niedziela, 26 czerwca 2022

"ZŁOTY ŚRODEK" W JEŹDZIECTWIE



Obserwuję zmagania różnych jeźdźców, próbujących dogadać się z koniem. W tych zmaganiach widzę skrajności a bardzo chciałabym odnaleźć jeźdźców, którzy zrozumieli, że najlepszym rozwiązaniem na pracę z wierzchowcem jest tak zwany „złoty środek”. O co mi chodzi? Jak już nie raz pisałam w swoich postach, zwierzę, na którego grzbiecie podróżujemy, powinno być sportowcem w pełnym tego słowa znaczeniu. Gdy usłyszycie, że jakiś człowiek jest sportowcem, to w wyobraźni widzicie ciało silne, sprężyste, giętkie, o nienagannej postawie i niezwykłej kondycji. Człowiek-sportowiec osiąga to wszystko przez lata cierpliwych, konsekwentnych i żmudnych treningów. Treningów, które są świadomie rozplanowane a stopień trudności wdrażanych ćwiczeń dawkowany stopniowo. Do tego człowiek pracuje nad atletyczną rozbudową swojego ciała w sposób, który przynosi mu satysfakcję i zadowolenie z przyjemnego zmęczenia. Człowiek przy tej pracy minimalizuje możliwość odczuwania nadmiernego bólu i dyskomfortu dzięki wykorzystaniu wiedzy i doświadczenia trenerów, lekarzy, fizjoterapeutów, masażystów i psychologów.

W takich samych kategoriach powinniśmy myśleć o ciele konia, który ma służyć człowiekowi jako partner i na którego plecach zdecydowaliśmy się wozić. Na dodatek zdecydowaliśmy się zaprząc go do pracy bez pytania go o zgodę. I nieważne, czy dosiadając wierzchowca człowiek jeździ na zawody, czy na rekreacyjne przejażdżki w tak zwany teren. Koń nie został stworzony do wożenia nas w jakikolwiek sposób. Nie został stworzony do wysiłku jakiego od niego człowiek oczekuje. Jednak, jeżeli już zmusiliśmy te zwierzęta do takiej posługi wobec nas, to jako rozumne istoty powinniśmy wziąć na siebie obowiązek świadomej pracy nad kondycją i fizycznością jego ciała. Powinniśmy wziąć odpowiedzialność za psychiczny komfort tych zwierząt podczas budowania sportowej kondycji ich ciała.

Śmiem twierdzić, że większość ludzi pracujących z końmi nie rozumie, jak powinno się budować kondycję i atletyczne ciało konia. I tu wracam do tych skrajności, o których wspomniałam na początku postu. Jedna skrajność to typowe zamordystyczne jeździectwo polegające na podejściu pod tytułem: koń to duże silne zwierzę i wszystko wytrzyma. W tej skrajności sposobem zajeżdżania konia jest zmuszenie go do przyjęcia siodła i jeźdźca, bez wcześniejszego fizycznego i psychicznego przygotowania. Sposobem zajeżdżania jest wymuszenie, by wierzchowiec, zmuszony traumatycznych okolicznościach do noszenia jeźdźca, woził go jak najszybciej w trzech chodach. Taki proces zajeżdżania trwa zazwyczaj około miesiąca. Po czym jeźdźcy na tak zajeżdżonych zwierzętach jeżdżą w tereny i na zawody. Wysiłek fizyczny, jakiego oczekują ci jeźdźcy od zwierzęcia, wymuszany jest presją fizyczną i psychiczną. Wymuszany jest zadawanym bólem i strachem. W skrajności numer jeden założeniem jest, że kondycja i rozbudowa mięśni w ciele wierzchowca zostanie nabudowana podczas właśnie takiego wysiłku. Jak można myśleć, że ciało zwierzęcia stanie się atletyczne po wywołaniu napięć i sztywności mięśni i stawów? Jak można myśleć, że fizyczny i psychiczny ból nie wywołuje tych napięć i sztywności? A jednak większość jeźdźców tak myśli albo.......po prostu w ogóle nie myślą.

