czwartek, 19 lutego 2026

MAM PROBLEM Z ZAKŁUSOWANIEM

 

Mam problem z zakłusowaniem, wiem, że trzeba to wyćwiczyć. Gdy zakłusuję, klacz przejedzie ze dwa metry i przechodzi do stępa, daję łydkę ale i tak przechodzi w wolniejszy chód. Gdy idzie za innym koniem to potrafię zakłusować, a gdy czołowa nie za bardzo. Gdy ostatnio miałam bacik to szła bez problemu. Co zrobić, żeby dobrze zakłusować i żeby nie przestawała kłusować?” (Pisownia cytatu oryginalna)

Kłopoty z namówieniem konia szkółkowego do ruchu w różnych chodach to częsty problem uczących się jeźdźców. Zwłaszcza wówczas, gdy taki jeździec zostaje sam na sam z podopiecznym. Problemy zaczynają się od tego, że konie podczas pracy pod szkolącymi się jeźdźcami chodzą jeden za drugim. Koń drugi, trzeci i każdy następny skupia się wówczas na zadzie towarzysza przed nim. Takie konie kłusują, bo kłusuje przed nimi inny koń. To samo dotyczy galopu. Konie chodzące jeden za drugim zawsze będą powielać ruch i zachowanie wierzchowca przed sobą, Będą je powielać bez względu na to, czy jeździec na ich grzbiecie będzie dawał jakikolwiek sygnały czy będzie tylko biernie siedział w siodle. Dodatkowo chodzą one najczęściej jedną i tą samą wydeptaną ścieżką wzdłuż płotu albo brzegu trawnika. Chodzenie koni w szkółce pod siodłem jest więc pamięciowe – kręcą się one jak na karuzeli. Konie takie popadają w rutynę snucia się za innym końskim zadem, więc instruktorzy mają często problem ze znalezieniem konia, który będzie szedł jako pierwszy. Dla takiego konia „wyciągniętego z karuzeli” i postawionego na czele „peletonu”, jako zachętę do ruchu instruktorzy najczęściej zalecają niestety użycie bata.

Nie mam nic przeciwko bacikom jeżeli używane są jako przedłużenie ręki jeźdźca czyli jako narzędzie do wskazywania miejsca na ciele konia, które wymaga korekty ustawienia lub rozluźnienia. Bacik może też być pomocą „wzmacniającą” działanie łydki jeźdźca – działając tuż za ową łydką. Słowo „wzmacniającą” wzięłam specjalnie w nawias, ponieważ działanie bacikiem nie ma być mocne i bolesne dla konia. Działanie bacikiem nadal powinno przypominać działanie wskaźnikiem. To wskazywanie ma mówić: „tu działa łydka, skup się na niej, spróbuj zrozumieć prośbę przesyłaną przez łydkę”. Bacik nie może być dla konia straszakiem. Koń nie powinien się ruszać dlatego, że ucieka przed bolesnym działaniem bata. Koń powinien się ruszać i pracować dlatego, że rozumie polecenie jeźdźca i zgadza się na współpracę. Absolutnie nie wolno karać konia bolesnymi uderzeniami. Dlaczego? Ponieważ koń nigdy nie jest nieposłuszny bez powodu. Jeżeli zwierzę odmawia współpracy to dlatego, że nie rozumie polecenia albo nie jest w stanie fizycznie i kondycyjnie go wykonać. Dobry instruktor i dobry jeździec znajdą przyczynę nieposłuszeństwa i skupią się na pracy nad rozwiązaniem problemu.

Co może dolegać odmawiającemu pracy koniowi szkółkowemu? Zmęczenie, zniechęcenie, ból pleców, nóg, mięśni, stawów. Jego zadnie nogi mogą nie kroczyć tym samym torem co przednie – inaczej mówiąc- ciało konia jest tak pokrzywione, że to uniemożliwia mu sprawne poruszanie się. Owszem, zmuszony do ruchu batem czy ostrogami koń szkółkowy będzie pracował ale zapłaci za to zdrowiem – stany zapalne mięśni i stawów spowodowane wiecznym ich napięciem i usztywnieniem. Opuchnięte kończyny, kulawizny, naderwane ścięgna.

Cóż więc zrobić, gdy w szkółce napotkacie taki problem? W zasadzie powinnam napisać: Poszukajcie innej szkółki jeździeckiej. Poszukajcie takiej, w której instruktorzy uczą świadomie jeździć. Uczą rozumieć konie i w zrozumiały dla nich sposób przekazywać prośby i polecenia.

W tym poście mogę tylko podpowiedzieć jakich błędów unikać. Przede wszystkim wielu uczących się jeźdźców trzyma wodze nieustannie zaciągnięte. Jeźdźcy albo się na nich podtrzymują, żeby utrzymać się w siodle albo trzymają konia, żeby nie szedł zbyt szybko. Przy próbie ruszenia konia, przyspieszenia czy zmiany chodu na wyższy, szkółkowi jeźdźcy jeszcze mocniej przyciągają do swojego ciała ręce z już i tak zaciągniętymi wodzami. Wielu jeźdźców wciska też napięte pośladki w siodło i ściska konia łydkami. A to wszystko blokuje koniowi możliwość ruchu.

Proponowałabym osobie szukającej odpowiedzi na zadane na początku pytanie, żeby zastanowiła się czy nie trzyma zbyt mocno zaciągniętych wodzy? Czy przy próbie anglezowania w kłusie nie podciąga się na wodzach? Jeżeli tak, to potrzebna jest praca na zrównoważeniem ciała jeźdźca w siodle. Jeżeli jeździec będzie siedział w siodle tak, że nie będzie musiał niczego się trzymać, to będzie miał szansę rozluźnić ramiona i oddać ręce i wodze do przodu. To zaś uwolni koński pysk od boleśnie zaciągniętego wędzidła.

