niedziela, 28 października 2018

KAŻDY KOŃ JEST INNY – PRACA NAD "SAMO – NIESIENIEM" KONIA


W zasadzie wszyscy jeźdźcy wiedzą, że każdy koń jest inny. Jednak często trafiam w internecie na pytania, w których zawarte jest zdziwienie, że jakiś wierzchowiec reaguje inaczej niż inne konie na czyjeś sygnały, na czyjeś poczynania czy nawet czyjąś obecność. Często trafiam na porady (w odpowiedzi na pytania o problemy w pracy z koniem), w których jeźdźcy piszą, że koń reaguje na taką a taką pracę, takie a takie sygnały. To całkiem oczywiste, że autorzy odpowiedzi będą opierali ich treść o własne doświadczenia jeździeckie. Jedni napiszą na przykład, że: mój koń zwalnia, gdy przycisnę łydki i zrobię pół – parady, ktoś inny napisze, że jego wierzchowiec reaguje na pulsacyjny ruch wodzami. Konflikt w komentarzach już gotowy, bo zaciskanie łydek to zły sygnał dla osoby pracującej wodzami - ponieważ ona jeździ inaczej. A praca wodzami to zły sygnał dla osoby ściskającej łydkami - ponieważ ona trzymam wodze stabilnie. Podobnie jest z pacą łydkami. Dla wielu jeźdźców pukająca paca łydkami to bezsensowne obijanie boków konia, ponieważ ich koń reaguje na ich lekkie przyłożenie. Inni muszą wbić piętę w żebra konia i użyć bata, by doczekać się jakiejkolwiek reakcji zwierzęcia.

Podczas pracy różnymi pomocami trzeba zadać sobie parę pytań, żeby wiedzieć jak pracować z danym koniem. Trzeba zadać sobie pytanie: o jaką reakcję konia nam chodzi? I jaką treść ma nieść za sobą sygnał dawany w ten czy inny sposób? O co chcemy poprosić konia? Albo jakie chcemy wydać mu polecenie? Co jeździec chce wyegzekwować od podopiecznego? Jaką reakcję konia chce poczuć? Zazwyczaj celem pracy jeźdźca i używania pomocy jest ruch wierzchowca do przodu, wyhamowanie, skręcanie, zatrzymanie. Jeźdźcy dążą do takich celów niezależnie od jakości ich wykonana.

Jeżeli ktoś z jeźdźców wie, że fizyczny i psychiczny komfort pracy konia zależy od jakość ruchu, od jakości wykonania polecenia, to nie zadowala go sam ruch konia w trzech chodach. Nie wystarczy, że koń porusza się w stępie, kłusie i galopie do przodu. Nie wystarczy, że podopieczny skręca, przyspiesza, zwalnia i zatrzymuje się. Tacy jeźdźcy chcą czuć rozluźnienie konia, sprężystość stawów, jego równowagę, samo – niesienie, przepuszczalność. Praca nad tymi elementami jest trudna, długotrwała i wymagająca indywidualnego podejścia do każdego konia. Bo każdy koń jest inny i inaczej reaguje na prośby i polecenia. Konie kupowane jako zajeżdżone mają swoje doświadczenia z pracą z innymi jeźdźcami. Konie nie zajeżdżone trzeba nauczyć od podstaw rozumienia sygnałów. Doświadczenia koni zajeżdżonych i jeżdżonych przez innych jeźdźców utrudniają często pracę. Utrudniają, bo konie te niejednokrotnie jeżdżone były właśnie bez dbałości o jakość ruchu.

Pracując z końmi, z końmi młodymi jak i po nieciekawych jeździeckich doświadczeniach, jednym z jej celów powinno być zrozumienie i namówienie podopiecznego, by pracował w samo – niesieniu. Dla wielu jeźdźców samo – niesienie konia to temat enigma. Inni udają przed sobą i innymi, że dobrze wiedzą czym jest samo – niesienie wierzchowca i że nieustannie nad tym pracują. Dla jeszcze innych samo – niesienie zwierzęcia jest równoznaczne z jego bardzo śpiesznym ruchem. Jak poczuć samo – niesienie konia i jak je zaobserwować? Koń samo – niosący pracuje w samo - niesieniu dzięki zaangażowaniu zadu. Samo – niosące zwierzę idzie równym, nie śpieszącym rytmem i tempem. Idzie w ten sposób nie pchane i podganiane. Wystarczy przyjrzeć się jeźdźcowi, by sprawdzić czy wkłada jakikolwiek siłowy wysiłek w „namawianie” konia do ruchu. Koń przy samo – niesieniu nie może też sprawiać wrażenia zwierzęcia pędzącego i nerwowego, którego trzeba siłowo przytrzymywać wodzami. Koń samo – niosący po odpuszczeniu wodzy przez jeźdźca nie zmieni tempa ani rytmu chodu – nie zwolni ani nie przyśpieszy. Nie zmieni też rytmu i tempa chodu podczas pracy jeźdźca ciałem, wodzami i łydkami nad innymi aspektami pracy np. nad ustawieniem ciała konia, nad jego rozluźnieniem albo powiedzmy chodami bocznymi. U wierzchowca samo – niosącego widać spokój ale równocześnie chęć do ruchu do przodu. Inaczej mówiąc koń samo – niosący nie przybiera postawy przykurczonej i wycofanej. Ma postawę „mówiącą” jeźdźcowi: chcę być „przed tobą” ale nie chcę od ciebie uciekać. Bardzo trudno opisać to, jak można u wierzchowca zobaczyć samo – niesienie. Do pełnej świadomości tego czym jest samo – niesienie konia konieczna jest praktyczna praca z wierzchowcem nad tym aspektem ruchu. Konieczna jest ta praca, by móc to poczuć.

Nad samo – niesieniem konia pracujemy miesiącami z moimi podopiecznymi i z każdym ta praca wygląda inaczej. Inaczej na sygnały reaguje Kama, inaczej Meriwa i jeszcze inaczej Hetman. Sygnały, którymi przekazywana jest im prośba o samo – niesienie są zdecydowanie różne.

Amazonkom dosiadającym te wierzchowce tłumaczę jak i co powinny poczuć, by stwierdzić, że ich podopieczny sam się właśnie niesie. Siedząc na grzbiecie konia amazonki „budują” ze swoich ud dwa filary tworząc bramkę, która wyznacza granice ścieżki, po której powinno poruszać się zwierzę. Żeby jednak „filary” mogły bez problemu prowadzić konia w ramach granic ścieżki, zwierzę musi mieć szansę wyczuć dokładną lokalizację „filarów”. Będzie to możliwe, gdy zwierzę będzie znajdowało się dokładnie między „filarami” - dokładnie pod jeźdźcem.