Druga skrajność w pracy z koniem to nurt niwelujący jakąkolwiek presję fizyczna i psychiczną. Nurt nastawiony na zaprzyjaźnienie się z koniem, na zrozumienie i porozumienie. I w zasadzie należałoby tylko pochwalić takie podejście do zwierzęcia. Jak zwykle jest jednak pewne „ale”. Wierzchowce, znajdujące się pod opieką jeźdźców ze skrajności drugiej, chodzą wprawdzie za i pod swoimi opiekunami bez opresyjnych sygnałów, jednak słowo „chodzą” jest tu nad – ekspresyjnym określeniem ruchu tych zwierząt. Te wierzchowce lezą, powłóczą nogami i snują się po różnych torach przeszkód z frędzelkami, foliami i slalomami. I jeżeli ktoś nie ma zamiaru wsiadać na takiego konia, to nie mam zastrzeżeń do tej formy współpracy człowieka i jego podopiecznego. Jeżeli natomiast zwierzę ma nosić jeźdźca, to praca, przy której nie wymaga się od niego aktywności fizycznej, polegającej na nieustannym ale stopniowym i świadomym przekraczaniu granic możliwości fizycznych ciała, jest krzywdzeniem zwierzęcia. Dlaczego opiekunowie ze skrajności drugiej nie przekraczają tych granic? Ponieważ wymaga to wprowadzenia działań intensywnie namawiających podopiecznego do zwiększenia aktywności fizycznej. Reakcją koni na próby wyegzekwowania kolejnego stopnia wysiłku fizycznego jest w pierwszym odruchu zawsze bunt i niechęć do takiej pracy. A rodzaje tego buntu są różnorakie i trzeba wiedzieć jak pracować z podopiecznym, by ten bunt zniwelować. Podejrzewam też, że wielu jeźdźcom z nurtu skrajności drugiej słowo „namawianie” kojarzy się bardzo pejoratywnie - ze zmuszaniem poprzez presję fizyczną i psychiczną.

Konie same z siebie nigdy nie będą chciały podjąć wysiłku fizycznego większego niż ten, do którego przygotowała ich natura. Żeby stać się zwierzętami z atletyczną budowa ciała, muszą podjąć wysiłek fizyczny dużo większy niż by chciały. A atletyczne ciała muszą mieć po to, by nosić jeźdźca na grzbiecie ze swobodą, lekkością i bez dyskomfortu. I właśnie nie znajduję nurtu ze „złotego środka”, w którym empatyczną, bez-opresyjną pracę fizyczną i psychiczną z wierzchowcem łączy się z bardzo wymagającą pracą nad budową ciała końskiego sportowca. I tu spodziewam się oburzenia części czytelników, że wrzucam jeźdźców do „dwóch worków”. Dlatego od razu przyznaję, że jakaś część jeźdźców szuka możliwości połączenia empatycznej pacy (na zasadzie zrozumienia i porozumienia z podopiecznym) z pracą egzekwującą od wierzchowca podjęcie nienaturalnego dla nich wysiłku fizycznego. Te poszukiwania są jednak bardzo trudne, żmudne i wymagające intelektu i dużego nakładu pracy. Dlatego kandydatów do „trzeciego worka”jest niewielu. Trudno też działania garstki osób nazwać nurtem mającym szansę na przebicie się ponad dwie wcześniej wymienione skrajności.

Pomysł na napisanie tego postu pojawił się po przeczytaniu trzech artykułów. Pierwszy znalazłam na stronie fb Fundacji Rozwoju Jeździectwa. Jest to tekst o zmianie formuły konkursu trenerów podczas tegorocznej edycji imprezy edukacyjnej „Rozmawiając z koniem”. Oto jego fragment: „Każdy z trenerów, będzie musiał zaprezentować wykład i pokazać pracę ze swoim dorosłym, już wyszkolonym koniem, jak również przedstawić jak doszedł to takiego poziomu wyszkolenia od podstaw, prezentując swoje metody szkolenia z koniem młodym....Głównym kryterium oceny pracy, będzie wynik holtera - urządzenia wskazującego m.in. poziom stresu u konia, ocena sędziów oraz ocena publiczności”.

