środa, 29 listopada 2017

JAKIE WĘDZIDŁO?


W tym poście po raz kolejny poruszę temat pracy na wędzidle. Do napisania go skłoniła mnie lektura dyskusji na pewnym forum jeździeckim. Dyskusji na temat: „jakie wędzidło?”. Okazało się, że jest tam ponad 300 stron rozważań, jakie wędzidła zafundować różnym koniom. Przeczytałam kilkanaście ostatnich stron i się przeraziłam. Wśród rozważań: czy wędzidło zwykłe, czy pojedynczo czy podwójnie łamane, czy z „wąsami”, czy z kółkami, 
a może pelham, cyganka albo wędzidło typu D, czy plastikowe, gumowe lub smakowe,  i jakiej firmy, były dwa, może trzy nieśmiało rzucone zdania mówiące, że żadne wędzidło nie zastąpi pracy. Tak, wiem, tematem dyskusji było w końcu wędzidło. Jednak rozważania, które tam znalazłam, są dla mnie jednoznaczne z zastanawianiem się jakie wędzidło najlepiej zastąpi brak wiedzy, umiejętności i pracy. Jeźdźcy używają wędzidła jak narzędzia tortur, a rozmawiają o nich jak o cukierkach dla konia – które lepsze i jak podać?

Nie chcę, żebyście mnie źle zrozumieli. Nie twierdzę, że rodzaj wędzidła i jego jakość nie ma wpływu na komfort pracy konia. Ma ogromny wpływ- ale nawet najlepsze wędzidło w rękach dyletanta będzie topornym „łomem”, a najzwyklejsze i najtańsze wędzidło w rękach „artysty” będzie skromnym narzędziem pomagającym tworzyć „dzieło sztuki”.

Lubię rysować, malować akwarelką, jednak wiem, że lubić to za mało. Trzeba mieć talent i warsztat, żeby tworzyć piękne obrazki. Nie każdy jest obdarzony talentem ale mając tego świadomość, trzeba zdobywać wiedzę, uczyć się i stopniowo budować techniczny warsztat, żeby stworzone rzeczy miały artystyczną wartość. Nawet, gdybym dostała do ręki ołówki, farbki, pędzelki i papier z najlepszej firmy i za ciężkie pieniądze, bez wiedzy i warsztatu będę tworzyć bohomazy. Z wiedzą i warsztatem, nawet przy pomocy zwykłego i najtańszego ołówka, stworzę rysunek, który zachwyci. Dokładnie tak samo jest z pomocami jeździeckimi, które dostajemy do dyspozycji, by pracować z podopiecznym. Dokładnie tak samo jest z wędzidłem.

Jedna z dyskutantek na owym forum poszukuje wędzidła dla czteroletniego, bardzo czułego konia z predyspozycjami do Grand Prix. Do tej pory jeździła na zwykłym, pełnym, podwójnie łamanym wędzidle i twierdzi, że tragedii nie ma ale koń zaciska szczękę. Przy dalszej lekturze dowiaduję się, że: „z oparciem się na wędzidle mamy jeszcze problem, co wynika po części z wieku i poziomu wyszkolenia nad którym właśnie pracujemy, a po części z jego wrażliwości, miękkiego pyska i skłonności np. do chowania się za wędzidło”. Autorka wypowiedzi twierdzi, że do tej pory pracowała z koniem nad rytmem i rozluźnieniem ale teraz zaczyna pracę nad kontaktem, a to była od początku słaba strona konia, więc szuka pomocy w lepszym wędzidle.

Zastanawiacie się pewnie co mogło mnie w tej wypowiedzi przerazić? Przede wszystkim fakt, że czterolatek chowa się za wędzidło. Dlaczego konie chowają się za wędzidło? Jest to odruch obronny przed boleśnie działającym wędzidłem. Przed silnie działającymi rękami jeźdźca, których tenże używa do siłowego ściągnięcia głowy i szyi konia w dół albo do wyhamowania zwierzęcia. Nie ma innej opcji. Przegięta szyja konia staje się bardzo obolała a jej ułożenie przysparza zwierzęciu ogromny dyskomfort. Żadne zwierzę nie ustawi tak głowy i szyi bez przyczyny, nie zada sobie bólu bez przyczyny. Koń przegina szyję i ucieka z brodą w kierunku własnej piersi, bo ból zadawany wędzidłem musi być tak duży, że wierzchowiec wybiera ból nieco lżejszy- właśnie ból przegiętej szyi.

Chowanie się konia za wędzidło nie jest żadną tendencją, jak sugeruje uczestniczka forum. To raczej akt desperacji. W przegiętej, przeganaszowanej szyi wszystkie mięśnie są napięte, kręgi szyjne nie wyginają się płynnym łukiem tylko zostają „złamane” pod niewygodnym kątem w środkowej swojej części. 



W potylicy koń czuje ból i napięcie, zaciska szczęki. Koń „skraca” szyję chowając ją między łopatki. Ten „ruch” staje się, między innymi, przyczyną całkowitego braku rozluźnienia u nasady szyi. Wierzchowiec taki nie jest w stanie wzmacniać i nabudować mięśni potrzebnych do samodzielnego niesienia szyi. Twierdzenie amazonki, że do tej pory pracowała z koniem nad jego rozluźnieniem i rytmem, świadczy o niewiedzy i braku zrozumienia tego, czym jest owo rozluźnienie wierzchowca. Przy tak ułożonej szyi rozluźnienie się wierzchowca jest niemożliwe. Niemożliwym jest również utrzymanie przez niego rytmu, ponieważ warunkiem wypracowania rytmicznego chodu jest umiejętność konia do samo – niesienia. A przeganaszowane i usztywnione zwierzę nie będzie się „samo niosło”.