Proponowałabym również pracować aktywnymi łydkami nad ruszaniem, przyśpieszaniem i przechodzeniem do wyższego chodu. Aktywne łydki to takie, które pracują impulsami - puknięciami, powtarzanym dotykiem, masowaniem boku kłody konia – wszystko zależy od tego jaką informację jeździec chce zwierzęciu przekazać i od reakcji zwierzęcia na polecenia. Łydki jeźdźca na pewno nie mogą ściskać boków konia przy namawianiu go do ruchu. Każdy siłowy ucisk prowokuje konia do napinania mięśni a to utrudnia a czasami nawet uniemożliwia zwierzęciu możliwość kłusowania czy galopowania. Z tego też powodu łydki jeźdźca nie mogą być również narzędziem do kurczowego trzymania się na grzbiecie konia.

Ważna jest również umiejętność delikatnego przysiadania w siodło podczas anglezowania. Jeżeli jeździec opada w siodło całym ciężarem, stwarza zwierzęciu bardzo niekomfortowe warunki do pracy. To tak, jakby człowiek biegł z plecakiem, który odbija się od jego pleców. Niestety większość jeźdźców anglezuje w ten sposób, że opuszczanie pośladków na siodło jest jednym wielkim bezwładnym klapnięciem. Na takie bolesne obijanie grzbietu konie bardzo często reagują tak, że odmawiają pracy w kłusie. Namawiam też do przyjmowania pozycji pół-siadu podczas galopowania na koniu. Ciało jeźdźca odbijające się jak piłka na grzbiecie konia podczas prób wysiedzenia w siodle galopu, ugruntowuje przekonanie zwierzęcia, że lepiej nie dać się zmusić do wykonania polecenia przejścia w wyższe chody.

Jeżeli szukacie więcej informacji, to zapraszam do czytania:

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/05/jak-rozmawiac-z-koniem.html

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2016/07/kon-samo-niosacy.html

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2016/06/rownowaga-jezdzca-najwazniejsze-jest.html





sobota, 14 lutego 2026

KOŃ "PROFESOR"

 

Dla wielu jeźdźców konie zaczynają być stare kiedy złe ich „użytkowanie” zaczyna zbierać żniwo w postaci kontuzji, chorób, kulawizny, sztywności ciała, braku sił do pracy, niemocy itd. Dlatego koniem starym jest już czasami dwunastoletni wierzchowiec. A prawda jest taka, że to właśnie koń - dwunastolatek powinien być u szczytu swoich fizycznych, sportowych i szkoleniowych możliwości. W internecie można znaleźć mnóstwo ogłoszeń typu: sprzedam dwunastoletniego konia po karierze sportowej. Widziałam kiedyś nawet ogłoszenie o sprzedaży siedmioletniego konia po karierze sportowej. Po karierze? Czyli tak wyeksploatowany, że nie daje już fizycznie rady podołać sportowym wymaganiom. Takie zniszczone konie oferowane są do sprzedaży jako: „koń profesor” dla młodego jeźdźca – dla juniora. I czego taki junior ma się nauczyć od „profesora”? „Klepać tyłek” na sztywnym i twardym grzbiecie zwierzęcia. Dźwigać na wodzach jego przeciążony przód ciała? Pchać z wielkim wysiłkiem schowanego za wędzidłem, sztywnego i złamanego w szyi wierzchowca? Albo szarpać się na wodzach z pędzącym i nie dającym się wstrzymać koniem? Wiele osób się teraz oburzy i zarzuci mi pisanie nieprawdy. Może trochę generalizuję, może lekko przesadzam ale jeżeli siedmio- czy dwunastoletni koń byłby świetnie wyszkolony, nie kontuzjowany fizycznie i psychicznie, to żaden sportowiec przy zdrowych zmysłach nie sprzedałby takiego „skarbu”, tylko święciłby tryumfy na zawodach.


Prawda jest taka, że każdy taki koń „profesor” po karierze sportowej powinien zostać od podstaw ponownie wyedukowany. Potrzebne mu jest kilkumiesięczny odpoczynek, a potem praca nad rozluźnieniem mięśni i stawów, nad zrównoważeniem i ustawieniem ciała. To ciężka praca ponieważ trzeba oduczyć konia starych i złych przyzwyczajeń w pracy, a w to miejsce uczyć i pracować tak, jak z młodym, zajeżdżanym koniem. Do każdego takiego konia trzeba też podejść indywidualnie – z jednym zwierzęciem praca przyniesie szybkie efekty dla innego może być już za późno na „naprawę” ciała i psychiki.


Jednak „starość” z powodu wieloletniej złej pracy pod jeźdźcem nie dotyczy tylko koni sportowych. Dotyczy często również koni rekreacyjnych. Ostatnio rozmawiałam na ten temat ze „stajenną” znajomą, której przyszła do głowy taka konkluzja: prawie całe jeździectwo polega na tym, że jeźdźcy dbają o konie, które nieustannie krzywdzą. Jeźdźcy leczą podopiecznych, fundują masaże, sesje fizjoterapeutyczne, kupują suplementy ale jeżdżą na tyle bezmyślnie i siłowo, że doprowadzają ich ciała do fizycznej ruiny. Jeźdźcy leczą te „ruiny”, zamiast przez całą swoją wspólną z koniem jeździecką przygodę, pracować na tyle świadomie, by nie rujnować ich delikatnego zdrowia.


Ludzie nie potrafią patrzeć na konia, jak na żywą istotę. Nawet ci, którzy deklarują miłość do swojego podopiecznego, widzą w nim sprzęt sportowy. Gdyby ich wierzchowiec nie był owym sprzętem, zauważaliby jego wady w postawie powstałe w wyniku złej pracy. Widzieliby obwisłe brzuchy, wklęśnięte grzbiety, brak mięśni, opuchnięte nogi. Czuliby jego ospałość w ruchu, czuliby kulenie, utykanie, nieregularność ruchu. Zastanowiliby się nad przyczyną wiszenia konia na wodzach, nad brakiem reakcji konia na niektóre sygnały. Z niektórymi jeźdźcami jest jeszcze gorzej, bo zauważają takie rzeczy ale mają wytłumaczenie: „ten koń tak już ma” i z „miłości” do tego konia zapewniają mu ruch. „Bo przecież konie kochają ruch. Nie ważne jaki, byle był ruch”. Nie ważne, że podczas tego ruchu wszystko konia boli. Nie ważne, że jakość tego ruchu zrobi z tych zwierząt „stare rupiecie” w wieku 12 lat. Ważne, że koń niesie zadowolonego z siebie jeźdźca. Zadowolonego, bo zapewnia zwierzęciu wikt, kowala, opiekę weterynaryjną, marchewki i nowiuśkie czapraczki. A, że nie zapewnia mu świadomego prowadzenia w sportowych zmaganiach, to nieważne. Koń to przecież duże, silne zwierzę i ma cztery nogi, więc ze wszystkim sobie poradzi. Poza tym co to za sport, jak on tylko „lajcikowo” jedzie w teren. Uwierzcie mi – dla konia nie ma czegoś takiego jak ”lajcikowo”. Dla konia każda godzina pracy z jeźdźcem, to fizyczny i psychiczny wysiłek.