Drugi post to odpowiedź PZJ na „List otwarty do Polskiego Związku Jeździeckiego” z 25 marca 2022. Natomiast trzeci post to odpowiedź autorów Listu otwartego na odpowiedź PZJ. Zachęcam do przeczytania obu pism. Dla mnie odpowiedź PZJ nasycona jest niechęcią przed wprowadzeniem jakichkolwiek zmian w stworzony przez nich system odznak, kursów i zawodów. Przytoczyłam wcześniej fragment postu o konkursie trenerów western. Zmiany w ocenie pracy z koniem jakie promuje się w takich konkursach według mnie mają bardzo dobry kierunek. Są to zmiany, których władze PZJ nie wprowadzą. Dlaczego? Ponieważ dobro konia oceniają zupełnie innymi kategoriami - jak sami piszą w odpowiedzi na „List otwarty” ich osiągnięciem w poprawie dobrostanu wierzchowców na zawodach jest określenie minimalnych wymiarów boksów, rezygnacja ze stanowiskowego utrzymania koni, nakaz zapewnienia koniom dostępu do świeżej wody ( sic? ), kontrola dopingowa i nadzór komisarzy, których zadaniem jest kontrolowanie właściwego odnoszenia się do koni, jakości czworoboków konkursowych oraz treningowych, jak również sprawdzanie stanu rzędu i koni po treningach i konkursach. I to właśnie w takiej kolejności – najpierw sprawdzanie tego w co ubrany jest koń a potem dopiero sprawdzanie jego samego.

A może się mylę w ocenie działań PZJ dla dobra koni? Może to sprawdzanie stanu koni jest oceną poziomu stresu zwierzęcia po zawodach na przykład przy pomocy holtera? Może ktoś z was słyszał o konkursach trenerów w jeździectwie organizowanych przez PZJ, które zapewne wymusiłyby wzrost poziomu wiedzy u szkoleniowców? Może ktoś słyszał o konkursach, w których kryterium oceny nie byłoby tylko przejechanie na grzbiecie konia od literki do literki albo pokonanie kilku przeszkód? A może o konkursach, w których szkoleniowiec ujeżdżenia czy skoków musiałby zaprezentować wykład i pokazać pracę ze swoim dorosłym, już wyszkolonym koniem, jak również przedstawić, jak doszedł to takiego poziomu wyszkolenia od podstaw, prezentując swoje metody szkolenia z koniem młodym? Słyszeliście o konkursach, w których szkoleniowiec musiałby wykazać się i poddać ocenie, na przykład prowadząc trening swojego wieloletniego ucznia i ucznia, którego wcześniej nie znał? Słyszeliście o konkursach w klasycznym jeździectwie, w którym kryterium oceny byłby poziom stresu młodego konia po treningu z danym szkoleniowcem? W którym kryterium oceny byłby stopień umięśnienia, ustawienia, rozluźnienia i zrównoważenia ciała konia trenowanego przez danego szkoleniowca? Pytam, ponieważ taki konkurs byłby szansą na zaprezentowanie swojej pracy dla tej niewielkiej garstki jeźdźców i szkoleniowców z „trzeciego worka”.

Pod poprzednim moim postem ktoś mi zarzucił, że nie jeżdżąc na zawody nie poddaję się ocenie sędziów jeździeckich i w związku z tym nie wiem czy dobrze pracuję z koniem. Nie poddaję się ocenie sędziów jeździeckich z pełną świadomością, ponieważ ich kryteria oceny nie uwzględniają jakości przygotowania wierzchowca do pracy pod jeźdźcem. Oceniane jest tylko to, by koń nie zrzucił przeszkody i przejechał parkur w odpowiednim czasie. Ocenione jest tylko to, by koń „narysował” odpowiednią figurę geometryczną na czworoboku w każdym z chodów. Jeżeli znajdę konkurs dla szkoleniowców klasycznego jeździectwa, gdzie będzie można zaprezentować sposób pracy z koniem i jeźdźcem, opowiedzieć o procesie szkolenia zwierzęcia i jeźdźca od podstaw do etapu zaawansowanych treningów, to chętnie wezmę w nim udział. Jednak mój udział warunkowałaby odpowiedź na jedno pytanie – kto będzie sędziował w takim konkursie? Sędziowie wyszkoleni przez PZJ?