Amazonka pisze, że koń ma problem z oparciem się na wędzidle z powodu swojej wrażliwości i miękkiego pyska. Ludzie! Jeźdźcy! Każdy koń jest wrażliwy i ma miękki pysk. Jedyne z czym się zgodzę, to ze zdaniem amazonki, że brak oparcia na wędzidle wynika z jego wieku i poziomu wyszkolenia. Zgodzę się, ponieważ: czterolatek nie jest w stanie pracować przez cały trening na kontakcie. Czterolatek powinien dopiero się tego uczyć. Czterolatek powinien mieć prawo do swobodnego ruchu szyją i głową i do szukania właściwej ich pozycji. Czterolatek z wyciągniętą do przodu szyją powinien uczyć się dopiero łapać wędzidło. Powinien robić to swobodnie i w reakcji na pracę nad zaangażowaniem zadnich nóg do pracy i w reakcji na prężącą w górę pracę grzbietu.



Zmiana wędzidła w takim przypadku w niczym nie pomoże, ani zwierzęciu, ani jeźdźcowi.

Taki czteroletni koń ma jeszcze duże szanse na „odpracowanie” błędów. Jeździec powinien namówić zwierzę na podniesienie głowy, „wydłużenie” jej, rozluźnienie i noszenie przez jakiś czas w poziomie i swobodnie. I wcale nie oznacza to, że należy wodze wypuścić i zrezygnować z pracy na nich. Jeździec powinien popracować nad swoją umiejętnością regulowania tempa wierzchowca przy pomocy ciała i dosiadu, by móc całkowicie zrezygnować z hamującego działania wodzami.

Właśnie przy tej dyskusji pojawił się „głos” mówiący: „Żadne kiełzno za ciebie nie ujeździ konia, a czterolatek nie może być jeszcze ujeżdżony, te lekcje trzeba odrobić”. Ostateczną konkluzją dyskusji było jednak stwierdzenie, że należy celować w wędzidło grube, wypróbować plastikowe i te z najwyższej półki.

Jeśli chodzi o stosunek amazonki do własnych umiejętności, to refleksji nie było: „Z natury jest to niezwykle wrażliwy koń – np. dużo czasu pracowaliśmy nad tym, aby przejścia w dół były płynne bo wystarczyło że o tym pomyślę, a koń od razu się zatrzymywał, jestem w stanie prowadzić go samym dosiadem, a najsubtelniejsze dotknięcie łydką powoduje reakcję..... Rękę mam bardzo delikatną, spokojną i podążającą za koniem...... Wiem co muszę robić treningowo, aby to (chowanie się za wędzidło) poprawić i sukcesywnie pracuję nad tym.....”.

Musicie zdać sobie sprawę z tego, że koń idący od zadu, prężący grzbiet, poproszony dosiadem o przejście do niższego chodu, będzie wykonywał te przejścia bardzo płynnie. Przy pracującej łydce, która informuje zwierzę o konieczności zaangażowania tylnych kończyn przy tych przejściach, nie jest ono w stanie zahamować gwałtownie i od razu się zatrzymać. Nie jest w stanie tego zrobić na etapie nauki. Czteroletni wierzchowiec, który zatrzymuje się gwałtownie, robi to w reakcji na ból zadany wędzidłem i wciśniętymi w grzbiet pośladkami. Z czasem zaczyna reagować tak na samo wspomnienie bólu. Koń amazonki „odczytując” zachowanie jej ciała, po tym jak pomyśli o przejściu do niższego chodu, reaguje zawczasu, zanim poczuje ból. Reaguje zawczasu po to, by uniknąć bólu.


08 grudzień 2017
P.s. Drodzy czytelnicy. Link do tego posta pojawił się na pewnym forum. Dziękuję. Osoba, która go wstawiła wspomniała o innym wpisie bardzo uogólniając i spłycając sens mojej wypowiedzi. A cytat, który wstawiła, nie jest cytatem z mojego posta tylko jej interpretacją mojej wypowiedzi. Zachęcam do przeczytania i własnej oceny tekstu.
http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/08/metody-wstepnej-pracy-z-wierzchowcem-i.html 

Powiązane posty:  http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2018/01/mode-konie.html

Gdyby ktoś z czytelników miał ochotę dowiedzieć się jak pracować z koniem bez używania wodzy jako hamulca, to zachęcam zacząć od podstaw: 
http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2015/02/zatrzymaj-sie-koniu.html

Pozdrawiam. Olga




wtorek, 21 listopada 2017

WODZE W DŁONIACH


Dbałość o szczegóły w wykonywaniu pracy podczas jazdy na koniu jest bardzo ważna. Owe szczegóły pozwalają na dokładne przekazywanie informacji zwierzęciu i na odczytywanie sygnałów przez niego wysyłanych. Jedną z pomocy niezbędnych dla przepływu informacji między jeźdźcem a jego podopiecznym są wodze. Sposób w jaki człowiek ustawia dłonie i ręce przy trzymaniu wodzy, może ułatwić albo utrudnić przepływ informacji. Utrudnić może szczególnie odbiór tego, co chce „powiedzieć” zwierzę. Podstawowa zasada trzymania wodzy jest jasna i nie powinna przysparzać problemów: wodze, od strony końskiego pyska „przechodzą” między małym a serdecznym palcem dłoni, zamknięte w garści „wychodzą” nad palcem wskazującym. Oparte o ten palec, przytrzymywane powinny być przez kciuk. Wszyscy wiedzą, że tak należy wodze trzymać, chociaż ktoś mnie kiedyś przekonywał, że są inne szkoły trzymania wodzy. Według jednej z nich wodza „prowadzona jest”, od strony wędzidła, nad palcem wskazującym i poprzez garść opuszczona zostaje w dół. Szukałam w internecie informacji na temat takiego sposobu trzymania wodzy podczas jazdy wierzchem ale nie mogłam znaleźć.