Konie ze sporym bagażem lat ale nie zniszczone, nie stare fizycznie i psychicznie, powinny być najcenniejszymi z koni. Pracujące od początku w rozluźnieniu, równowadze i z prostym ciałem, pracujące z jeźdźcem na zasadzie porozumienia i wzajemnego zrozumienia, byłyby najlepszymi wierzchowcami dla jeźdźców zaczynających jeździecką przygodę. Takie cenne konie kończyłyby karierę sportową będąc bliżej 20 lat niż 10 i nie dlatego, że ich ciała są wyeksploatowane, a psychika zniszczona. Takie konie powinny być najcenniejsze – wówczas szkolenie nowych adeptów sztuki jeździeckiej byłoby świadome. Nikt, ani młody jeździec, ani trener młodych jeźdźców nie pozwoliliby sobie na zniszczenie tak cennego nabytku.


Najszybciej starzeją się chyba konie szkółkowe. Mimo, że wierzchowce mają swoich właścicieli, którymi zazwyczaj są właściciele danej stajni i szkółki, to są te zwierzęta trochę jakby bezpańskie. Nie chcę teraz nikomu zarzucać, że wierzchowce te są pozbawione pełnej opieki. Nie - zwierzęta te są karmione, pojone, czyszczone, mają zmienianą ściółkę, zapewnia im się opiekę weterynaryjną i obsługę kowala. (Chociaż bywają ośrodki, gdzie tego brakuje.) Jednak prawie nigdy nie mają zapewnionych warunków pracy, dostosowanych do możliwości fizycznych i psychicznych każdego z koni. Dostosowanych do kondycji każdego z osobna, a w zasadzie jej braku. Konie szkółkowe nie mają zapewnionego takiego szkolenia, by nie ucierpiało zdrowotnie ich ciało i psychika. Nie szkoli się też jeźdźców, którzy dosiadają owe wierzchowce, tak by zrozumieli ich potrzeby zdrowotne, fizyczne i psychiczne. Nie uczy się adeptów sztuki jeździeckiej pracy ukierunkowanej na porozumienie z koniem.


Jakie są realia koni szkółkowych? Oto przykład z forów dyskusyjnych:


-Hej koniarze przychodzę do Was z pytaniem, jak zachęcić do jazdy leniwego konia? Jeżdżę na takim małym leniuszku i nie wiem co mam zrobić, żeby bardziej mnie słuchał.


Porady:


-Wędka z marchewką.


-Ostrogi, bat i do przodu. A jeśli chodzi o konia szkółkowego, to możesz dać na tacę. Powodów lenistwa może być wiele, od zbyt małej ilości paszy energetycznej, po Twój brak umiejętności.

-U mnie działa długi bat


-Dokładnie. Czasami nawet nie trzeba go używać – ważne, że tylko jest.


-Nikt wyżej nie podał tego sposobu, więc spróbuj konia zaciekawić jazdą oraz wyczulić na pomoce, rób wolty, zatrzymania, wydłużenia, skrócenia, przejścia, wężyki, zmiany kierunków.


-pojedź w teren z drugim koniem co lubi szybkość, to go pociągnie za sobą.


Gdzie w tym wszystkim jest koń – żywe, czujące stworzenie? Szkółkowi jeźdźcy szukają porad na forach, w grupach i otrzymują informacje od innych - obecnych albo byłych szkółkowiczów. Nikomu z pytających ani odpowiadających na pytania nie przyjdzie do głowy zastanowić się nad kondycją takiego konia, nad jego ruchowymi możliwościami albo nad ich brakiem. Niewielu weźmie pod uwagę zmęczenie konia, zniechęcenie, rezygnacje, ból, dyskomfort podczas niesienia jeźdźca. Koń szkółkowy ma iść i już. Dlaczego? Bo tak uczą szkółkowi instruktorzy. Skąd jeździecki nowicjusz ma wiedzieć, że potrzebna byłaby refleksja i pochylenie się nad końską dolą i niedolą, skoro nikt ze szkoleniowców tego nie mówi? Skoro nikt nie mówi, że konia może boleć, że koń może być zmęczony, że może być kondycyjnie za słaby na dane ćwiczenie, że może być zbyt spięty, krzywy albo pracuje bez równowagi. Skoro nikt nie tłumaczy, że jazda konna to przede wszystkim praca z koniem nad niwelowaniem tych błędów i niedoskonałości w fizycznej pracy, a nie bierne wożenie tyłka w teren.