I teraz podejrzewam spory procent z osób czytających post zastanawia się o czym ja piszę. Przecież jak siedzimy na koniu to tenże zawsze jest między naszymi udami czyli „filarami bramki”. Teoretyczne tak, ale koń podczas pracy pod jeźdźcem może przyjąć trzy różne postawy. Postawę wycofania, postawę mówiącą nie chcę wejść między te „filary”. Przy takiej postawie jeźdźcy najczęściej zachęcają zwierzęta do ruchu próbując je pchać i pomagać im w podążaniu w przód. Takie konie mają napięte mięśnie, gotowe do zapierania i opierania się wysiłkom jeźdźca, mają ograniczoną ruchomość w sztywnych stawach, krótką i schowaną w łopatki szyję często zadartą w górę. Konie z taką postawą okazują niechęć do ruchu i do współpracy z jeźdźcem. Druga postawa konia mówi: uciekam od bramki po jej szybkim minięciu. Wierzchowce z taką postawą cechuje nadmierne tempo ruchu, wiszenie na wodzach, brak reakcji na sygnały proszące o wyregulowanie tempa i rytmu. Brak reakcji na sygnały namawiające do wyhamowania, zwolnienia, zatrzymania. Trzecia postawa wierzchowca, to ta najbardziej oczekiwana – czyli postawa mówiąca: jestem dokładnie pod tobą, chętnie idę i nie ucieknę, jestem chętny i gotowy do współpracy – jestem dokładnie między filarami i poruszam się z nimi w równym tempie i rytmie.

Bardzo trudno namówić wierzchowca do przybrania tej trzeciej postawy. Wymaga ona od konia wielkiego wysiłku fizycznego i intelektualnego. Dlatego konie podczas pracy nad zbudowaniem trzeciej postawy, postawy samo – niesienia zachowują się jak lalka „ wańka – wstańka”, która wprawiona w ruch nie może zatrzymać się na środku. Przepchnięty przez „bramkę” koń ucieka od niej, a wstrzymywany siłowo wycofuje się, by być za nią i nie chce wejść między „filary”. Jeden i ten sam koń może przybierać inną postawę w zależności od chodu. W stępie najczęściej takie zwierzę nie wchodzi między „filary”, a w kłusie i galopie od nich ucieka. Bywa jednak różnie.

Kama to klacz, która nie chce wejść w bramkę - między filary w żadnym z chodów. Zapartą, sztywną i spiętą kupiła ją Kinga, gdy zwierzę miało 10 lat. Początki jeżdżenia Kingi na Kamie polegały na nieustannym pchaniu klaczy biodrami i wciskanymi piętami w jej żebra. Od prawie dwóch lat współpracujemy z Kingą i pracujemy z Kamą. Kinga szybko pozbyła się odruchu pchania i nauczyła się uczyć swoją podopieczną rozumieć sygnały, w które nie trzeba było wkładać siły. Zaparta i spięta postawa ciała Kamy zmusza jeźdźca do intensywnej pracy łydkami, a nawet batem. Klacz jednak nie ma bać się tych sygnałów ani od nich uciekać – ma je rozumieć, akceptować i pozytywnie na nie odpowiadać. Z ich zrozumieniem Kama nie ma problemów, gorzej jest z odpowiedzią na nie. Sztywności i napięcia ciała są tak dużą zaszłością, że klacz nie zawsze chce albo fizycznie może na nie odpowiedzieć. Sygnały jeźdźca muszą być nieustannie powtarzane z uporem, cierpliwością i konsekwencją. Dzięki temu Kama robi postępy i powoli rozluźnia mięśnie, uelastycznia stawy, prostuje ciało i je równoważy. Po prawie dwóch latach pracy Kama zaczyna przybierać postawę chętną do pracy – postawę wchodzącą w „bramkę”. Wystarczy jednak chwila bez zachęcających do pracy sygnałów, by stare nawyki (spięcia i sztywności) wracały z prędkością światła. Najchętniej taką postawę Kama przybiera w kłusie. W stępie jeszcze nieustannie wystawia na próbę siły, cierpliwość i upór Kingi. Namówić Kamę do chętnego ruchu w stępie, do rozluźnienia ciała i samo – niesienia to bardzo trudna praca. Ostatnio spore postępy zrobiła Kama w galopie. Coraz chętniej przybiera w galopie postawę chętną do ruchu dzięki córce Kingi - Patrycji. Patrycja niedawno dołączyła do naszego grona. Bardzo szybko przestawiła pchający sposób pracy z koniem na konwersację z podopieczną. Do tego zaletą Patrycji jest brak lęków i zahamowań, z którymi walczy Kinga. Walczy skutecznie ale sukces przychodzi małymi kroczkami.

Meriwa jest klaczą młodszą od Kamy. Asia kupiła ją jako młodziutką zajeżdżoną klacz. Zajeżdżoną prawdopodobnie poprzez użycie siły i straszącej presji. Klacz była bardzo spięta, sztywna i idąca drobnymi kroczkami. Z Asią i Meriwą również pracujemy nad rozluźnieniem, równowagą, ustawieniem ciała i samo - niesieniem klaczy. Sposób pracy jest jednak nieco inny niż z Kamą. Meriwa wręcz panicznie reagowała na jakikolwiek ruch łydek Asi siedzącej na jej grzbiecie. Do tego klacz jest ekspresyjna i trochę szalona. Nigdy nie wiadomo w jakim nastroju wyjedzie na trening – czy już w stępie będzie uciekała od bramki czy jednak będzie zapierała się przed wejściem między jej filary. Meriwa w każdym z chodów potrafi zapierać się przed bramką, by po delikatnym przyłożeniu łydek rzucić się do ucieczki. Ponieważ trudno nie dotykać łydkami konia, gdy się na nim siedzi, Meriwa miała bardzo często postawę uciekającą. Asia musiała nauczyć klacz reagować na sygnały dawane ciałem jeźdźca, proszące o „wycofanie” ciała i zwolnienie tempa. Początki naszej pracy polegały też na namówieniu klaczy do rozluźnienia mięśni i uelastycznienia stawów. Amazonka prosiła klacz o to tylko przy pomocy pracy swojego ciała i delikatnego działania wodzy. Praca łydek jest jednak niezbędna do namówienia konia, by zaangażował zad do pracy, wyprężył grzbiet, zrównoważył ciało i szedł „sam się niosąc”. Poświęciłyśmy więc dużo czasu na nauczenie klaczy, by zaakceptowała łydki Asi jako przekaźnik informacji. Nadal nad tym pracujemy i odnosimy sukcesy. Meriwa reaguje na delikatne i prawie niewidoczne przyłożenie łydek do boków jej kłody, rozumie znaczenie próśb i poleceń przez nie przekazywanych i chętnie je wykonuje. Jednak nadal próbuje uciekać od łydek Asi wówczas, gdy uczymy ją znaczenia nowego polecenia. Meriwa dużo chętniej niż Kama pracuje, będąc dokładnie między filarami. Czuje się tam dobrze i bezpiecznie. Jeżeli wycofuje się przed „bramkę” to tylko po to, by dać „odpocząć” mięśniom zadu. Mięśniom nad których kondycją i siłą nieustannie pracujemy.

