna sugerować: „będę pchać”. Nie wolno robić tego ani piętą, ani biodrami , ani napiętym i sztywnym całym ciałem. Nawet udane ale siłowe przepychanie konia w bok, wyzwoli w nim odruch spinania ciała i napierania na człowieka.

Koń bardzo często „daje” opiekunowi „do potrzymania” część swojego ciężaru. Dzieje się tak z różnych przyczyn: z utraty równowagi, z wyuczenia, z przyzwyczajenia, z nawyku. U młodych, uczących się koni ,takie próby „przekazania” części ciężaru wynikają głównie z „niewiedzy” zwierzęcia, „niezrozumienia” sytuacji, niemożności utrzymania ciężaru np. swojej głowy i szyi przy utracie równowagi albo podczas krzywego ustawienia ciała podczas pracy. Jeżeli jeździec pracujący z młodym koniem nie będzie niwelował przyczyn, które „zmuszają” wierzchowca do „obdarowania” opiekuna częścią swojego ciężaru, spowoduje, że wieszanie się konia przerodzi się w nawyk i przyzwyczajenie. Weźmy na przykład pod uwagę kwestię uczenia konia podawania nóg do wyczyszczenia kopyt. Jeżeli pierwszy wychowawca zwierzęcia będzie przednią nogę próbował podnieść zapierając się ciałem i pchając ramieniem podopiecznego z całej siły, to niestety nie uczy on konia przerzucenia ciężaru na przeciwległą nogę. Uczy konia przepychać się i właśnie nogę „podrywaną” do wyczyszczenia- obciążać. Owszem, wykorzystując moment zachwiania równowagi konia, wywołane przepychaniem, człowiek oderwie końską nogę od ziemi. Jednak zwierzę, zachęcone do wzajemnego napierania, chwilę po podniesieniu nogi, obciąży ją maksymalnie, a ponieważ jest ona podtrzymywana przez człowieka, wierzchowiec obciąży jego rękę. Nawet błędy człowieka przy kiełznaniu konia, mogą uczyć go napierania na opiekuna. Dajmy na to, że zwierzę przy wkładaniu do pyska wędzidła opuszcza głowę w dół, naginając przy tym rękę człowieka. Jeżeli jeździec zacznie podtrzymywać ramieniem głowę podopiecznego i w pośpiechu zakładać ogłowie, to przekazuje mu wyraźna informację: „tak jest dobrze, opieraj się, ja potrzymam ci głowę”. Jeżeli człowiek nie zada sobie trudu, by właściwymi sygnałami namawiać wierzchowca do podniesienia głowy i utrzymania jej na optymalnej wysokości, to ponownie uczy zwierzę napierać na swojego nauczyciela.


Przykładów takich sytuacji „uczących” konia przepychania się z człowiekiem można by przytoczyć dużo więcej. Jednak najbardziej sugestywnym „sygnałem” uczącym konia byciem „taranem” jest sposób, w jaki młode osobniki uczy się ruchu. Jeżeli wykorzystuje się do tego odruch ucieczki przed „zagrożeniem”, to zawsze ruch będzie się kojarzył zwierzęciu z bezmyślnym i panicznym parciem do przodu. Oczywiście, to „parcie” będzie „konieczne” w obecności człowieka. Tak właśnie młody wierzchowiec to sobie zakoduje. Tym zagrożeniem dla młodego wierzchowca podczas pierwszych lekcji lonżowania jest bat i lonża, którymi człowiek wymachuje w sposób „mówiący”: „uciekaj”. W siodle „zagrożeniem” jest „ciężar” człowieka, bat, łydki, ostrogi. Przy takiej jeździe wierzchem, podopieczny będzie zachowywał się w ruchu tak, jakby koniecznie chciał uciec spod „ciężaru” człowieka. Wierzchowiec nie będzie znał sposobu poruszania się, z pasażerem na grzbiecie, w którym bez przymusu i ze swobodą może iść dokładnie pod jeźdźcem. Jeźdźcy, którzy wykorzystują odruch ucieczki, już na koniu popełniają kolejny błąd i uciekającego „spod jeźdźca” konia zaczynają trzymać zaciągniętymi na siłę wodzami. Te zaciągnięte wodze, na które „rozpędzone” zwierzę napiera, utwierdzają je w przekonaniu, że relacje z człowiekiem powinny opierać się na wzajemnym „przepychaniu”. Sygnały dawane zwierzęciu, „wprawiające je w ruch”, „egzekwujące” zwolnienie i zatrzymanie, „nadające kierunek jazdy”, „ustawiające jego ciało” muszą być dla niego zrozumiałe. Jeżeli zrozumiałe, to nie mogą być siłowe, zadające ból albo wywołujące strach, bo od takich koń zawsze będzie uciekał. Zabierając się do pracy z młodym koniem albo takim, u którego złe nawyki parcia do przodu, trzeba odpracować, człowiek musi wiedzieć jak nauczyć wierzchowca rozumieć sygnały mówiące: „proszę zrób to” i jaka powinna być jego prawidłowa reakcja na nie.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

NA "PATRONITE" - PASAŻ

NA "PATRONITE" - PASAŻ
Zastanawiasz się, dlaczego Twój koń ma problem z wykonaniem pasażu. Prosisz o pomoc lepszych od siebie jeźdźców albo instruktorów, jednak ich wysiłki idą na marne. Wydaje się być logicznym konieczność przytrzymania na wodzach konia do wykonania tej figury. Jednak jedynym efektem takiego działania wodzami oraz działania dosiadem, ostrogami i batem dla podtrzymania kłusa i nadania rytmu, jest zdecydowany bunt zwierzęcia. Zastanawiasz się co jest przyczyną. Należy ją znaleźć, żeby móc problem rozwiązać. I to jest kolejny problem: jak znaleźć ową przyczynę? Może wspólnie znajdziemy. Zapraszam do współpracy.