Wierzę jednak, że są ośrodki jeździeckie, gdzie właściciele dbają, by szkolenie jeźdźców było pełne zrozumienia i porozumienia. Trudno jednak pogodzić takie podejście do szkolenia z koniecznością zarobkowania i dogodzenia oczekiwaniom jeźdźców. A gdy uczniami są dzieci, to problemem jest jeszcze usatysfakcjonowanie ich rodziców i opiekunów. Jeszcze większy problem mają ambitni instruktorzy, którzy muszą równocześnie dogodzić właścicielom ośrodków jeździeckich, dla których miarą sukcesu są zarobione pieniądze, a nie jakość szkolenia jeźdźców w poszanowaniu dla koni.



piątek, 13 lutego 2026

JAK PRACOWAĆ ŁYDKAMI

 

Wydawałoby się, że „język” pozwalający na komunikowanie się z koniem jest bardzo prosty. Przynajmniej tak uczą w szkółkach jeździeckich. Słowa w tym języku przekazywane są w sposób „migowy”, poprzez ciało jeźdźca, łydki i ręce z wodzami. Te słowa to: rusz, przyspiesz, zatrzymaj się, zwolnij, zakręć. Adepci sztuki jeździeckie uczą się tych słów, po czym okazuje się, że co szkoła to inaczej każą te „słowa” wypowiadać”. Okazuje się również, że na te „słowa” w języku ludzko końskim, jeden koń zareaguje, a drugi nie. Skupmy się na przekazie dla konia poprzez łydki jeźdźca, ponieważ takich pytań, jak na zdjęciu pod spodem, zadaje bardzo wielu jeźdźców.



Instruktorzy uczą również, że reakcja konia na dawany łydkami sygnał powinna być jednoznaczna i oczywista – czyli koń powinien ruszyć albo przyspieszyć. Zupełnie tak, jak gdyby był to pojazd typu rower – nadepniesz na pedał, to rower ruszy. Mechanizm złożony z kół, z przekładni i prostego napędu. Tylko, że koń to nie mechanizm- tylko żywe ciało zbudowane dokładnie tak jak nasze : „z tej samej gliny”. Koń to bolesności, dyskomfort, niemoc, złe samopoczucie, strach, niewiedza, brak zrozumienia, zmęczenie, zniechęcenie, brak warunków fizycznych, złe przygotowanie, brak kondycji, kontuzje, defekty budowy ciała i jego krzywizny itd. i itp.

Zacznijmy od tego, że „język migowy” pozwalający na porozumienie z koniem nie jest wcale taki prosty. Jeździec, prosząc konia o ruszenie czy przyspieszenie, powinien dokładnie określić jak dany ruch (ćwiczenie) powinien być wykonany. Jeźdźcy muszą też zrozumieć, że brak reakcji konia na sygnał jeźdźca jest sygnałem zwrotnym, mówiącym: nie mogę wykonać tego polecenia z powodu... Ten powód musi jeździec umieć odczytać. Jeździec musi wiedzieć dokładnie co chce powiedzieć podopiecznemu i z jaką jego częścią ciała rozmawiają łydki jeźdźca. Mimo, że łydki obejmują boki kłody wierzchowca, to rozmawiają z zadnimi kończynami. Mam wrażenie, że nawet wielu instruktorów i trenerów nie ma o tym pojęcia. Dlaczego tak twierdzę? Ponieważ egzekwują od koni ruszanie i sam ruch, uciskając i pchając swoimi biodrami grzbiet konia. Czyli wysyłają zwierzęciu sygnał: pcham cię”. Jaka jest zazwyczaj odpowiedź wierzchowca? „No to mnie pchaj” i zwierzę często dodaje: to ja się zaprę, żebyś miał co pchać”. Dlaczego jeszcze uciskanie i pchanie napiętymi biodrami grzbietu konia to zły pomysł? Dlatego, że ciało jeźdźca, mięśnie jego brzucha, biodra i cała postawa powinny rozmawiać z podopiecznym na temat zwalniania tempa, ustalania rytmu i na temat zatrzymywania, a nie na temat inicjowania ruchu. Ciało jeźdźca, mięśnie brzucha, biodra i cała postawa powinny rozmawiać z koniem o tym wszystkim, o czym większość jeźdźców próbuje rozmawiać poprzez zadające ból wodze z wędzidłem.

Tym wywodem dochodzę do konkluzji, że jeździec nie powinien pchać konia biodrami. Nie powinien również pchać łydkami. Sygnał dawny przez jeźdźca łydkami nie powinien też przypominać włączania „pstryczka – elektryczka”, na zasadzie: tu docisnę to pojedzie. Łydki muszą przekazywać informacje, polecenia, prośby i warunki, w ramach których koń powinien wykonać polecenie.

Dlatego język „migowy” ludzko – koński jest i powinien być dużo bogatszy, niż uczą tego instruktorzy (znaczna większość). Te „słowa”, które wzbogacają słownictwo ludzko - końskie, tworzone są poprzez użycie pracujących łydek (nie cisnących) oraz poprzez współpracę i równoczesne użycie tych pracujących łydek, ciała jeźdźca i wodzy.

Zastanówcie się, o czym powinny informować łydki jeźdźca swojego podopiecznego? Mimo, że koń podpiera się czterema kończynami, to nadal pozostaje podobnym do człowieka, ponieważ, tak jak u nas, „niosące” i napędzające ruch muszą być kończyny „zagnieżdżone” w biodrach. Jeżeli więc jeździec chce, żeby koń prawidłowo ruszył, szedł i przyspieszał, musi mu wyraźnie wskazać, że ruch muszą zainicjować zadnie kończyny. Czyli już mamy na początek dwie informacje i prośby: rusz i zacznij ruch zadnią nogą. Do tego jeździec powinien od razu wyznaczyć łydkami granice ścieżki, po której jego podopieczny będzie podążał – czyli mówiąc prościej pracując łydkami musicie pokazać zwierzęciu czy ma ruszyć na wprost czy wejść od razu w zakręt. Łydki jeźdźca powinny również od razu poprosić o ruch energiczny i sprężysty. Są to informacje, które powinien umieć przekazać koniowi nawet początkujący jeździec. A uwierzcie mi, można tych informacji przekazać podopiecznemu znacznie więcej! Jak myślicie, czy poprzez ściśnięcie boków konia jesteście w stanie przekazać te wszystkie informacje? Czy wciśnięcie pięty między żebra wierzchowca będzie zbiorem tych wszystkich informacji? Czy wzmocnienie działania pięty poprzez założenie ostrogi uzupełni przekaz wysyłany zwierzęciu?

Szukając informacji na temat pracy z wierzchowcem, czy to w szkółkach, czy indywidualnie u instruktorów i trenerów, czy nawet szukając w Internecie, pytajcie o to, jakie informacje należy koniowi przekazać i w konfiguracji z jakimi innymi sygnałami, żeby przekaz był dla zwierzęcia zrozumiały.