Zupełnie inaczej musi rozmawiać Monika ze swoim wałaszkiem Hetmanem. To jest strasznie uparty koń, znający już swoją siłę mimo młodego wieku. Walaszek ten bardzo broni się przed wejściem w bramkę. Zachowuje się tak, jakby było mu bardzo źle, gdy jest dokładnie między filarami. Dlaczego? Powodem jest prawdopodobnie fakt, że postawa „w bramce” to postawa konia posłusznego. Hetman ma naturę buntownika – lubi się droczyć, a postawa utrzymująca go dokładnie między filarami nie pozwala mu na przepychanki z jeźdźcem. Postawa ta wymusza na koniu skupienie i prowadzenie z jeźdźcem merytorycznej konwersacji. Hetman zrobi wszystko, żeby najlepiej w ogóle nie ruszyć z miejsca, bo może się zdarzyć, że Monice „uda się umieścić” go w bramce. Przy namawianiu walaszka, żeby w ogóle zdecydował się ruszyć nie obędzie się bez wyraźnego i ekspresyjnego działania łydkami i batem. Gdy Hetman zdecyduje się już na ruch, to do namówienia go, podczas tego ruchu, do wejścia między filary nie wystarczy praca łydkami. Monika musi go tam „wpuścić” przez stworzenie idealnych warunków. Hetman wejdzie w „bramkę” tylko wówczas, gdy nic go nie blokuje, nie krępuje i nic mu nie przeszkadza. Monika nie może blokować go napięciami swojego ciała, nie może go niczym ściskać. Nie może też stracić swojej równowagi ani popsuć czegokolwiek w swoim aktywnym dosiadzie. Wpuszczony między filary Hetman pracuje jednak idealnie. Pracuje prowadzony delikatnymi impulsami dawanymi łydkami. Hetman rzadko ucieka „wybiegając” za bramkę. Jeżeli już, to jest to ucieczka bez entuzjazmu czy paniki. Wystarczy wówczas lekko poprosić wałaszka wodzami i ciałem, żeby „wycofał się” nieznacznie. Jak już pisałam, Hetman zdecydowanie woli „pracować” w pozycji wycofania się za „bramkę”. Często więc, biegnąc” już między „filarami”, dość gwałtownie i niespodziewanie próbuje wrócić do ulubionej pozycji, poprzez nagłe przejścia do niższego chodu i do stój. Tam czuje, że może być buńczuczny i może namawiać jeźdźca do siłowej przepychanki. Monika uczy się skutecznie unikać zaczepek podopiecznego i nie dać się na nie „złapać”. W odpowiedzi na taki ruch Hetmana, Monika ponownie zaczyna namawiać go do wejścia między „filary”. Ponownie też musi to zrobić dość ekspresyjnie przy pomocy pukających łydek i bata. Z Hetmanem pracujemy niecałe dwa lata podobnie jak z Kamą. Pracujemy dużo z ziemi i na lonży. W siodle dominuje praca w stępie, trochę kłusa, a galop tylko wówczas, gdy Hetman uzna, że zagalopowując ostentacyjnie okaże swoje niezadowolenie i bunt. Te ponad półtora roku naszej współpracy, to praca nad tym, by Monika mogła poczuć, że wałaszek idzie pod nią w rozluźnieniu, skupieniu, samo – niesieniu i równowadze. Ale te ponad półtora roku współpracy, to przede wszystkim praca nad wychowaniem Hetmana. Praca nad tym, żeby chciał on rozmawiać z człowiekiem i opiekunem, a nie przepychać się, przekomarzać i siłować. To praca nad tym, żeby koń chciał rozmawiać i dogadywać się z jeźdźcem, a nie buntować i zapierać się na każdą próbę namówienia go czy poproszenia o cokolwiek. Te ponad półtora roku to praca nad psychiką i charakterem wierzchowca – a to dużo trudniejsza praca niż uczenie konia technicznych aspektów pracy pod jeźdźcem.

Każdy koń jest inny i praca z nim musi być dostosowana do jego możliwości fizycznych i psychicznych. Dostosowana do sposobów w jak reaguje i odpowiada na sygnały. Praca z wierzchowcem nie jest naciskaniem „guzików”: tu przycisnę, tam wcisnę, gdzie indziej zaciągnę i zadziała.


Posty powiązane:

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patronów. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję. Olga



28 października 2018 r moim patronem na „Patronite” została Ewa. Bardzo się cieszę ze wsparcia jakie otrzymałam i dziękuję. Olga 


Ponieważ moja blogowa „twórczość” stała się dość obszerna – napisałam około 300 postów na czterech blogach - to stwierdziłam, że moi czytelnicy mają pewnie problem ze znalezieniem postów powiązanych ze sobą tematycznie. Postanowiłam więc pogrupować posty dotyczące zagadnień związanych z pracą z wierzchowcami i zapisać w formie dokumentu pdf. Będę je udostępniać moim patronom i osobom, które chciałyby wesprzeć moją pracę w jakiejś innej formie. Pierwszy dokument dotyczy prowadzenia konia i problemów z tym związanych. Ponieważ jest to „pilot” całej serii, to udostępniam go publicznie na Patronite. Jestem ciekawa czy mój pomysł ma sens i rację bytu. Będę wdzięczna za komentarze i opinie. Zapraszam do lektury.

wtorek, 16 października 2018

JESZCZE O KŁUSIE ĆWICZEBNYM


Rzadko kiedy jest jakiś odzew na moje posty ze strony czytelników. Jednak post na temat kłusa ćwiczebnego wywołał pewne emocje i doczekał się komentarzy. W udostępnione posty czasami mam wgląd, czasami nie. Zależy to od ustawień konta na fb osoby, która udostępniła post. Nie mam więc wglądu we wszystkie komentarze. A nawet, gdy mam wgląd, nie mogę odpowiedzieć na komentarz. Dlatego piszę ten post. Piszę, żeby odpowiedzieć autorom komentarzy i uzupełnić tym samym informacje zawarte w poście o kłusie ćwiczebnym.

Oto te komentarze.


Osoba pierwsza:
„Kłus anglezowany to prawie kłus ćwiczebny, tylko się wstaje co drugi krok, a często ląduje w grzbiet konia z jeszcze większym jebut. Więc nie popadajmy ze skrajności w skrajność. Po prostu uczmy świadomie. A dla tych instruktorów szczęściarzy, którzy mają okazję uczyć ludzi od podstaw na lonży, mała wskazówka: zbyt szybkie danie człowiekowi strzemion i wodzy bez uprzedniego rozluźnienia i równowagi w stępie i kłusie ĆWICZEBNYM powoduje ten dramat, o którym jest powyższy artykuł. Bo to kłus anglezowany jest technicznie trudniejszy, nie pełny siad. Przecież wystarczy tylko siedzieć na luźnej dupie ze zwieszonymi nogami”.