czwartek, 16 grudnia 2021

KOŃ I KLAUSTROFOBIA


Wspomniałam już zapewne tu i tam, że prowadzę kanał na tik toku. Informacje, które przekazuję w krótkich filmikach, prowokują do pisania komentarzy. Jak to zwykle bywa, jedne z nich są przychylne, inne nie. Zazwyczaj są jednak krótkie i zwięzłe. Czasami trafi się osoba, która koniecznie musi przedstawić w obszerny sposób swoje racje. Oczywiście szanuję poglądy i podejście innych osób do danego problemu – nawet, gdy różni się ono znacznie od mojego. Lubię jednak zadawać pytania odnośnie spornego podejścia, oczekując konkretnej odpowiedzi. Robię to nie po to, żeby przekonać rozmówcę. Mam nadzieję, że nasz komentarzowy dialog pobudzi inne osoby do rozmyślań. Po za tym, staje się on często dla mnie inspiracją do nagrywania kolejnych filmów, podcastów i pisania postów.

W jednym z moich filmów koń pracował na lonży na wypinaczu trójkątnym, przypiętym z jego zewnętrznej strony. Osoba komentująca zanegowała konieczność pracy na takiej pomocy. Ona nie używa żadnych patentów. Wyrzuciła też z wyposażenia ogłowie z wędzidłem i zamieniła je na halter (sznurkowy kantar) i cordeo (sznurkowa obroża na szyi konia). Naprawdę cieszę się, że jeźdźcy szukają takiego sposobu pracy z wierzchowcem, który będzie najmniej represyjny i przynoszący jak najmniej szkody zwierzęciu. Dobrze jednak byłoby, gdyby jeźdźcy szukając tych sposobów założyli, że najgorszym narzędziem podczas pracy wierzchem jest człowiek na grzbiecie tego delikatnego zwierzęcia. To człowiek trzyma w ręku wodze, wędzidło, halter, hackamore, cordeo itd. To od człowieka zależy, jak te narzędzia będą oddziaływać na pysk, nos, głowę i szyję wierzchowca. To człowiek obciąża jego grzbiet. Może obciążyć go boleśnie uciskając albo umiejętnie rozkładając na nim swój ciężar i stwarzając przestrzeń dla mięśni końskiego grzbietu. Przestrzeń potrzebną na pracę tych mięśni, rozluźnienie, budowanie sprężystości, kondycji i siły. To człowiek „zamyka” kłodę wierzchowca między nogami. Nogi jeźdźca mogą być dla podopiecznego kleszczami albo imadłem, a mogą być czułymi „ramionami” przytulającymi w geście zaopiekowania. Obojętnie jednak, którą wersją będą nogi jeźdźca to nieprzygotowany koń potraktuje je jak klaustrofobiczne zamknięcie. Potraktuje je również jak ograniczenie możliwości swobodnego poruszania się. Dłonie trzymające wodze (obojętnie jakiego kiełzna), ułożone przez jeźdźca blisko siebie, dopełniają poczucie klaustrofobicznego zamknięcia.

Uważam, że konia do pracy pod jeźdźcem trzeba przygotować jak najlepiej i najdokładniej podczas pracy z ziemi. Trzeba przy tej pracy wziąć pod uwagę właśnie fakt, że wierzchowce w „objęciach jeźdźca” cierpią na swego rodzaju klaustrofobię. Konie bardzo nie lubią ciasnych przestrzeni, kurczowego trzymania i siłowego ograniczenia swobody ruchu. Te obawy przed ciasnotą fundowaną przez jeźdźca powodują dwie skrajne i niepożądane reakcje zwierzęcia. Konie pod jeźdźcem albo uciekają do przodu (pędzą), mając nadzieje, że wyprzedzą pasażera i uwolnią się z ciasnoty. Albo zwalniają tempo i blokują w miarę możliwości wymuszenie jego przyspieszenia (wloką się i trzeba je pchać), mając nadzieję, że zostawią jeźdźca z przodu i schowają się za jego plecy. W ten sposób również uwolnią się od nieprzyjemnego klaustrofobicznego uczucia.