Według mnie łydka jeźdźca, która ma do przekazania tyle informacji naraz, musi być serią dotknięć, puknięć i przyłożeń. I to bardzo zróżnicowanych pod względem ekspresji, delikatności, wzmocnień. To zróżnicowanie natomiast powinno być zależne od reakcji zwierzęcia na sygnał, albo od braku odpowiedzi na niego i przyczyn tego braku. Powinno być również zależne od poziomu wyszkolenia konia i jego predyspozycji oraz kondycji.


niedziela, 26 czerwca 2022

"ZŁOTY ŚRODEK" W JEŹDZIECTWIE



Obserwuję zmagania różnych jeźdźców, próbujących dogadać się z koniem. W tych zmaganiach widzę skrajności a bardzo chciałabym odnaleźć jeźdźców, którzy zrozumieli, że najlepszym rozwiązaniem na pracę z wierzchowcem jest tak zwany „złoty środek”. O co mi chodzi? Jak już nie raz pisałam w swoich postach, zwierzę, na którego grzbiecie podróżujemy, powinno być sportowcem w pełnym tego słowa znaczeniu. Gdy usłyszycie, że jakiś człowiek jest sportowcem, to w wyobraźni widzicie ciało silne, sprężyste, giętkie, o nienagannej postawie i niezwykłej kondycji. Człowiek-sportowiec osiąga to wszystko przez lata cierpliwych, konsekwentnych i żmudnych treningów. Treningów, które są świadomie rozplanowane a stopień trudności wdrażanych ćwiczeń dawkowany stopniowo. Do tego człowiek pracuje nad atletyczną rozbudową swojego ciała w sposób, który przynosi mu satysfakcję i zadowolenie z przyjemnego zmęczenia. Człowiek przy tej pracy minimalizuje możliwość odczuwania nadmiernego bólu i dyskomfortu dzięki wykorzystaniu wiedzy i doświadczenia trenerów, lekarzy, fizjoterapeutów, masażystów i psychologów.

W takich samych kategoriach powinniśmy myśleć o ciele konia, który ma służyć człowiekowi jako partner i na którego plecach zdecydowaliśmy się wozić. Na dodatek zdecydowaliśmy się zaprząc go do pracy bez pytania go o zgodę. I nieważne, czy dosiadając wierzchowca człowiek jeździ na zawody, czy na rekreacyjne przejażdżki w tak zwany teren. Koń nie został stworzony do wożenia nas w jakikolwiek sposób. Nie został stworzony do wysiłku jakiego od niego człowiek oczekuje. Jednak, jeżeli już zmusiliśmy te zwierzęta do takiej posługi wobec nas, to jako rozumne istoty powinniśmy wziąć na siebie obowiązek świadomej pracy nad kondycją i fizycznością jego ciała. Powinniśmy wziąć odpowiedzialność za psychiczny komfort tych zwierząt podczas budowania sportowej kondycji ich ciała.

Śmiem twierdzić, że większość ludzi pracujących z końmi nie rozumie, jak powinno się budować kondycję i atletyczne ciało konia. I tu wracam do tych skrajności, o których wspomniałam na początku postu. Jedna skrajność to typowe zamordystyczne jeździectwo polegające na podejściu pod tytułem: koń to duże silne zwierzę i wszystko wytrzyma. W tej skrajności sposobem zajeżdżania konia jest zmuszenie go do przyjęcia siodła i jeźdźca, bez wcześniejszego fizycznego i psychicznego przygotowania. Sposobem zajeżdżania jest wymuszenie, by wierzchowiec, zmuszony traumatycznych okolicznościach do noszenia jeźdźca, woził go jak najszybciej w trzech chodach. Taki proces zajeżdżania trwa zazwyczaj około miesiąca. Po czym jeźdźcy na tak zajeżdżonych zwierzętach jeżdżą w tereny i na zawody. Wysiłek fizyczny, jakiego oczekują ci jeźdźcy od zwierzęcia, wymuszany jest presją fizyczną i psychiczną. Wymuszany jest zadawanym bólem i strachem. W skrajności numer jeden założeniem jest, że kondycja i rozbudowa mięśni w ciele wierzchowca zostanie nabudowana podczas właśnie takiego wysiłku. Jak można myśleć, że ciało zwierzęcia stanie się atletyczne po wywołaniu napięć i sztywności mięśni i stawów? Jak można myśleć, że fizyczny i psychiczny ból nie wywołuje tych napięć i sztywności? A jednak większość jeźdźców tak myśli albo.......po prostu w ogóle nie myślą.

Druga skrajność w pracy z koniem to nurt niwelujący jakąkolwiek presję fizyczna i psychiczną. Nurt nastawiony na zaprzyjaźnienie się z koniem, na zrozumienie i porozumienie. I w zasadzie należałoby tylko pochwalić takie podejście do zwierzęcia. Jak zwykle jest jednak pewne „ale”. Wierzchowce, znajdujące się pod opieką jeźdźców ze skrajności drugiej, chodzą wprawdzie za i pod swoimi opiekunami bez opresyjnych sygnałów, jednak słowo „chodzą” jest tu nad – ekspresyjnym określeniem ruchu tych zwierząt. Te wierzchowce lezą, powłóczą nogami i snują się po różnych torach przeszkód z frędzelkami, foliami i slalomami. I jeżeli ktoś nie ma zamiaru wsiadać na takiego konia, to nie mam zastrzeżeń do tej formy współpracy człowieka i jego podopiecznego. Jeżeli natomiast zwierzę ma nosić jeźdźca, to praca, przy której nie wymaga się od niego aktywności fizycznej, polegającej na nieustannym ale stopniowym i świadomym przekraczaniu granic możliwości fizycznych ciała, jest krzywdzeniem zwierzęcia. Dlaczego opiekunowie ze skrajności drugiej nie przekraczają tych granic? Ponieważ wymaga to wprowadzenia działań intensywnie namawiających podopiecznego do zwiększenia aktywności fizycznej. Reakcją koni na próby wyegzekwowania kolejnego stopnia wysiłku fizycznego jest w pierwszym odruchu zawsze bunt i niechęć do takiej pracy. A rodzaje tego buntu są różnorakie i trzeba wiedzieć jak pracować z podopiecznym, by ten bunt zniwelować. Podejrzewam też, że wielu jeźdźcom z nurtu skrajności drugiej słowo „namawianie” kojarzy się bardzo pejoratywnie - ze zmuszaniem poprzez presję fizyczną i psychiczną.