Moja odpowiedź: 
Kłus anglezowany to nie prawie kłus ćwiczebny w którym wstajemy co krok. Kłus anglezowany to jazda na stojąco, przy oparciu w strzemionach, z delikatnym przysiadaniem co krok. I tak właśnie powinno wyglądać anglezowanie, żeby nie było „jebut” w siodło. W zrozumieniu tego ma pomóc ćwiczenie z anglezowaniem na trzy. Zanim jednak do niego adept przejdzie, powinien nauczyć się jazdy na stojąco w stępie i kłusie. Nauczyć się, jak ułożyć nogi, by bez trzymania się siodła, bez napięć w ciele, bez trzymania się pyska konia, utrzymać równowagę. Nauczyć się, jak sprężyście pracujące stawy powinny amortyzować ruch konia. Rozsiadanie się na siodle z luźną pupą i zwisającymi nogami nie pomoże jeźdźcowi nauczyć się delikatnie siadać w siodło. A jeśli chodzi o te luźno zwisające nogi, to po włożeniu ich w strzemiona stają się sztywne, spięte i „nieme”, bo jeździec potrafi mieć je luźne tylko wówczas, gdy luźno zwisają. Nauka rozluźnienia ciała z nogami w strzemionach musi się odbywać z nogami w strzemionach. Ich luźne zwieszanie na nic się nie przyda w kontakcie ze strzemionami. Zastanawiam się też, kto podczas tej nauki siedzenia jeźdźca na koniu ze zwieszonymi nogami, pracuje nad prawidłowym ustawieniem konia, nad jego samo – niesieniem, zaangażowaniem zadu i prężeniem grzbietu. Przy pracy na lonży, mogę się zgodzić, że jest to lonżujący, chociaż nie spotkałam jeszcze instruktora, który tak by pracował. Co się jednak dzieje po puszczenie delikwenta z lonży. Koń idzie rozwleczony, z zapadniętym i obolałym grzbietem, z przeciążonym przodem, z napiętymi mięśniami i sztywnymi stawami, bo nikt podczas pracy na lonży nie nauczył adepta sztuki jeździeckiej, jak zgrać pracę nad postawą i rozluźnieniem konia z siedzeniem w siodle w rozluźnieniu. Mało tego, nikt nie uczy jak zgrać taką pracę nad koniem podczas stępa, podczas kłusa anglezowanego czy galopu. W jeździectwie uczy się nie spadać z siodła, zmieniać chód konia i skręcać. Jakie są tego konsekwencje? Przeczytajcie tutaj i tutaj. Ale zgadzam się z tym, że instruktorzy powinni uczyć świadomie. Uczyć, że niosące nas ciało konia musi być przygotowane do pracy pod nami. Powinno być zrównoważone i rozluźnione. Instruktorzy powinni uczyć, że konie to czujące, myślące i wrażliwe zwierzęta. Powinni uczyć, że jeździec nie panujący nad swoim ciałem, jeździec pracujący siłowo z ciałem zwierzęcia a nie z jego psychiką i rozumem, zadaje zwierzęciu ból i przyczynia się do powstawania bolesnych zwyrodnień. Powinni uczyć, że w związku z tym nauka jeździectwa to ciężka, długotrwała praca, wymagająca od jeźdźca cierpliwości, konsekwencji i nastawienia się na to, że postępy w pracy z podopiecznym nie będą spektakularne. Muszę wrócić jeszcze do anglezowania: jeździec, opierający i niosący swój ciężar w strzemionach, obciąża tym swoim ciężarem boki pleców konia. Wierzchowiec niesie wówczas nasz ciężar oparty na żebrach, a nie na kręgosłupie. Jeździec, rozsiadający się w siodle i na grzbiecie konia, obciąża właśnie kręgosłup i przyczynia się do budowania postawy zwierzęcia z wklęśniętymi plecami. O tym też warto uczyć jeźdźców, by ich jeździectwo było świadome.

Osoba, która udostępniła post: 

Wiesz, mnie chodzi o taki obrazek. Jedzie jeździec kłusem ćwiczebnym. Odbija się jak piłeczka kauczukowa. Każdy kolejny krok to coraz większe napięcie na jego twarzy i całym ciele, a koń już wygięty w chińskie osiem i uciekający spod jeźdźca. Chodzi mi o zdrowy rozsądek.

Moja odpowiedź:
Właśnie mnie też chodzi o taki obrazek. Bardzo powszechny obrazek.

Osoba druga:
„Mhm...(do osoby, która udostępniła post) chodzi o to, że masz rację! Jakim prawem początkujący adept jeżdziectwa, siędzący na koniu po raz - przypiśćmy nawet 6(!) Może nie odbijać się jak piłeczka kauczukowa? Mając nawet najlepsze chęci przekazania kursantowi, że powinien "się rozulźnić" , "puścić nogę w kolanie" i inne, jest dla niego taką czarną magią, jak fizyka kwantowa dla mnie. Więc podawanie przykładów, że powinniśmy początkującym jeźdzcom dawać wodze i strzemiona w momencie kiedy wiedzą, co to rozulźnienie ciała jest tak absurdalne, że wręcz niemożliwe..


Moja odpowiedź:
Prawem zwierzęcia do zdrowia, do pracy bez bólu i dyskomfortu. Prawem konia do zrozumienia jego potrzeb fizycznych i psychicznych. Prawem konia do świadomie pracującego jeźdźca i do instruktora świadomie uczącego. Nie wystarczą też tylko chęci do uczenia adeptów sztuki jeździeckiej. Potrzebna jest do tego wiedza, jak przekazać uczniowi to, w jaki sposób powinien zapanować nad swoim ciałem. Nie wystarczy poinformować o tym, że trzeba się rozluźnić czy puścić nogę w kolanie. I zastanawiam się, w którym momencie w takim razie należy dawać jeźdźcom wodze i strzemiona? Kiedy taki jeździec przestaje być początkującym i można włożyć mu stopy w strzemiona i wręczyć wodze? Po dwóch, trzech, pięciu czy dziesięciu lonżach? I czy taki jeździec w momencie, gdy pierwszy raz ma styczność ze strzemionami i wodzami, nie staje się znowu początkującym? W końcu robi coś pierwszy raz.

Ponownie pierwsza osoba (do osoby udostępniającej post):

Ty jako instruktor widząc takie dziecko, powinnaś zaoferować zajęcia indywidualne na lonży. Podkreślam jeszcze raz że jeśli ktoś nie siedzi luźno w ćwiczebnym, na swobodnym tyłku to nie ma szans żeby siadał miękko w kłusie anglezowanym, gdzie jeszcze dochodzi podstawa podparcia na strzemionach. Co do artykułu, nie mówię, że się nie zgadzam z nim, ale dla mnie brak w nim konstruktywności. Pytanie brzmi, co zrobić żeby takiego adepta nauczyć poprawnie działać na tych biednych końskich grzbietach. 

Moja odpowiedź:

Nie da się w jednym poście napisać co zrobić, żeby takiego adepta nauczyć poprawnie jeździć. W tym poście zawarłam tylko parę konstruktywnych porad. Po resztę zapraszam do lektury moich blogów. W sumie napisałam koło 400 konstruktywnych postów.