Można zrobić bardzo proste ćwiczenie ze swoim podopiecznym, które pozwoli stwierdzić, czy koń ma poczucie zbyt dużej ciasnoty, gdy wiezie jeźdźca. Wystarczy pochodzić z koniem, będąc na wysokości jego łopatek albo nawet środka kłody, gdy z drugiej strony, blisko jego ciała jest jakaś ściana albo druga osoba na tej samej pozycji względem konia co wy. Poćwiczcie równy rytm wspólnego energicznego marszu i biegu. Wspólne ruszanie do marszu i biegu oraz wspólne zwalnianie. Jeżeli wierzchowiec będzie bez oporu szedł i biegł dotrzymując wam tempa, bez prób wyprzedzania lub pozostania za wami, to znaczy, że nie towarzyszy mu poczucie strachu przed zamknięciem w „objęciach” jeźdźca. Jeżeli zwierzę nie umie utrzymać równego z waszym tempa chodów (ucieka do przodu albo zostaje w tyle lub wpada bokiem, przepychając człowieka), to nie został przygotowany właściwie do sytuacji, w której działają na jego ciało sygnały jeźdźca równocześnie z obu stron. Nie został do tego przygotowany podczas pracy z ziemi.

W jaki sposób młodego konia przygotować z ziemi do obustronnej obecności jeźdźca na grzbiecie? Właśnie, między innymi, dzięki wyżej opisanemu ćwiczeniu i najlepiej w wersji z dwoma osobami po obu stronach konia. (Tu trochę o chodzeniu z koniem) Nie zawsze jednak mamy możliwość poprosić kogoś o taką pomoc. Pracując samodzielnie możemy powadzić konia z jednej strony idąc na wysokości środka jego kłody z przełożoną ręką nad jego grzbietem. W przełożonej przez grzbiet ręce człowiek powinien trzymać ujeżdżeniowy bacik, imitując w ten sposób działanie zewnętrznej łydki. W obu rękach powinien jeździec trzymać wodze. Opcjonalnie baciki możemy mieć dwa – w obu dłoniach. Dzięki takiej pracy można przygotować wierzchowca nie tylko do obecności sygnałów z dwóch stron ciała jednocześnie. To świetny sposób na naukę prowadzenia konia na zewnętrznych pomocach. Jest jednak pewna trudność. Taka praca w stępie i kłusie nie powinna nastręczać zbyt dużego problemu, jednak na wspólny galop szanse są znikome. Uwierzcie mi także, że siły i kondycji na takie chodzenie i bieganie wystarczy na krótki czas i dystans. No i nie zawsze wzrost konia względem jeźdźca i jeźdźca względem konia pozwala na taką wspólną pracę. I tu z pomocą może przyjść przypięcie z zewnętrznej strony konia wypinacza trójkątnego. Wypinacz ma za zadanie imitować zewnętrzne pomoce jeźdźca. Lonża i bat są wówczas pomocami wewnętrznymi. Zadaniem wypinacza trójkątnego nie jest ściąganie głowy i szyi konia w dół. Ma pomóc pokazać zwierzęciu, że gdy człowiek na niego wsiądzie, będzie miał narzędzia do przekazywania informacji z dwóch stron jednocześnie. Działanie takiego trójkątnego wypinacza niczym się nie różni od działania ręki jeźdźca trzymającej wodze i wędzidło. Dodatkowo mój wypinacz trójkątny jest autorskim pomysłem skonstruowanym z gumy, by imitować elastyczną i pracującą rękę jeźdźca.