Konie same z siebie nigdy nie będą chciały podjąć wysiłku fizycznego większego niż ten, do którego przygotowała ich natura. Żeby stać się zwierzętami z atletyczną budowa ciała, muszą podjąć wysiłek fizyczny dużo większy niż by chciały. A atletyczne ciała muszą mieć po to, by nosić jeźdźca na grzbiecie ze swobodą, lekkością i bez dyskomfortu. I właśnie nie znajduję nurtu ze „złotego środka”, w którym empatyczną, bez-opresyjną pracę fizyczną i psychiczną z wierzchowcem łączy się z bardzo wymagającą pracą nad budową ciała końskiego sportowca. I tu spodziewam się oburzenia części czytelników, że wrzucam jeźdźców do „dwóch worków”. Dlatego od razu przyznaję, że jakaś część jeźdźców szuka możliwości połączenia empatycznej pacy (na zasadzie zrozumienia i porozumienia z podopiecznym) z pracą egzekwującą od wierzchowca podjęcie nienaturalnego dla nich wysiłku fizycznego. Te poszukiwania są jednak bardzo trudne, żmudne i wymagające intelektu i dużego nakładu pracy. Dlatego kandydatów do „trzeciego worka”jest niewielu. Trudno też działania garstki osób nazwać nurtem mającym szansę na przebicie się ponad dwie wcześniej wymienione skrajności.

Pomysł na napisanie tego postu pojawił się po przeczytaniu trzech artykułów. Pierwszy znalazłam na stronie fb Fundacji Rozwoju Jeździectwa. Jest to tekst o zmianie formuły konkursu trenerów podczas tegorocznej edycji imprezy edukacyjnej „Rozmawiając z koniem”. Oto jego fragment: „Każdy z trenerów, będzie musiał zaprezentować wykład i pokazać pracę ze swoim dorosłym, już wyszkolonym koniem, jak również przedstawić jak doszedł to takiego poziomu wyszkolenia od podstaw, prezentując swoje metody szkolenia z koniem młodym....Głównym kryterium oceny pracy, będzie wynik holtera - urządzenia wskazującego m.in. poziom stresu u konia, ocena sędziów oraz ocena publiczności”.

Drugi post to odpowiedź PZJ na „List otwarty do Polskiego Związku Jeździeckiego” z 25 marca 2022. Natomiast trzeci post to odpowiedź autorów Listu otwartego na odpowiedź PZJ. Zachęcam do przeczytania obu pism. Dla mnie odpowiedź PZJ nasycona jest niechęcią przed wprowadzeniem jakichkolwiek zmian w stworzony przez nich system odznak, kursów i zawodów. Przytoczyłam wcześniej fragment postu o konkursie trenerów western. Zmiany w ocenie pracy z koniem jakie promuje się w takich konkursach według mnie mają bardzo dobry kierunek. Są to zmiany, których władze PZJ nie wprowadzą. Dlaczego? Ponieważ dobro konia oceniają zupełnie innymi kategoriami - jak sami piszą w odpowiedzi na „List otwarty” ich osiągnięciem w poprawie dobrostanu wierzchowców na zawodach jest określenie minimalnych wymiarów boksów, rezygnacja ze stanowiskowego utrzymania koni, nakaz zapewnienia koniom dostępu do świeżej wody ( sic? ), kontrola dopingowa i nadzór komisarzy, których zadaniem jest kontrolowanie właściwego odnoszenia się do koni, jakości czworoboków konkursowych oraz treningowych, jak również sprawdzanie stanu rzędu i koni po treningach i konkursach. I to właśnie w takiej kolejności – najpierw sprawdzanie tego w co ubrany jest koń a potem dopiero sprawdzanie jego samego.

A może się mylę w ocenie działań PZJ dla dobra koni? Może to sprawdzanie stanu koni jest oceną poziomu stresu zwierzęcia po zawodach na przykład przy pomocy holtera? Może ktoś z was słyszał o konkursach trenerów w jeździectwie organizowanych przez PZJ, które zapewne wymusiłyby wzrost poziomu wiedzy u szkoleniowców? Może ktoś słyszał o konkursach, w których kryterium oceny nie byłoby tylko przejechanie na grzbiecie konia od literki do literki albo pokonanie kilku przeszkód? A może o konkursach, w których szkoleniowiec ujeżdżenia czy skoków musiałby zaprezentować wykład i pokazać pracę ze swoim dorosłym, już wyszkolonym koniem, jak również przedstawić, jak doszedł to takiego poziomu wyszkolenia od podstaw, prezentując swoje metody szkolenia z koniem młodym? Słyszeliście o konkursach, w których szkoleniowiec musiałby wykazać się i poddać ocenie, na przykład prowadząc trening swojego wieloletniego ucznia i ucznia, którego wcześniej nie znał? Słyszeliście o konkursach w klasycznym jeździectwie, w którym kryterium oceny byłby poziom stresu młodego konia po treningu z danym szkoleniowcem? W którym kryterium oceny byłby stopień umięśnienia, ustawienia, rozluźnienia i zrównoważenia ciała konia trenowanego przez danego szkoleniowca? Pytam, ponieważ taki konkurs byłby szansą na zaprezentowanie swojej pracy dla tej niewielkiej garstki jeźdźców i szkoleniowców z „trzeciego worka”.