Po raz kolejny pierwsza osoba (do osoby drugiej): 

„Osiągnięcie luzu na koniu prowadzonym rytmicznie na lonży nie jest aż tak trudne, ale mówimy tu o perspektywie nawet kilkunastu godzin poświęconych właśnie temu. W hiszpańskiej szkole jazdy 2 lata jeździ się dosiadowo na lonży. I nie mówię, że u nas tak ma to wyglądać, bo to by było nierealne, ale można więcej czasu poświęcić na zbudowanie fundamentu...

Druga osoba (do osoby pierwszej): 

„Jest bardzo trudne. I nie oszukujmy się.. Natomiast zgodzę się, że "gdzieś" i w jakiś sposób każdy z nas się tego uczył, bądź uczył będzie. Niestety nieuniknionym jest poświęcenie kilku końskich grzbietów. Nikt ani nic tego nie przeskoczy..

Moja odpowiedź: 

Czy w imię nauczenia się czegoś poświęciłaby ktoś z was kilka innych grzbietów? Psa, kota - i tu zaryzykuję – człowieka? Kto dał człowiekowi prawo do poświęcenia akurat końskich grzbietów? Poświęcenia w imię zachcianki. W imię tego, że człowiek wymyślił sobie, że koń ma go wozić?

Osoba udostępniająca post: 

„Dokładnie tak jest. Ja szukam rozwiązań. Czasem kombinuję jak koń pod górkę.
1) Kluś ćwiczebny zaczynam z dzieciakami ze stępa. Bo z klusa anglezowanego to ni huhu.
2) zaczynam od kilku kroków w wysiadywanym. Potem przechodzą do anglezowanego albo do stępa. I wydłużamy ćwiczenie o krok, kilka kroków.
Jeśli macie jakieś podpowiedzi to dajcie znac. Są dzieciaki, które natychmiast to łapią i nie ma tematu. A są takie, które jeżdżą dwa lata i ten Kluś ćwiczebny aż mnie boli


Moja odpowiedź: 

Dziękuję za udostępnienie postu i że kombinujesz jak koń pod górkę.

Gdy pisałam ten post, korespondowałam ze znajomą, która jeździ w szkółce o ambicjach sportowych. W jej wypowiedziach padły takie zdania: ale tak sobie myślę, że to chyba nie możliwe, żeby połączyć prawidłowe ujeżdżenie ze sportem takim jak skoki. Chyba można to osiągnąć tylko w sytuacji podobnej do Twojej, nabyłaś wiedzę, nikt nad Tobą nie stoi i cofasz się (do podstaw), gdy potrzeba. Tu ważne jest,,żeby koń oddał skok i każdy na te zawody ciągnie, nikt nie wytrzymałby przygotowując się np. rok do galopu,nie to niemożliwe po prostu.

Dlaczego nikt by nie wytrzymał? Bo uczy się jeździectwa spektakularnego, a nie świadomego. Nie uczy się, że świadoma jazda konna, to nieustanna praca na granicy tego co umiem, a czego jeszcze nie. Nie uczy się, że na sukcesy w świadomym jeździectwie pracuje się długo i bardzo stopniowo. W związku z tym, początkujący jeźdźcy oczekują tego co im się oferuje – szybkich i spektakularnych postępów.


Pisownia cytowanych komentarzy jest oryginalna.

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patronów. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję. Olga



niedziela, 14 października 2018

KŁUS ĆWICZEBNY


Kłus ćwiczebny to „zmora” jeździectwa. I wcale nie mam na myśli tego, że to zmora uczących się jeźdźców. Nie - kłus ćwiczebny to koszmar dla koni. A to dlatego, że jazda kłusem ćwiczebnym jest najczęściej bezmyślnym „klepaniem tyłkiem” przez jeźdźca w grzbiet zwierzęcia. Im bardziej adept sztuki jeździeckiej odbija się sztywno ciałem w siodle, tym dłużej ćwiczy to wysiadywanie w siodle. Konie szkółkowe otrzymują od losu wielokrotną dawkę „oklepywania”. To „klepanie” jest teoretycznie konieczne do wyćwiczenia siedzenia w siodle na koniu idącym kłusem. Instruktorzy i trenerzy każą z uporem maniaka męczyć wierzchowce, bo jeźdźcy muszą wyjeździć swoje „godziny”. Szkoleniowcy nie widzą innego sposobu nauczenia się sztuki siedzenia z przyklejonymi pośladkami do siodła. Jeźdźcy ćwiczą owe siedzenie czasami przez całe treningi – ćwiczą w siodle ze strzemionami, bez strzemion i na oklep. I ćwiczą tylko to siedzenie, ćwiczą nie spadanie z konia w kłusie, ćwiczą przyklejanie pośladków do siodła – nie ma w tej nauce miejsca na działanie pomocami, które pozwolą na „konwersację” z koniem. Nie ma w tej nauce mowy o tym, że wierzchowiec rozluźniony, wierzchowiec, który pręży grzbiet, jest zwierzęciem przygotowanym do niesienia uczącego się jeźdźca. Nie ma w tej nauce mowy o tym, jak adept sztuki jeździeckiej ma połączyć naukę wysiadywania kłusa z nauką tego, jak przygotować zwierzę do niesienia uczącego się człowieka.

Wyjeżdżanie godzin w kłusie ćwiczebnym jest też świetną receptą na brak pomysłu instruktora na prowadzenie treningu. Wystarczy zadać uczniom 20 kółek w kłusie ćwiczebnym i już instruktor ma dobre pół godziny czasu na pogaduszki w Messenger. Nikt nie bierze pod uwagę, że to jest także pół godziny tortur dla zwierzęcia.

Przy takiej „nauce” tworzy się „błędne koło”. Im bardziej jeździec odbija się od siodła i grzbietu konia, im bardziej podskakuje nie mogąc „przykleić” pośladków do siedziska, tym bardziej koń usztywnia grzbiet i robi go wklęsłym. A im bardziej wierzchowiec ma sztywny grzbiet, tym trudniej jeźdźcowi zgrać się z ruchem konia bez odrywania pośladków od siodła. Zresztą dokładnie to samo tyczy się galopu w pełnym siadzie. Ucząc się więc pełnego siadu w tych dwóch chodach, jeździec musi równocześnie uczyć się pracować dosiadem, łydkami i rękami, by móc „rozmawiać” z koniem. Ucząc się pełnego siadu, jeździec musi równocześnie umieć poprosić konia o „przygotowanie” grzbietu do niesienia siedzącego jeźdźca.