Znalazłam za to dyskusję na temat tego: „dlaczego wodze przechodzą między czwartym a piątym palcem? Dlaczego mały palec nie trzyma wodzy?

Dlatego, że nie jest obojętne to, w którym dokładnie miejscu pod palcami powinny przechodzić wodze. Zróbcie mały eksperyment: do kolejnych paliczków któregokolwiek palca waszej ręki przywiązujcie tasiemkę.



Zacznijcie od tego paliczka z paznokciem (paliczek dalszy), potem zamknijcie dłoń w pięść i poproście kogoś, by ciągnąc za tasiemkę, zmusił wasz palec do otwarcia się. Oczywiście tym waszym palcem stawiacie opór. Potem to samo ćwiczenie zróbcie z tasiemką przywiązaną do środkowego paliczka, no i na końcu do tego przy samej dłoni (paliczek bliższy). Najtrudniej zmusić palec do otwarcia się, gdy tasiemka ciągnie za najniższy paliczek czyli bliższy. Wodze przechodzące pod tym właśnie paliczkiem będą trzymane najbardziej stabilnie i najpewniej.

Spójrzcie teraz na swoja zamknięta pięść.



Bliższe paliczki palca wskazującego, środkowego i serdecznego układają się w miarę w jednej linii – tworzą swego rodzaju całość. Paliczek małego palca jest w porównaniu z nimi krótszy i wyraźnie cofnięty. Trzymanie wodzy pod tym palcem zmniejszyłoby stabilność uchwytu, nie mówiąc już o tym, że pod paliczkiem bliższym małego palca jest mniej miejsca do ułożenia wodzy niż pod paliczkiem bliższym czwartego palca. No i mały palec jest tym najsłabszym. Jeżeli opisane ćwiczenie przeprowadziliście z każdym palcem dłoni, to na pewno zauważyliście, że mały palec stawia najmniejszy opór i najłatwiej go odgiąć.

Jak już wspomniałam, wodze ułożone pod paliczkiem bliższym serdecznego palca są trzymane stabilnie i pewnie. Takie trzymanie wodzy można porównać do trzymania za rączkę małego dziecka. Szczególnie w niebezpiecznych miejscach trzeba trzymać jego rączkę tak, żeby jej nie wyszarpnęło ale jednocześnie tak, by jej mu nie zmiażdżyć i nie zadać bólu. Przez tak trzymaną rączkę dziecka odbieramy bodźce i czujemy jak podopieczny idzie i czy czegoś nie kombinuje. Trzymanie wodzy pod paliczkiem niższym serdecznego palca daje nam szansę na dokładne odbieranie bodźców przekazywanych przez konia. Taki chwyt pozwala nam odczytywać informacje przekazywane nam świadomie i nieświadomie przez naszego wierzchowca.

Żeby utrzymanie wodzy pod pierwszym paliczkiem było możliwe, jeździec musi mieć zamkniętą w pięść dłoń. Niestety jeźdźcy nagminnie pracują wodzami trzymając je w na wpół - otwartych dłoniach.


Istnieje wśród jeźdźców przekonanie, że w ten sposób delikatniej pracuje się z końskim pyskiem. Pokutuje też stereotyp, według którego wodzami należy pracować - czyli przesyłać zwierzęciu informacje, poprzez lekki ruch serdecznym palcem. Poprzez jego lekkie otwieranie i zamykanie. Kolejnym powielanym stereotypem jest przekonanie, że wodzami należy pracować poprzez ruch dłoni w górę i dół dzięki ich wyginaniu w nadgarstkach. Skąd takie przekonania? Wielu ludzi jeździ wierzchem z bardzo spiętymi mięśniami i stawami w swoim ciele. Spięte są szczególnie kończyny. Napięcie w rękach takich osób dotyczy głównie ramion i łokci. Owi jeźdźcy nie są w stanie ruszyć w żaden sposób ani jedną ani drugą ręką. Stawy palców i nadgarstki są jedynymi stawami kończyn górnych, którymi ci jeźdźcy są w stanie wykonać jakiś ruch. Sztywni jeźdźcy wymyślili więc oba sposoby pracy wodzami, wmawiając ogółowi, że dzięki temu pysk konia jest oszczędzany. A ponieważ, jak już wspomniałam, większość ludzi siedzących w siodle jest spięta, więc bez zastanowienia i problemu akceptują takie tłumaczenie.

Jest w tym wszystkim jednak wielkie „ale”, o którym wielu jeźdźców nie ma pojęcia. Po pierwsze – jeździec, nigdy i w żadnym przypadku, nie powinien rozmawiać z pyskiem konia, mimo że właśnie tam docierają nasze impulsy poprzez wodze i wędzidło. Jeździec poprzez wodze i wędzidło rozmawia z szyją konia, jego łopatkami oraz resztą ciała i to we współpracy z łydkami i dosiadem. A w tym przypadku sztywny i ograniczony ruch nadgarstkiem i palcem jest niewystarczającym sygnałem. Niewystarczającym do tego, by koń mógł go „dokładnie usłyszeć” i prawidłowo odebrać. Po drugie, konie nie odczytują ruchu wodzy czy samego wędzidła. One czytają ruch, układ i stan rozluźnienia całych rąk swojego pasażera. To sprężyście pracujące ręce są przekaźnikiem informacji, a wodze i wędzidło można porównać do zasięgu telefonicznego. On może być lepszy albo gorszy ale „rozmówcą” są ręce i one jako takie są w stanie przekazać więcej informacji, gdy są rozluźnione i pracują od ramienia poprzez łokieć do wędzidła. Nasze całe górne kończyny są nadawcą, a ich część w postaci dłoni i serdecznych palców są naszą słuchawką. Przez nie odbieramy informacje od podopiecznego, więc muszą być stabilne.