Postaw mi kawę na buycoffee.to

Pod poprzednim moim postem ktoś mi zarzucił, że nie jeżdżąc na zawody nie poddaję się ocenie sędziów jeździeckich i w związku z tym nie wiem czy dobrze pracuję z koniem. Nie poddaję się ocenie sędziów jeździeckich z pełną świadomością, ponieważ ich kryteria oceny nie uwzględniają jakości przygotowania wierzchowca do pracy pod jeźdźcem. Oceniane jest tylko to, by koń nie zrzucił przeszkody i przejechał parkur w odpowiednim czasie. Ocenione jest tylko to, by koń „narysował” odpowiednią figurę geometryczną na czworoboku w każdym z chodów. Jeżeli znajdę konkurs dla szkoleniowców klasycznego jeździectwa, gdzie będzie można zaprezentować sposób pracy z koniem i jeźdźcem, opowiedzieć o procesie szkolenia zwierzęcia i jeźdźca od podstaw do etapu zaawansowanych treningów, to chętnie wezmę w nim udział. Jednak mój udział warunkowałaby odpowiedź na jedno pytanie – kto będzie sędziował w takim konkursie? Sędziowie wyszkoleni przez PZJ?

Wesprzyj mnie na Patronite:


Dziękuję

czwartek, 16 grudnia 2021

KOŃ I KLAUSTROFOBIA


Wspomniałam już zapewne tu i tam, że prowadzę kanał na tik toku. Informacje, które przekazuję w krótkich filmikach, prowokują do pisania komentarzy. Jak to zwykle bywa, jedne z nich są przychylne, inne nie. Zazwyczaj są jednak krótkie i zwięzłe. Czasami trafi się osoba, która koniecznie musi przedstawić w obszerny sposób swoje racje. Oczywiście szanuję poglądy i podejście innych osób do danego problemu – nawet, gdy różni się ono znacznie od mojego. Lubię jednak zadawać pytania odnośnie spornego podejścia, oczekując konkretnej odpowiedzi. Robię to nie po to, żeby przekonać rozmówcę. Mam nadzieję, że nasz komentarzowy dialog pobudzi inne osoby do rozmyślań. Po za tym, staje się on często dla mnie inspiracją do nagrywania kolejnych filmów, podcastów i pisania postów.

W jednym z moich filmów koń pracował na lonży na wypinaczu trójkątnym, przypiętym z jego zewnętrznej strony. Osoba komentująca zanegowała konieczność pracy na takiej pomocy. Ona nie używa żadnych patentów. Wyrzuciła też z wyposażenia ogłowie z wędzidłem i zamieniła je na halter (sznurkowy kantar) i cordeo (sznurkowa obroża na szyi konia). Naprawdę cieszę się, że jeźdźcy szukają takiego sposobu pracy z wierzchowcem, który będzie najmniej represyjny i przynoszący jak najmniej szkody zwierzęciu. Dobrze jednak byłoby, gdyby jeźdźcy szukając tych sposobów założyli, że najgorszym narzędziem podczas pracy wierzchem jest człowiek na grzbiecie tego delikatnego zwierzęcia. To człowiek trzyma w ręku wodze, wędzidło, halter, hackamore, cordeo itd. To od człowieka zależy, jak te narzędzia będą oddziaływać na pysk, nos, głowę i szyję wierzchowca. To człowiek obciąża jego grzbiet. Może obciążyć go boleśnie uciskając albo umiejętnie rozkładając na nim swój ciężar i stwarzając przestrzeń dla mięśni końskiego grzbietu. Przestrzeń potrzebną na pracę tych mięśni, rozluźnienie, budowanie sprężystości, kondycji i siły. To człowiek „zamyka” kłodę wierzchowca między nogami. Nogi jeźdźca mogą być dla podopiecznego kleszczami albo imadłem, a mogą być czułymi „ramionami” przytulającymi w geście zaopiekowania. Obojętnie jednak, którą wersją będą nogi jeźdźca to nieprzygotowany koń potraktuje je jak klaustrofobiczne zamknięcie. Potraktuje je również jak ograniczenie możliwości swobodnego poruszania się. Dłonie trzymające wodze (obojętnie jakiego kiełzna), ułożone przez jeźdźca blisko siebie, dopełniają poczucie klaustrofobicznego zamknięcia.

Uważam, że konia do pracy pod jeźdźcem trzeba przygotować jak najlepiej i najdokładniej podczas pracy z ziemi. Trzeba przy tej pracy wziąć pod uwagę właśnie fakt, że wierzchowce w „objęciach jeźdźca” cierpią na swego rodzaju klaustrofobię. Konie bardzo nie lubią ciasnych przestrzeni, kurczowego trzymania i siłowego ograniczenia swobody ruchu. Te obawy przed ciasnotą fundowaną przez jeźdźca powodują dwie skrajne i niepożądane reakcje zwierzęcia. Konie pod jeźdźcem albo uciekają do przodu (pędzą), mając nadzieje, że wyprzedzą pasażera i uwolnią się z ciasnoty. Albo zwalniają tempo i blokują w miarę możliwości wymuszenie jego przyspieszenia (wloką się i trzeba je pchać), mając nadzieję, że zostawią jeźdźca z przodu i schowają się za jego plecy. W ten sposób również uwolnią się od nieprzyjemnego klaustrofobicznego uczucia.

Można zrobić bardzo proste ćwiczenie ze swoim podopiecznym, które pozwoli stwierdzić, czy koń ma poczucie zbyt dużej ciasnoty, gdy wiezie jeźdźca. Wystarczy pochodzić z koniem, będąc na wysokości jego łopatek albo nawet środka kłody, gdy z drugiej strony, blisko jego ciała jest jakaś ściana albo druga osoba na tej samej pozycji względem konia co wy. Poćwiczcie równy rytm wspólnego energicznego marszu i biegu. Wspólne ruszanie do marszu i biegu oraz wspólne zwalnianie. Jeżeli wierzchowiec będzie bez oporu szedł i biegł dotrzymując wam tempa, bez prób wyprzedzania lub pozostania za wami, to znaczy, że nie towarzyszy mu poczucie strachu przed zamknięciem w „objęciach” jeźdźca. Jeżeli zwierzę nie umie utrzymać równego z waszym tempa chodów (ucieka do przodu albo zostaje w tyle lub wpada bokiem, przepychając człowieka), to nie został przygotowany właściwie do sytuacji, w której działają na jego ciało sygnały jeźdźca równocześnie z obu stron. Nie został do tego przygotowany podczas pracy z ziemi.