Jak już wspomniałam, większość jeźdźców uczy się tylko siedzenia na koniu, siedzenia bez zwracania uwagi na warunki fizyczne ciała wierzchowca. W związku z tym pomysły na utrzymanie się w siodle na sztywnym koniu, którego wklęsły i sztywny grzbiet nie pozwala na wygodne siedzenie, są przeróżne. Jednak obojętnie jaki to jest pomysł, mało który z tych siedzących jeźdźców jest w stanie ruszyć jakąkolwiek z części swojego ciała. Mało który z jeźdźców jest w stanie rozluźnić swoje mięśnie. Pomysły na siedzenie w siodle zaczynają od siłowego zaciskania i trzymania się kolanami siodła, poprzez podtrzymywanie się na zaciągniętych wodzach, aż po siłowo wciskające się w siodło pośladki. Żeby wysiedzieć w siodle, jeźdźcy siłowo pchają swojego wierzchowca i przesadnie odchylają się. Kiedyś na czempionatach widziałam jeźdźca, który plecami opierał się prawie o tylny łęk siodła – i wcale nie wyolbrzymiam. Nie wiem jak on prowadził konia w takiej pozycji.

Problem z prawidłowym siedzeniem w siodle (pełnym siedzeniem w siodle) zaczyna się od złego założenia co do miejsca w naszym ciele, które ma amortyzować ruch konia. Większość z jeźdźców zakłada, że to rola bioder, miednicy i lędźwiowo – krzyżowego odcinka pleców. Jeźdźcy machają biodrami, jakby pośladkami wycierali siedzisko siodła. Spiętymi i pchającymi biodrami prowokują wierzchowca do „spłaszczania” ruchu, bo łatwiej taki wysiedzieć. Ruch konia powinien być jednak sprężysty i wyraźnie wybijający w górę, a amortyzować powinny go wszystkie stawy naszych nóg. Żebyście uświadomili sobie o czym mówię wyobraźcie sobie, że powozicie wozem drabiniastym, jadącym polną drogą pełną dziur i wystających korzeni. Jedziecie, stojąc na ugiętych nogach i amortyzujecie nogami kołyszący ruch pojazdu. W dłoniach trzymacie wodze ciągnącego konia ale nie możecie na nich się uwiesić żeby utrzymać równowagę. Jadąc wierzchem, waszym wozem drabiniastym są strzemiona i na nich powinniście oprzeć i utrzymać swoją równowagę. Na grzbiecie konia jest łatwiej niż na wozie, bo pod pośladkami macie siedzisko, na którym możecie przycupnąć ale absolutnie nie wolno tam przenieść ciężaru ciała i amortyzacji ruchu konia. Wracając do porównania z wozem - to taką podpórką, porównywalną do grzbietu końskiego, byłoby siodełko rowerowe z długą sztycą, wyciągnięte z ramy roweru i oparte ale nie przytwierdzone do podłogi wozu. Muszę jednak zaznaczyć, że ta sztyca powinna być ustawiona w pionie i tuż pod waszym krokiem a nie pod kątem, żeby wygodnie oprzeć pośladki. Gdybyście przycupnęli okrakiem na takim siodełku, nie odważylibyście się rozsiąść się na nim wygodnie jak na stabilnym krześle. Wasze pośladki znalazłyby podparcie ale rolę amortyzującą ruch wozu zostawilibyście swoim nogom.

Kolejną ważną kwestią przy prawidłowej pracy w kłusie ćwiczebnym jest prosta postawa i równowaga jeźdźca. Tak wiem, postów o dosiadzie jeźdźca w równowadze napisałam już niezliczoną ilość. Jednak uważam, że nigdy nie będzie ich dosyć. O dosiadzie można mówić w nieskończoność, tak jak w nieskończoność człowiek powinien nad dosiadem pracować. Zatem – kojarzycie instrukcję, którą znajdziecie w prawie każdej książce o jeździe konnej – instrukcję o linii prostej od ramienia do stopy, wzdłuż której jeździec powinien trzymać postawę ciała? Instrukcja ta niestety nie zawiera informacji na temat tego, jak powinny być ułożone kolana jeźdźca. W związku z tym można mieć kolana podciągnięte pod samą „brodę” i zaciśnięte pachwiny, a łydki cofnąć na tyle daleko, by stopami zmieścić się w owej linii. A układ kolan w dosiadzie na końskim grzbiecie jest bardzo ważny – wręcz kluczowy.





Wyobraźcie sobie, że ta słynna linia od ramion do stóp, to boczna krawędź płaszczyzny „przecinająca” wasze ciało. Przy utrzymanej równowadze ciała, płaszczyzna ta będzie „ustawiona” w idealnym pionie. Gdy człowiek stoi na ziemi na prostych nogach, sprawa jest oczywista. Podczas siedzenia w siodle proponuję, żebyście wyobrazili sobie dwie płaszczyzny. Te płaszczyzny będą składały się na waszą równowagę. Pierwsza płaszczyzna, dłuższa płaszczyzna, to ta już wam znana. Jej dolną krawędź oprzyjcie w wyobraźni na strzemionach. Drugą poprowadźcie w wyobraźni od ramion do kolan i jej dolną krawędź oprzyjcie o poziomą powierzchnię – powierzchnię równoległą do powierzchni ziemi. Innym słowem, na waszą równowagę niech składają się dwie płaszczyzny tworzące piramidę – piramidę o bardzo wąskim czubku. W takiej pozycji wasze stawy kolanowe będą mogły pracować i amortyzować ruch wierzchowca. W takiej pozycji niczego nie będziecie musieli się trzymać, żeby utrzymać równowagę i będziecie mogli nauczyć się swobodnie dawać sygnały torsem, łydkami i rękami.

Kolejna rzecz konieczna przy pełnym siadzie w siodle to głębokie, lekkie i miękkie siedzenie. Mimo tego, że jak wcześniej napisałam, na siedzisku tylko przysiadacie mimo tego, że przysiadając nie zdejmujecie ciężaru swojego ciała z nóg opartych na strzemionach to musicie siedzieć tak, żeby czuć, że grzbiet wierzchowca szczelnie wypełnia przestrzeń między waszymi udami i krokiem. W odciążającym i miękkim siedzeniu nie chodzi o to, żebyście tworzyli jakąś, choćby niewielką, przestrzeń między waszym krokiem a siodłem. Nie chodzi o to, żeby wspinać się nad siodło, by być lekkim. Wasze krocze powinno być szeroko otwarte, uda luźno zwisające ze stawów biodrowych. Pośladki muszą być rozluźnione a odbyt otwarty. I to nie jest żart, to bardzo pomaga w rozluźnieniu całego „biodrowego obszaru”.


Jak dojść do takiego siedzenia w siodle podczas kłusa i galopu? Jak nad tym pracować? Najlepszym ćwiczeniem jest jazda na stojąco. I nie mówię o pół – siadzie. Chodzi o to, żeby wspiąć się nad siodło na lekko ugiętych kolanach i stopami oprzeć się na strzemionach jak na stabilnym podłożu. Musicie stać na tym podłożu w rozkroku, bez używania nóg do chwytania się siodła i konia. Musicie stać wyprostowani jak na tym drabiniastym wozie, na razie bez podpórki z siodełka rowerowego. W tej jeździe na stojąco nie chodzi jednak tylko o utrzymanie równowagi – chodzi o to, żeby nauczyć się w takiej pozycji pracować łydkami, wodzami i ciałem. Żeby przy tej pracy, przy zmianach tempa konia i jego chodów, nie tracić równowagi i nie podtrzymywać jej na wodzach.