Wrócę teraz do zamkniętych dłoni jeźdźca. Ich zamknięcie i ustawienie nie może być byle jakie. Po pierwsze, zamykając pięść nie zaciskamy jej na siłę a palce układamy tak, by położyć opuszki palców na spodniej części dłoni (na poduszkach). Innymi słowy, paznokcie nie mogą wbijać się w dłoń. Kciuki, jak już wspomniałam, należy oprzeć na wodzy leżącej na paliczku niższym palca wskazującego. W ułożeniu zamkniętej garści może jak zwykle pomóc wyobraźnia. Pomyślcie, że niesiecie w garściach chore ptaszki do lekarza weterynarii. Musicie tak je trzymać, żeby wam nie uciekły ale przy tym tak, żeby ich nie zadusić.




To, że ustawiamy pięści kciukami do góry, to oczywista informacja. Mimo to, ilość jeźdźców trzymających pięści w pozycji poziomej, czyli kciukami do siebie, jest ogromna. Nie wystarczy jednak trzymać pięści kciukami ku górze. Bardzo ważne jest także odpowiednie ustawienie pięści. Należy je tak ustawić, by były lekko skierowane do środka. Pomyślcie przy układaniu pięści, że na obu nadgarstkach macie założone piękne zegarki. Zegnijcie nadgarstki tak, jakbyście chcieli pochwalić się tymi zegarkami osobom stojącym wokół terenu, na którym pracujecie na koniu. Czyli uwypuklamy nadgarstki na zewnątrz. Dzięki takiemu ułożeniu dłoni, bliższe paliczki palców skierowane są dokładnie w stronę wędzidła i utrzymanie wodzy pod tymi paliczkami nie nastręcza wówczas żadnych problemów.



Tak ułożone dłonie zamknięte w pięść oraz lekko zaokrąglone nadgarstki wraz z całymi rękami powinny być oddane do przodu. Z ramion ręce powinny „wychodzić” w przód tak, by nie zaciskać pach. Łokcie pozostawiamy lekko zgięte i tak, jakbyśmy obejmowali całymi rękami dziecko usadzone przed nami na siodle. Wyobraźcie sobie takie dziecko przed sobą i pracujcie wodzami z wierzchowcem z tak ułożonymi rękami, żeby równocześnie zapewnić dziecku bezpieczeństwo.


środa, 15 listopada 2017

CIEMNA STRONA JEŹDZIECTWA


Nie raz już wspomniałam, że wiele koni nie ulegnie człowiekowi mimo używanej siły i mimo zadawanego bólu. Przyczyny ich buntu są różne. Jedne wierzchowce mają taki charakter, że zawsze będą walczyć z „oprawcą”. Inne nie mogą pogodzić się z faktem, że zostaje im zadawany ból. Nie mogą pogodzić się z tym, że w czasie noszenia człowieka czują ból. Jeszcze inne zawsze będą bały się bardziej „wszystkiego i niczego”,niż człowieka. Nie skupione na nim, będą go traktowały jak zbędnego pasażera, jak uczepionego „kleszcza”, który w żaden sposób nie przeszkodzi im uciekać przed zagrożeniem. Takie konie idą najczęściej „w odstawkę” albo przechodzą z rąk do rąk ostatecznie trafiając na rzeź. Do niektórych z tych zwierząt „los się uśmiecha” i trafiają do osoby, która pokocha to zwierzę mimo buntowniczej postawy i „trudnego” charakteru. Niektóre z tych koni znajdują opiekuna, który postanowi właśnie z tym wierzchowcem się dogadać na zasadzie zrozumienia, porozumienia i zaufania. Bo tylko tak można z takimi zwierzętami pracować. Niewiele jednak z koni buntowników ma takie szczęście. To są wyjątki.

Wielu jeźdźców nawet nie zdaje sobie sprawy, że istnieją takie niepokorne konie. Przygoda z jeździectwem zaczyna się zazwyczaj w tradycyjnej szkółce jeździeckiej, gdzie wsiada się na zajechanego, obolałego, poddańczo - uległego i zrezygnowanego „Misia”, Baśkę” czy „Maciusia”. Wielu z was teraz pomyśli: „a ja znam takiego konia. U nas w szkółce albo stajni jest taki: nie chce zagalopować i trzeba uderzyć go batem. Albo nie chce zakręcić w lewo i trzeba mocno pociągnąć wodzą. Itp i itd”. Wybaczcie......to jest bunt? To jest nieudolna próba cwaniakowania takiego zwierzęcia albo nieśmiała próba zwrócenia na siebie uwagi opiekuna. Próba zasygnalizowania mu, że jest jakiś problem. Walniesz batem, wbijesz ostrogi, zaciągniesz pysk wędzidłem i koń, mimo zadanego bólu i dyskomfortu, dalej idzie. Konie, które naprawdę się buntują, dadzą się zabić, a nie złamią się i nie wykonają zadania poleconego mu siłą przez opiekuna. Nie spotykacie takich koni podczas swojej przygody jeździeckiej, bo stoją w chlewach, stodołach, u handlarzy i czekają na swój „transport”.

Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ za zajeżdżanie takich koni i za jeżdżenie na nich biorą się „fachowcy”, którzy w swoim słowniku ludzko – końskim mają zakodowane cztery sygnały: pięty wbite w żebra, zaciągnięte wodze, ciągnięcie za wewnętrzną wodzę przy zakręcie i wciskanie napiętych pośladków w grzbiet konia. Przepraszam, ale z takim „bogactwem” sygnałów człowiek powinien z konia przesiąść się na rower.