W jaki sposób młodego konia przygotować z ziemi do obustronnej obecności jeźdźca na grzbiecie? Właśnie, między innymi, dzięki wyżej opisanemu ćwiczeniu i najlepiej w wersji z dwoma osobami po obu stronach konia. (Tu trochę o chodzeniu z koniem) Nie zawsze jednak mamy możliwość poprosić kogoś o taką pomoc. Pracując samodzielnie możemy powadzić konia z jednej strony idąc na wysokości środka jego kłody z przełożoną ręką nad jego grzbietem. W przełożonej przez grzbiet ręce człowiek powinien trzymać ujeżdżeniowy bacik, imitując w ten sposób działanie zewnętrznej łydki. W obu rękach powinien jeździec trzymać wodze. Opcjonalnie baciki możemy mieć dwa – w obu dłoniach. Dzięki takiej pracy można przygotować wierzchowca nie tylko do obecności sygnałów z dwóch stron ciała jednocześnie. To świetny sposób na naukę prowadzenia konia na zewnętrznych pomocach. Jest jednak pewna trudność. Taka praca w stępie i kłusie nie powinna nastręczać zbyt dużego problemu, jednak na wspólny galop szanse są znikome. Uwierzcie mi także, że siły i kondycji na takie chodzenie i bieganie wystarczy na krótki czas i dystans. No i nie zawsze wzrost konia względem jeźdźca i jeźdźca względem konia pozwala na taką wspólną pracę. I tu z pomocą może przyjść przypięcie z zewnętrznej strony konia wypinacza trójkątnego. Wypinacz ma za zadanie imitować zewnętrzne pomoce jeźdźca. Lonża i bat są wówczas pomocami wewnętrznymi. Zadaniem wypinacza trójkątnego nie jest ściąganie głowy i szyi konia w dół. Ma pomóc pokazać zwierzęciu, że gdy człowiek na niego wsiądzie, będzie miał narzędzia do przekazywania informacji z dwóch stron jednocześnie. Działanie takiego trójkątnego wypinacza niczym się nie różni od działania ręki jeźdźca trzymającej wodze i wędzidło. Dodatkowo mój wypinacz trójkątny jest autorskim pomysłem skonstruowanym z gumy, by imitować elastyczną i pracującą rękę jeźdźca.


Postaw mi kawę na buycoffee.toWracając do mojej komentarzowej rozmówczyni krytykującej wypinacz trójkątny - zapytałam ją jak ona uczy swojego podopiecznego z ziemi prowadzenia na zewnętrznych pomocach. Odpowiedzi sprowadzały się do tego, że tych sygnałów uczy konia dopiero, gdy go dosiądzie. Nie rozumiała o co pytam albo nie znała odpowiedzi, przeszła więc do argumentów rodem z przedszkolnej piaskownicy. Podejrzewam jednak, że dopiero przy tej naszej wymianie komentarzy dowiedziała się, że konia powinno prowadzić się na zewnętrznych pomocach. Piszę o tym, ponieważ chcę poprosić, byście oglądając trzyminutowy filmik z podpowiedziami dotyczącymi pracy z koniem, nie brali tych informacji wybiórczo. Jeżeli traficie na mój tik tokowy filmik, poświęćcie trochę czasu na obejrzenie innych z mojego profilu. Dodajcie do tego lekturę moich postów. Dajcie sobie szansę na poznanie szerszego spektrum argumentów i wiedzy niż mogę zawrzeć w trzech filmowych minutach. Coś was zaciekawi, czegoś nie zrozumiecie to chętnie podpowiem pod jakim linkiem uzupełnić informacje. Chętnie podyskutuję i wysłucham merytorycznych argumentów. Negowanie czegoś przez oponenta tylko dlatego, że on „umie inaczej”, że on „robi inaczej”, że on „nie rozumie po co to”, jest dość niskich intelektualnych „lotów”. Nie kontynuuję takich dyskusji.

Inna z komentujących osób zasugerowała pracę na dwóch lonżach. Zgadam się, że jest to również sposób na przyzwyczajenie zwierzęcia do obecność sygnałów z dwóch stron jego ciała podczas pacy pod człowiekiem. Na dwóch lonżach jest jednak bardzo trudno pracować nieinwazyjnie i bez - siłowo. Jest trudno, ponieważ wystarczy, że koń zacznie zbyt mocno wypadać zewnętrzną łopatką lub zadem na zewnątrz i sam naprze wówczas na zewnętrzną lonżę, powodując jej siłowe działanie. Powodując siłowe działanie na wędzidło a tym samym swój pysk, głowę i szyję. Próbując zablokować wypadanie łopatki lub zadu konia na zewnątrz człowiek odruchowo może zacząć silnie działać napiętą już zbyt mocno lonżą. Niestety nie uzyska w ten sposób planowanego efektu. Nie wyegzekwuje powrotu łopatki czy zadu do ustawienia sprzed wypadania. Lonżujący dołoży tylko siłowy impuls do napiętej lonży i przyczyni się do nadmiernego i bolesnego przegięcia głowy i szyi konia w dół i w stronę jego piesi.

Muszę tu jednak wyraźnie zaznaczyć, że obecność trójkątnego wypinacza po zewnętrznej stronie konia podczas pracy z ziemi i na lonży ma pomóc w przyzwyczajeniu zwierzęcia do „zamknięcia” go z dwóch stron w „pomocach jeździeckich”. Wypinacz nie ma „mocy” działania. Osoba pracująca z wierzchowcem na lonży powinna posiąść umiejętność takiego przekazywania informacji poprzez lonżę, bat i głos, by pracujące zwierzę czuło, że poprzez te „pomoce” człowiek „rozmawia” z jego całym ciałem - z jego wewnętrznym i zewnętrznym bokiem równocześnie. Jak osiągnąć taki efekt pracy na lonży? To już temat być może na kolejny post. Zapraszam też do oglądania moich instruktażowych filmików. A przede wszystkim zapraszam na treningi.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...