Kolejne ćwiczenie to anglezowanie na trzy albo pięć – jeden krok w siodle trzy albo pięć nad siodłem. To ćwiczenie ma nauczyć przysiadać na „siodełku” bez utraty pozycji opartej na nogach. Tak, jak w poprzednim ćwiczeniu, jeździec powinien nauczyć się pracować pomocami przy takim anglezowaniu i nie tracić równowagi.


Następne ćwiczenie to krótkie kłusy z nastawieniem na dokładną pracę przed kłusem i po przejściu do stępa. Chodzi o to, żeby poprosić konia o zakłusowanie - ale do ostatniego kroku stępa namawiać go do ruszenia od zadnich kończyn, z rozluźnionym przodem i w bardzo wolnym tempie. Tak zainicjowany kłus, jeździec powinien wysiedzieć w siodle. Ale należy nastawić się na to, by kłus był krótki. Podczas krótkiego kłusa, rozluźnienie i zaangażowanie zadu konia nie „uciekną” spod kontroli jeźdźca. Jednym słowem, jeździec powinien poprosić o przejście do stępa zanim koń się usztywni i przerzuci ciężar na przód ciała. Po przejściu najlepiej od razu zacząć pracę nad kolejnym zakłusowaniem.


Wszystkie te ćwiczenia mają pomóc jeźdźcowi zdobyć umiejętność zgrania pełnego siedzenia w siodle z prawidłowym, fizycznym przygotowaniem wierzchowca do niesienia jeźdźca. Dla dobra i zdrowia zwierzęcia, praca nad pełnym siedzeniem powinna być ściśle związana z pracą nad zrównoważeniem ciała konia, pracą nad zaangażowaniem zadu konia i wypracowania prężenia grzbietu. Powinna być ściśle związana z pracą nad rozluźnieniem mięśni konia i uelastycznienia jego stawów.

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patronów. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.



15 października 2018 r moim patronem na „Patronite” został Tomek. Bardzo się cieszę ze wsparcia jakie otrzymałam i dziękuję. Olga  


środa, 3 października 2018

PYTANIE O CHODY DODANE I OBAWA PRZED ODPOWIEDZIĄ


Znalazłam post z pytaniem o chody dodane...sami przeczytajcie:

„Macie może pomysł na lepsze oparcie nogi w galopie ? Niestety zadzieram piętę do góry, szczególnie przy dodaniach w galopie. W kłusie pośrednim ćwiczebnym odchylam się również mocno do tyłu. Może ktoś ma jakieś fajne ćwiczenia na zniwelowanie problemu?”

Zdziwiona faktem, że nie jest to kolejne pytanie o polecany kask, derkę czy kantar albo prośba o pomysły na sesję zdjęciową – zabrałam się za pisanie odpowiedzi. Tak na marginesie – jeżeli ktoś chce porobić sobie zdjęcia z koniem, to idzie i robi. Jest naturalny i cieszy się z bycia na łonie przyrody w miłym towarzystwie i z tego, że wychodzą ładne zdjęcia. Ja znam właśnie takich miłośników fotografowania- nie potrzebują roztrząsania tematu. Ale wracając do przerwanego wątku - mam wrażenie, że 99% jeźdźców już wszystko wie na temat pracy z koniem. Tego, jak go rozumieć i jak w zrozumiały dla niego sposób dawać polecenia - oni nie wiedzą tylko jaki kask jest dobry, która z kolekcji – czaprak, owijki, nauszniki – jest na topie i jak zrobić „dzióbek” do zdjęcia z koniem. Jak już wspomniałam, napisałam więc odpowiedź. Oto ona.

Brak oparcia nogi w strzemieniu i zadzieranie pięty jest efektem nieprawidłowego ułożenia całej nogi. Jest efektem zamykania pachwin, blokowania ruchu stawów kolanowych i skokowych. Kurczysz się „zamykając” pachwiny. „Zamykając” pachwiny podciągasz kolana w górę. Jeżeli trzymasz się siodła kolanami, to taki ruch potęguje ich podciąganie. Za podciągniętymi kolanami idą w górę pięty. Poprawianie dosiadu zacznij od rozluźnienia i „otwarcia” pachwin. „Zwieś” luźno uda. Obniż ułożenie kolan – pozycja podobna do klękania, a nie siedzenia na krześle. Nie utrzymuj równowagi trzymając się i ściskając kolanami i udami siodła. Siedź w siodle głęboko, nie wspinaj się na palce podczas opierania stóp na strzemionach.

Autorka pytania odpowiedziała:

„Olga dziękuję :) Kolanami staram się nie trzymać, w chodach roboczych jest wszystko super a przy dodaniach nie potrafię się rozluźnić. Nie potrafię wysiedzieć szczególnie przy dodaniach w kłusie. Jak się odchylam to wysiedzę każdy kłus ale wygląda to paskudnie... A w galopie właśnie podciągam nogi i tu faktycznie, najprawdopodobniej wina jest w kolanach. Olga masz może jakieś ćwiczenia na ogarnięcie tego ? W teorii niby wiem co i jak a nie potrafię tego przełożyć na trening?

Zachęcona odpowiedzią autorki pytania napisałam kolejną swoją odpowiedź.

Trudno tu mówić o jakichś konkretnych ćwiczeniach tym bardziej, że „swój udział” w Twoich błędach ma Twój wierzchowiec. Za to jego błędy wynikają z niedociągnięć Twojej pracy. Chodzi mi dokładnie o to, że podczas chodów dodanych Twój koń prawdopodobnie za bardzo się rozciąga, usztywnia grzbiet i przeciąża przód. Ty, czując podświadomie jego twardy i sztywny grzbiet, reagujesz też usztywnieniem i kurczeniem ciała. Mając sztywne ciało, nie możesz popracować z koniem nad zniwelowanie jego błędów – i to jest to błędne koło. Mogę podpowiedzieć jak pracować ale to raczej będą ćwiczenia dla Ciebie i konia, przygotowujące do lepszych chodów dodanych a nie ćwiczenia tylko poprawiające Twój dosiad.

Następnych odpowiedzi już nie skopiowałam ale autorka pytania zapewniła mnie, że chętnie poczyta to co mam do powiedzenia, chociaż koń jest dobrze „zrobiony” i nie tylko ona na nim jeździ. Odpisałam, że chętnie podzielę się wiedzą, tylko potrzebuję trochę czasu na napisanie tego, co chciałabym przekazać – i zaczęłam pisać.

Muszę zacząć od wyjaśnienia tego, czym są chody dodane. Wbrew pozorom, to nie są „chody przyspieszane”. Owszem, koń porusza się szybciej do przodu ale dlatego, że zwolnił rytm w jakim stawia kroki tylnymi nogami, za to uwydatnił ten krok i zrobił go bardziej obszernym w przód i w górę. Żebyś zrozumiała o co mi chodzi, to przebiegnij się kawałek truchtem i po jakimś czasie przyśpiesz bieg – to nie jest „bieg dodany”. Wróć do truchtu i po jakimś czasie zacznij biec długimi susami, podnosząc przy tym wysoko kolana. Tak, jakbyś przeskakiwała przez szeroko rozłożone cavaletti. Przy takim kroku stawianym zadnimi nogami, koń biegnie chodem dodanym.