Takie buntujące się konie, zanim staną się tymi niechcianymi, są najpierw wyzwaniem dla „prawdziwych jeźdźców”. „Prawdziwy jeździec” to taki, który wie wszystko, bo jeździ konno już parę lat i z każdym koniem sobie poradzi. Nie ma takiej możliwości, żeby jakiś koń nie wykonał polecenia „prawdziwego jeźdźca”. W związku z tym koń buntownik przechodzi przez całą serię tortur, do których wykorzystywane są wszelkie możliwe patenty jeździeckie, z czarną wodzą, czambonem, pelamem, batem do bicia i ostrogami na czele. Kiedy się okazuje, że jednak „fachowiec - prawdziwy jeździec” sobie nie poradził z danym koniem, zwierzę trafia do kolejnego „prawdziwego jeźdźca”. Ostatecznie „fachowcy” rezygnują z podporządkowania sobie takiego wierzchowca, tłumacząc swoją decyzję głupotą konia. Potem wy wpłacacie pieniądze jakiejś fundacji, która próbuje „wrak” takiego wierzchowca wykupić i uratować przed śmiercią.

A wszystko przez zajechane „Misie”, „Baśki” i „Maciusie”. To przez ich poddaństwo, uległość i rezygnację z walki o lepszy los, wielu jeźdźców jest przekonanych, że cztery prymitywne sygnały dają im prawo do wożenia się na końskim grzbiecie.

Uważam też, że bardzo niewielu jeźdźców darzy konie prawdziwą miłością. A szczególnie nie mają dla nich uczuć Ci, dla których konie pracują i zarabiają pieniądze. Dlaczego tak sądzę? Te uległe „Misie”, Baśki” i „Maciusie”, świadomie i nieświadomie próbują jednak nieśmiało zwrócić uwagę swoich opiekunów na swój dyskomfort podczas wożenia ludzi. „Liczą” na inteligencję swoich opiekunów i jeźdźców, która pozwoli im prawidłowo odebrać ich ciche wołanie o zrozumienie i pomoc.

Próżne nadzieje tych koni. Wszystko da się jakoś wytłumaczyć i załatwić bez konieczności zrozumienia zwierzęcia, bez konieczności myślenia, zdobywania wiedzy i ciężkiej długotrwałej pracy. Koń się zapoprężył? – bo ma taką budowę. Koń ma opuchnięte nogi? – bo jest mniej szlachetny niż inne albo ma złe krążenie. A niektóre konie po prostu tak mają, że gdy stoją, nogi im puchną. Nie ma problemu.... po jeździe opuchlizna zejdzie. Koń gryzie? – bo się ostatnio zrobił wredny. Koń wisi na wodzach? – bo ma gen pociągowy. Koń rzuca głową? – trzeba założyć mu czambon albo wypinacze. Koń się odsadza? – „heloł”, o co chodzi? Ale przecież koń skacze, co z tego, że się odsadza. Koń nie chce galopować? - uderz go batem. Koń nerwowo macha ogonem? – odgania muchy (nawet zimą). Koń wisi na wodzach? – twardy w pysku. Trzeba założyć czarną wodzę. Koń się przeganaszowuje? – miękki w pysku. Trzeba mieć założone ostrogi ażeby szedł. Koń nie chce wyjść z boksu? – jest leniwy i nie chce mu się. Albo jest po prostu spokojny, a to przynajmniej bezpieczne dla dzieci. Koń kuleje? – on tak po prostu ma. To ostatnie wytłumaczenie można usłyszeć od jeźdźców najczęściej.

To są nieliczne przykłady tego, jak zostają wytłumaczone nieprawidłowe zachowania wierzchowca i niezdrowe objawy. Jeźdźcy, instruktorzy i trenerzy, od których można to wszystko usłyszeć, bardzo często uważają siebie za „fachowców i prawdziwych jeźdźców”. Ich przekonanie wynika z kilku faktów: po pierwsze: ukończyli podstawowy kurs rekreacji ruchowej. Po drugie: „„heloł” już jakiś czas w końcu jeżdżę”. Po trzecie: są zawodnikami w dyscyplinach jeździeckich. Te fakty według nich, niezbicie świadczą o tym, że już wszystko wiedzą i nie muszą się uczyć oraz, że nie muszą myśleć i szukać prawdziwej przyczyny niewłaściwego zachowania „głupiego zwierzęcia”.

No i jazda konna „musi” być spektakularna. Wierzchowiec miesiąc po zajeżdżeniu „musi” mieć już wygiętą szyję, musi galopować, chodzić w teren i ideałem byłoby, gdyby też już skakał. W innym przypadku to obciach dla jeźdźca no i co powiedzą inni jeźdźcy widząc taką nieudolność?

Pracuję od około pół roku z Moniką i jej czteroletnim wałaszkiem. „Wałkujemy” na treningach dosiad amazonki, ustawienie wierzchowca, jego rozluźnienie i zrównoważenie, a przede wszystkim uczymy go skupienia i chęci do pracy i współpracy. I to wszystko na razie tylko w stępie i kłusie. Monika powiedziała mi, że przy tym wszystkim co robimy, najtrudniej wyzbyć się myślenia: „a inni to już jeżdżą w teren i galopują”. Kiedy pisałam ten post, przesłałam Monice fragment o niej i zapytałam ją czy chciałaby jeszcze coś dodać.

Dodała: „Trudno się wyzbyć pogardliwego, jak by nie było, wzroku jeźdźców, którzy już wszystko robią .. taka presja otoczenia: że co, że nie wsiadasz? Że się boisz? I takie porady „wujków dobra rada”, że musisz pojechać za koniem itp. Człowiek ma jakieś swoje ambicje, chciałby czasem od razu, już, a trzeba sobie dać na wstrzymanie. W otoczeniu osób, które robią co chcą nie zwracając uwagi na konia, galopują, skaczą bez umiaru, zaspokajają swoje potrzeby, trudno jest samemu dać po hamulcach. Ale końska pasja to teraz dla mnie nie jazda na koniu, nie zaspokajanie własnego ego tylko całość, no i koń nad moje ego. Chociaż czasem trudno nie zboczyć z wytyczonej sobie drogi, skoro innym udaje się iść na skróty”.