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA

NA "PATRONITE" PÓŁ-PARADA
Zastanawia mnie to czy takie " branie konia na kontakt" jest po prostu pół-paradą? Nie, to jak określiłaś „branie konia na kontakt”, to nie jest pół-parda. Na kontakcie powinno się pracować przez cały czas przebywania na końskim grzbiecie. Natomiast pół-parada jest swego rodzaju „ostrzeżeniem” dla wierzchowca: „uwaga, za chwilę o coś cię poproszę”.

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”

DZIEŃ Z „POGOTOWIEM JEŹDZIECKIM”
„Piszę z pytaniem,........ bardzo chciałabym poznać lepiej twój sposób szkolenia jeźdźców i koni, czy jest jakaś możliwość bym mogła....... uczestniczyć w prowadzonych przez Ciebie lekcjach ? Mam dwie chętne ręce do pomocy i jeśli jest jakaś możliwość bym mogła się czegoś nowego nauczyć to bardzo chętnie podejmę się takiej możliwości....” Jakiś czas temu odezwała się czytelniczka mojego bloga z takim właśnie pytaniem. Ale dopiero teraz „rozmowa” z nią natchnęła mnie do nowego pomysłu. Sposób pracy z wierzchowcami jaki propaguję dla wielu jeźdźców jest zupełną i często niezrozumiałą nowością. Jednak człowiek jest z natury ciekawskim „stworzeniem”. Myślę, że wśród jeźdźców, którzy trafiają na łamy mojego bloga jest wielu ciekawskich. Nie znaczy to, że od razu chcieliby zacząć trenować nowy sposób jazdy. Mam taką ofertę: proponuję chętnym dzień z „Pogotowiem jeździeckim”. Każdy mój dzień w stajni to praca z 4/5 końmi. Są to treningi m.in. dzieci na kucu, praca z końmi na lonży, praca wierzchem. Chętna osoba będzie mogła przyjrzeć się mojej pracy. Odpowiem na wszystkie pytania. Pokażę propagowany przeze mnie dosiad. Wskażę różnice w tym dosiadzie i dosiadzie jeźdźca, jeżeli zdecyduje się on wsiąść na wierzchowca. W zakładce: „współpraca” będę na bieżąco informowała o możliwych terminach takiej współpracy. Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl

Pogotowie jeździeckie

List od czytelniczki

List od czytelniczki
"Koń jest partnerem", "poproście konia", "współpracujcie"... Tak rzadko się to słyszy w polskich szkółkach. Moja przygoda z jeździectwem trwa od ok. 4 lat, choć jest bardzo nieregularna i nie przynosi takiej radości, jakiej się spodziewałam, ze względu na to, że nie umiem znaleźć dobrego instruktora, szkółki. Dlatego szukam miejsca, w którym ktoś pokazałby mi jak wspaniałe są konie, a także uświadomił, pokazał, wyjaśnił w kwestiach anatomii, psychiki, mechaniki ruchu, zachowań konia. Kogoś, kto mógłby mi pokazać, że można jeździć bez szkody, a nawet lepiej - z pożytkiem - również dla koni.  Nie oczekuje klubu z profesjonalnym trenerem, ani stanięcia na podium w zawodach (choć nie twierdzę, że jest to coś złego). Po prostu chcę zrozumieć konie, ich zachowania, żeby nauczyć się współpracy w harmonii, opartej na wzajemnym porozumieniu i szacunku... Chcę nauczyć się ich słuchać i z nimi "rozmawiać". Dużo uczę się sama - czytam artykuły, blogi, książki, oglądam filmiki, obserwuję treningi. Jednak mam sporo pytań, problemów, lęków, popełniam mnóstwo błędów. Ale mam też w sobie pasję, miłość i empatię dla koni. I chęci. Bo ja naprawdę chcę.  Niestety z każdą stajnią coraz bardziej się rozczarowuję. Wiele razy słyszałam, że coś się robi "bo tak" albo "skoro nie chcesz użyć bata to nie pojeździsz". Tylko że ja nie chcę jeździć za wszelką cenę... Pragnę się rozwijać, ale jeżdżąc w sposób wymuszany cierpieniem - cofam się. Nie chcę, żeby koń wykonywał moje polecenia ze strachu czy bólu. Moim marzeniem jest współpraca z końmi, oparta na wzajemnym szacunku i porozumieniu. Śląsk, okolice Katowic.  (w promieniu do ok. 30km) Kontakt: pogotowie_jezdzieckie@wp.pl