Przy ruchu dodanym powinnaś poczuć, że Twoje biodra podążające za ruchem konia zwalniają ruch, który staje się długim, posuwistym i obszernym. Jednak obszernym nie tylko w przód i w tył. Powinnaś czuć go bardziej w górę i dół. Podobne uczucie osiągnąłby człowiek siedząc na szczycie wysokiej fali - fali wysokiej ale „leniwej”. Płynęłabyś z nią w przód ale wyraźnie unosząc się i opadając. Przy przyspieszającym koniu (nie takim który dodaje), żeby nadążyć za ruchem jego grzbietu, odchylasz się do tyłu, a żeby zostać „przyklejonym” do siodła, przykurczasz pachwiny i nogi.

Jak możesz poćwiczyć z koniem? Po pierwsze - podczas przejścia ze stępa do kłusa namów konia, żeby dwa pierwsze kroki w kłusie zrobił tylko zadnimi nogami. Przez te dwa kroki, przednie kończyny muszą nadal kroczyć w stępie – to ćwiczenie uczy konia angażowania zadu do bardziej energicznej i sprężystej pracy. Uczy zaangażowania jakie jest niezbędne przy chodach dodanych. Zaś jeździec, podczas tego ćwiczenia, uczy się jak namawiać „zad” zwierzęcia do wydajniejszej pracy. Do wykonania ćwiczenia musisz zaangażować swoje ciało, które musi informować zwierzę jak powinno wyregulować tempo. Inaczej mówiąc, musisz przytrzymać dosiadem przód konia po to, żeby przednie kończyny „nie pociągnęły” konia do kłusa. Trzymając przód, namawiasz pukającymi łydkami zadnie kończyny podopiecznego do zakłusowania. Ideałem byłoby, gdybyś równocześnie przy pomocy wodzy, egzekwowała od konia rozluźnianie mięśni szyi i przodu jego ciała. Prosząc konia o przejście do galopu, namawiasz na zrobienie jednej fouli zadnią kończyną zanim „dołączą” nogi przednie.

Po drugie - naucz konia kłusować na granicy przejścia do stępa. Cel ćwiczenia jest taki sam jak przy pierwszym ćwiczeniu. Jadąc kłusem, namawiaj konia dosiadem do przejścia do stępa, a pracując łydkami, namawiaj do podtrzymania tego chodu. Dajesz jakby sprzeczne sygnały – tylko pozornie sprzeczne, bo tak skonfigurowana informacja uczy konia efektywnie pracować zadem. Efektem pracy powinien być bardzo wolny kłus ale lekki i sprężysty. Tak jak w poprzednim ćwiczeniu, zalecana jest równoczesna praca nad rozluźnieniem mięśni konia. W galopie pracujesz na granicy przejścia do kłusa.

Do dodania w danym chodzie namawiaj konia z tempa utrzymanego na granicy chodu niższego. Nie namawiaj jednak do przyspieszenia, tylko do wydłużenia kroku i podniesienia w górę, przy zachowaniu wolnego tempa i rytmu stawianych kroków. Żeby koń zrozumiał o co prosisz, musisz nadal „trzymać” i rozluźniać przód ale zintensyfikować pracę łydkami.
Uzyskany po takiej pracy chód dodany jest dużo łatwiejszy i przyjemniejszy do wysiedzenia. Przy obu pierwszych ćwiczeniach pracuj nad równowagą w dosiadzie i obniżaj ułożenie kolan.

Spróbuj dwa pierwsze ćwiczenia wykonać też jadąc na stojąco. Nie mam jednak na myślę pół – siadu. Mam na myśli stanie z lekko ugiętymi kolanami, jak w przyklęku, z prostym torsem. Musisz jednak tak ułożyć nogi, żeby utrzymanie prostego ciała od bioder w górę, nie generowało napięć mięśni w Twoim ciele. Czyli musisz czuć, że stoisz w strzemionach tak samo swobodnie jak stałabyś na ziemi. Jazda na stojąco i działanie w tej pozycji pomocami jest znakomitym ćwiczeniem na wypracowanie aktywnego dosiadu.

Jak na tak złożony temat, jakim są chody dodane, to opis mój jest bardzo skrótowy. A i tak wyszedł mi „elaborat” – w końcu to miała być tylko odpowiedź w komentarzu. Zadowolona z wyniku swojej pracy wstukałam skopiowany link do pytania i cóż się okazało....post został usunięty. Naszło mnie wówczas kilka refleksji. Po co ludzie pytają, skoro boją się odpowiedzi, które nie są wskazaniem guziczka do naciśnięcia? Guziczka, który wszystko naprawia? Dlaczego boją się odpowiedzi, które niosą odrobinę wiedzy innej niż oni posiadają lub nie posiadają? I to nie chodzi o moją wiedzę i ten konkretny post. Zawsze znikają posty pod którymi pojawiają się odpowiedzi osób zakłucających błogie poczucie „wszystko - wiedzenia” autorów pytań.

Często też zastanawiałam się, dlaczego znani mi jeźdźcy, posiadający dużą jeździecką wiedzę, nie dzielą się nią w miejscach ogólnie dostępnych. Dlaczego nie robią tego dla dobra koni? Zawsze znałam odpowiedź na to pytanie ale chciałam wierzyć, że jednak warto dzielić się swoją wiedzą. Dzielić się nią z tym jednym procentem jeźdźców, którzy nie boją się, iż może się okazać, że jeszcze nie wszystko wiedzą albo, że „źle wiedzą”. Zgadzam się jednak, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent niemyślących - wszystkowiedzących, to procent przytłaczający. Ta wielkość zniechęca do jakiejkolwiek aktywności związanej z dzieleniem się wiedzą i doświadczeniem.

Pisownia cytatów oryginalna.

Posty powiązane: Zdobywanie wiedzy

Posty do moich blogów piszę przy wsparciu patronów. Trochę więcej piszę o tym tutaj. Gdyby ktoś miał ochotę dołączyć do grona patronów i mnie wesprzeć to zapraszam i dziękuję.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Bucikomania, wełna z owiec rasy mernos i wilki

Bucikomania, wełna z owiec rasy mernos i wilki
"...Pytanie teraz moje jest takie: ilu ludzi zabili i zranili myśliwi od czasów drugiej wojny światowej? Ile psów i kotów zastrzelili tylko i wyłącznie dla zabawy? Czy pokusił się ktoś o zrobienie takiego zestawienia? Nie znalazłam niczego takiego w necie. Wiem jednak jedno – mieszkam w środku lasu i nie boję się wilków. Boję się myśliwych i ich zbłąkanych kul, często wystrzelonych z broni po spożyciu dużej ilości alkoholu. Boję się mylenia przez myśliwych żubrów, koni i ludzi z dzikami..."