Jeżeli ktoś chciałby przestać iść na skróty w jeździectwie, to przede wszystkim musi przestać przejmować się tym, co inni powiedzą i pomyślą. Postępy w pracy z koniem są i powinny być powolne, stopniowe i czasochłonne. Wierzchowiec musi mieć czas na zrozumienie sygnału, na nauczenie się tego, jak powinna wyglądać prawidłowa reakcja na dany sygnał, na nabudowanie mięśni do wykonania zadania, na nabudowanie kondycji. Jednak koń przede wszystkim musi mieć czas na zaakceptowanie i zrozumienie tego, że ma się skupić na opiekunie i „rozmowie” z nim przez dłuższy czas. Czas treningu i współobecności. Dłuższe skupianie się nie leży w naturze koni. Musi mieć też czas na naukę myślenia i zapamiętywania. Tak, dokładnie – wierzchowiec powinien podczas pracy z człowiekiem myśleć i kojarzyć, a to dla niego trudniejsza praca niż zadania fizyczne.

Ale nad czym tu pracować?- zapytałoby wiele osób. „Przecież mój koń dobrze stępuje, tylko się wlecze i nie mogę go upchać. No i dobrze kłusuje tylko pędzi i drobi. A także dobrze galopuje tylko wisi na wodzach i ścina łuki”. Zmieńcie myślenie! Koń nie stępuje dobrze skoro trzeba go pchać i nie reaguje na rozpędzające wysiłki jeźdźca. Nie kłusuje dobrze skoro samowolnie nadaje tempo ruchu i ustala długość kroków. Również źle galopuje skoro opiera swój ciężar na rękach jeźdźca i nie pokonuje trasy w sposób, w jaki oczekuje tego jego opiekun i pasażer.

Praca z koniem jest jak kropla drążąca skałę. Trzeba tylko wiedzieć jak i nad czym z wierzchowcem pracować. Większość jeźdźców tego nie wie. Nie wie jak pracować, żeby koń się nie zapoprężał. Jak pracować, żeby koniowi nie puchły nogi. Jak pracować, żeby koń nie gryzł. Jak pracować, żeby koń nie zawisł na wodzach albo przestał na nich wisieć. Jak pracować, żeby koń nie zaczął „rzucać” głową. Jak pracować, żeby, „rzucający” głową koń, przestał nią „rzucać”. Jak pracować, żeby koń się nie odsadzał. Jak pracować, żeby koń chętnie galopował. Jak pracować, żeby koń nie był nerwowy. Jak pracować, żeby koń się nie przeganaszowywał. Jak pracować, żeby koń nie okulał.

Dla jeźdźców, którzy tego nie wiedzą, jazda konna to kłus i galop. Stęp to tylko dodatkowy chód potrzebny, by zwierzę się rozstępowało przed i po „pracy”. Wielu jeźdźców rezygnuje też z pracy z podopiecznym, która mogłaby poprawić jakość jego pracy pod jeźdźcem, bo napotykają bunt i opór podopiecznego. Bunt wynikający z tego, że wierzchowiec nie został nauczony skupiania się, myślenia i kojarzenia. Bunt wynikający z tego, że taki koń woli bolesną rutynę niż zmiany. Zmiany nawet na lepsze.

Piszę post pełen goryczy, ponieważ podejście do konia, jak do nieczującego sprzętu sportowego jest przerażająco powszechne. Oczywiście nie można generalizować. Jest wielu jeźdźców, którzy szukają wiedzy, szanują swoich podopiecznych i starają się, by praca koni pozbawiona była bólu i dyskomfortu. Monika opowiadała mi o swojej uczennicy, małoletniej dziewczynce, która kazała zrobić sobie wędzidło z drutu, wkładała je do budzi, żeby poczuć to, co czuje koń z wędzidłem w pysku. Takich osób jest jednak garstka. Większość uczących się nigdy nie zastanowi się nad tym, jak cierpi koński pysk, gdy wciskają wędziło w kąciki warg.

Na koniec naszła mnie taka refleksja: posty czy artykuły traktujące o potrzebie nieustannego zdobywania wiedzy w jeździectwie, o konieczności zrozumienia wierzchowca i pracy z nim pozbawionej bólu i siłowej presji, pisane są przez wiele osób związanych z jeździectwem. Problem polega na tym, że czytają je osoby podobnie myślące jak autorzy. Czytają osoby szukające wiedzy i pracujące z pasją. Takich artykułów niestety nie czytają ci jeźdźcy, do których są one kierowane. Nie czytają jeźdźcy, którzy wybrali drogę jeździectwa po najmniejszej linii oporu. Po co więc pisać taki tekst? Zawsze istnieje szansa, choćby niewielka, że taki post jak mój przez przypadek przeczyta jakiś mało świadomy jeździec. Zawsze jest szansa, że taki post „zmusi” jednak do refleksji jeźdźca, który uprawiał do tej pory jeździectwo mechaniczne i zadające koniom mnóstwo bólu. Zawsze jest szansa, że kolejny amator sztuki jeździeckiej przejdzie na jej jasną stronę, Niech moc będzie z wami. Moc świadomego jeździectwa.



środa, 1 listopada 2017

PANIKA WIERZCHOWCA A JEGO SKUPIENIE


Wszyscy wiedzą, że konie to bardzo płochliwe zwierzęta. Jednak „stopień płochliwości” jest bardzo różny u tych zwierząt – wszystko zależy od charakteru osobnika i od zebranych doświadczeń z pracy z człowiekiem. Zdarzają się jednostki, które reagują przesadnie i panicznie na każde zagrożenie – również to wyimaginowane. W czasie panicznych reakcji takie nadpobudliwe wierzchowce potrafią zupełnie „zapomnieć”, że towarzyszy im człowiek. Potrafią „zapomnieć” o człowieku, który jest obok nich, jak i o takim, którego niosą na grzbiecie. Często jednak, tak zwane „elektryczne” konie, w warunkach bezstresowych, pracują bardzo posłusznie, rozluźniają się i skupiają, są ambitne i szybko się uczą. Wystarczy jednak, że zaczną się jakieś ruchy w stajni i stadzie – jakiś wierzchowiec nagle się pojawi albo - co gorsze – zniknie z widoku i już nadpobudliwe zwierzę ma powód do strachu i wpadania w panikę. Wystarczy, że zmieni się miejsce treningu, że zawieje większy wiatr, że wokół nowego miejsca treningu rosną wysokie, kołyszące się rośliny - i skupienie konia na pracy i jeźdźcu spada do zera. Są to bardzo niebezpieczne sytuacje, więc planowanie treningów z bardzo płochliwym koniem wymaga wzięcia pod uwagę warunków, jakie będą towarzyszyły jeźdźcowi, trenerowi i zwierzęciu. Oczywiście wymaga to wzięcia pod uwagę w sytuacji, gdy człowiek pragnie pracować z podopiecznym w oparciu o zaufanie, zrozumienie i porozumienie. Ludzie, dla których: „im mocnej”, oznacza: „tym lepiej”, warunki do pracy nie będą miały znaczenia. 


Ostatnio byłam świadkiem sytuacji, w której młoda klacz bała się folii lekko fruwającej na wietrze. Właściciel zwierzęcia zaczął trening od pracy na lonży. Klacz panicznie uciekała z miejsca, które było najbliżej owego zagrożenia. Co zrobił jeździec? Podszedł jak najbliżej folii i zaczął biciem zmuszać klacz, by przeszła tuż obok tego co ją przerażało. Skoro blisko „strasznej” folii zwierzę odczuwa oprócz strachu, ból i siłową presję, to tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, że jest ona zagrożeniem. Podejście człowieka zakładające, że zadany zwierzęciu ból ma przekonać je o braku zagrożenia jest pozbawione logiki. Taka „praca” nie rozbudzi też w wierzchowcu zaufania do opiekuna.

Sytuacja zmienia się w momencie, gdy taki „fachowiec” zada zwierzęciu ból tak mocny i tyle tego bólu, że zwierzę zaczyna bardziej bać się człowieka i zadawanego przez niego bólu, niż czegokolwiek wokół. Zaciągnięte na siłę wodze, patenty pomagające je zaciągnąć, ostrogi i karcący bat potrafią „wyleczyć” niejednego konia ze wszystkich fobii. Jednak wpychanie wierzchowca na siłę w „szpony” zagrożenia, na zasadzie: „bo koń ma mnie słuchać i już” przynosi konsekwencje w postaci napięć mięśni i stawów, również w postaci wykrzywiania ciała i utraty równowagi. Konie są jak dzieci, żeby się czegoś nauczyć, żeby się skoncentrować nie mogą czuć strachu, presji i nie mogą się bać. Które dziecko nauczy się tabliczki mnożenia w momencie, gdy czuje jakieś zagrożenie? Które nauczy się wiersza, przykładowo przy oglądaniu horroru, do oglądania którego zastaje zmuszone? Ktoś mógłby powiedzieć, że uczenie się mnożenia czy wiersza, to praca umysłowa, a koń ma wykonać zadania fizyczne. Ale, żeby zwierzę mogło nauczyć się jak prawidłowo je wykonać, musi zrozumieć polecenia, musi nauczyć się skupiać na pracy i opiekunie, musi zrozumieć jak powinien rozluźniać mięśnie i stawy, musi kojarzyć i analizować, a to praca umysłowa. A skoro mowa o zadaniach fizycznych, to dziecko w chwili zagrożenia nie nauczy się również jak prawidłowo wykonać, na przykład, przewrót w przód czy w tył.





Jest wiele takich końskich osobników, których nie da się „złamać” siłą, przestraszyć bólem i wzbudzić taki strach przed człowiekiem, żeby zapomniały o innych zagrożeniach. Z takimi zwierzętami można dogadać się tylko na zasadzie: „wiem, że się boisz ale zaufaj mi”. Żeby jednak koń mógł zaufać, najpierw musi nauczyć się skupiać na opiekunie w stresujących warunkach. Niewielu jeźdźcom chce się pracować nad skupieniem konia, więc strachliwe jednostki bardzo często „idą w odstawkę”.

Znajoma kupiła wałaszka, który został zajeżdżony w wieku pięciu lat, a potem kolejne dziesięć „odpoczywał”. Miał w końcu trafić na rzeź, więc zlitowała się nad nim i przygarnęła. Zawsze, kiedy bardzo ładny, dobrze zbudowany koń nie znajduje zainteresowania i przechodzi z rąk do rąk albo żadne „ręce” go nie chcą, musi być jakaś przyczyna tego faktu. W tym przypadku to chyba właśnie paniczne reakcje zwierzęcia na zagrożenie spowodowały brak zainteresowania nim.

Pracujemy wspólnie od około roku. Wałaszek bardzo się stara, szybko się uczy, bardzo ładnie reaguje na techniczne prośby. Rozluźnia się i skupia ale tylko w dogodnych dla niego warunkach. W warunkach nie wywołujących stresu. Swoją strachliwą naturę konik pokazał od początku współpracy ale w pewnym momencie jego reakcje na „zagrożenia” stały się dla nas wręcz niebezpieczne.

Gdy zaczynaliśmy współpracę, wierzchowiec był spięty, sztywny, reagował mechanicznie na sygnały. Chodził z nieustannie zadartą głową i wypadał z trasy przez sztywne i źle ustawiane łopatki i zad. Praca z wałaszkiem nad rozluźnieniem, ustawieniem ciała, zaangażowaniem zadu już na pierwszych treningach przyniosła fantastyczne rezultaty. Jego właścicielkę i amazonkę również udało mi się namówić do rozluźnienia się i „otwarcia”. Kilkumiesięczna praca ze zwierzęciem nie zadająca mu bólu sprawiła, że konik przestał się bać pracy z człowiekiem. Niestety, zaczął w związku z tym wyraźniej dostrzegać zagrożenia w otaczającym go środowisku. A jego płochliwa natura powoduje, że reaguje na nie przesadnie i panicznie. Żeby przestał tak reagować, musi nauczyć się ufać człowiekowi. Ustępowanie strachu przed człowiekiem i bólem jaki może on zadać, nie oznacza tego, że automatycznie wierzchowiec zaufa opiekunowi. Konie muszą się tego nauczyć, potrzebują na to czasu i sporo psychologicznej pracy.

W chwilach totalnej paniki naszego podopiecznego, przede wszystkim „zamykamy” pracę na małym kole. Wykonanie poleceń na niewielkiej wolcie jest dla wierzchowca zawsze trudniejszym zadaniem i wymaga od niego większego skupienia. Nie pozwalamy zwierzęciu wyprostować szyi. Dlaczego? Przestraszony i spanikowany koń ciągnie i próbuje ponieść albo uciec właśnie „szyją”. Prosta szyja z napiętymi do granic możliwości mięśniami jest „narzędziem” konia do bycia nieposłusznym, do bycia uciekającym, płochliwym i do bycia „pojazdem” z turbo – napędem umieszczonym z przodu. Utrzymanie mięśni szyi konia we względnym rozluźnieniu jest informacją dla niego: „spokojnie, ta sytuacja nie jest zagrożeniem dla ciebie. Zaufaj mi”. Żeby utrzymać szyję podopiecznego w miarę „luźną”, amazonka nie może przestać namawiać wałaszka do utrzymania jej w zgięciu. Podkreślam jednak słowo: „namawiać”, a to oznacza, że nie może zgiętej szyi zwierzęcia trzymać ona siłowo i kurczowo. Namawianie jest nieustanną pracą nad tym, by sygnał dotarł do głowy rozproszonego konia. Namawianie jest nieustającą pracą nad przekazaniem prośby: „utrzymaj zgiętą szyję sam, nie prostuj jej bez mojego pozwolenia”.

Mimo, że konik chciałby popędzić z zawrotną prędkością, amazonka nie przestaje pracować łydkami. Przekazuje nimi informację podopiecznemu wymuszającą podstawienie zadu, wyprężenie grzbietu i w efekcie „skrócenie” ciała. Takie „skracanie” ciała ułatwia zwierzęciu zmniejszenie tempa, a jego egzekwowanie nie wymaga od jeźdźca użycia wodzy jako hamulca. Człowiek może bez problemu namówić „skróconego” konia do zwolnienia tempa, pracując tylko swoim ciałem.

Ważne jest też to, jakie tempo jeździec powinie narzucić swojemu podopiecznemu. Tempo, które można by porównać do chodzenia „tip – topami” przez człowieka. Chodzenie „tip – topami” wymusza nieśpieszne i dokładne stawianie nogi po każdym następnym kroku. Siedząc na koniu, ma się przy takim tempie wrażenie,że koń sprawdza najpierw nogą powierzchnię zanim ją postawi. Jednak wypracowywanie takiego tempa nie oznacza, że człowiek powinien pchać wierzchowca. Wręcz przeciwnie, należy egzekwować od podopiecznego samo - niesienie.

Koń przy szukaniu zagrożenia i uchylaniu się przed nim, wykrzywia ciało i samowolnie zmienia tor jazdy. W takiej sytuacji namawiamy naszego podopiecznego do pewnego kompromisu. Amazonka nieustannie prosi wałaszka o prawidłowe ustawienie ciała i nie zbaczanie z wyznaczonego toru, który (w ramach kompromisu) wyznaczamy jak najdalej od tego, co wydaje mu się zagrożeniem. Fakt, że koń nie jest wpychany na siłę w szpony „potwora”, rozbudza w nim zaufanie do swojego pasażera, a skrupulatna praca nad szczegółami ustawienia ciała, „wymusza” na zwierzęciu potrzebę skupienia się. Czasami taka praca zajmuje sporo treningowego czasu ale każdy trening kończył się sukcesem w postaci absolutnego skupienia się i rozluźnienia zwierzęcia. Kiedy wałaszek się skupi i rozluźni, nie tylko przestaje zauważać zagrożenie czy niepokojący ruch wokół miejsca pracy, nie zwraca w ogóle uwagi na zmianę toru pracy, który przybliża go do owego zagrożenia.

Taką pracę nad skupieniem i rozluźnieniem się wałaszka, trzeba wykonać też z ziemi – na lonży.

https://www.youtube.com/watch?v=9baBvfSkpcU&feature=youtu.be

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Bucikomania, wełna z owiec rasy mernos i wilki

Bucikomania, wełna z owiec rasy mernos i wilki
"...Pytanie teraz moje jest takie: ilu ludzi zabili i zranili myśliwi od czasów drugiej wojny światowej? Ile psów i kotów zastrzelili tylko i wyłącznie dla zabawy? Czy pokusił się ktoś o zrobienie takiego zestawienia? Nie znalazłam niczego takiego w necie. Wiem jednak jedno – mieszkam w środku lasu i nie boję się wilków. Boję się myśliwych i ich zbłąkanych kul, często wystrzelonych z broni po spożyciu dużej ilości alkoholu. Boję się mylenia przez myśliwych żubrów, koni i ludzi z dzikami..."