Wracając do mojej komentarzowej rozmówczyni krytykującej wypinacz trójkątny - zapytałam ją jak ona uczy swojego podopiecznego z ziemi prowadzenia na zewnętrznych pomocach. Odpowiedzi sprowadzały się do tego, że tych sygnałów uczy konia dopiero, gdy go dosiądzie. Nie rozumiała o co pytam albo nie znała odpowiedzi, przeszła więc do argumentów rodem z przedszkolnej piaskownicy. Podejrzewam jednak, że dopiero przy tej naszej wymianie komentarzy dowiedziała się, że konia powinno prowadzić się na zewnętrznych pomocach. Piszę o tym, ponieważ chcę poprosić, byście oglądając trzyminutowy filmik z podpowiedziami dotyczącymi pracy z koniem, nie brali tych informacji wybiórczo. Jeżeli traficie na mój tik tokowy filmik, poświęćcie trochę czasu na obejrzenie innych z mojego profilu. Dodajcie do tego lekturę moich postów. Dajcie sobie szansę na poznanie szerszego spektrum argumentów i wiedzy niż mogę zawrzeć w trzech filmowych minutach. Coś was zaciekawi, czegoś nie zrozumiecie to chętnie podpowiem pod jakim linkiem uzupełnić informacje. Chętnie podyskutuję i wysłucham merytorycznych argumentów. Negowanie czegoś przez oponenta tylko dlatego, że on „umie inaczej”, że on „robi inaczej”, że on „nie rozumie po co to”, jest dość niskich intelektualnych „lotów”. Nie kontynuuję takich dyskusji.

Inna z komentujących osób zasugerowała pracę na dwóch lonżach. Zgadam się, że jest to również sposób na przyzwyczajenie zwierzęcia do obecność sygnałów z dwóch stron jego ciała podczas pacy pod człowiekiem. Na dwóch lonżach jest jednak bardzo trudno pracować nieinwazyjnie i bez - siłowo. Jest trudno, ponieważ wystarczy, że koń zacznie zbyt mocno wypadać zewnętrzną łopatką lub zadem na zewnątrz i sam naprze wówczas na zewnętrzną lonżę, powodując jej siłowe działanie. Powodując siłowe działanie na wędzidło a tym samym swój pysk, głowę i szyję. Próbując zablokować wypadanie łopatki lub zadu konia na zewnątrz człowiek odruchowo może zacząć silnie działać napiętą już zbyt mocno lonżą. Niestety nie uzyska w ten sposób planowanego efektu. Nie wyegzekwuje powrotu łopatki czy zadu do ustawienia sprzed wypadania. Lonżujący dołoży tylko siłowy impuls do napiętej lonży i przyczyni się do nadmiernego i bolesnego przegięcia głowy i szyi konia w dół i w stronę jego piesi.

Muszę tu jednak wyraźnie zaznaczyć, że obecność trójkątnego wypinacza po zewnętrznej stronie konia podczas pracy z ziemi i na lonży ma pomóc w przyzwyczajeniu zwierzęcia do „zamknięcia” go z dwóch stron w „pomocach jeździeckich”. Wypinacz nie ma „mocy” działania. Osoba pracująca z wierzchowcem na lonży powinna posiąść umiejętność takiego przekazywania informacji poprzez lonżę, bat i głos, by pracujące zwierzę czuło, że poprzez te „pomoce” człowiek „rozmawia” z jego całym ciałem - z jego wewnętrznym i zewnętrznym bokiem równocześnie. Jak osiągnąć taki efekt pracy na lonży? To już temat być może na kolejny post. Zapraszam też do oglądania moich instruktażowych filmików. A przede wszystkim zapraszam na treningi.




sobota, 14 sierpnia 2021

ROZLUŹNIENIE KONIA



Jakiś czas temu jedna z czytelniczek moich blogów podesłała mi link do filmu, na którym jeździec tłumaczy, iż należy przy zatrzymywaniu konia ścisnąć go kolanami. Czytelniczka zapytała, czy to dobry pomysł?

Obejrzałam ten filmik. Konie to inteligentne zwierzęta – uczą się poprzez skojarzenia. Można więc nauczyć je, by zatrzymywały się na jakikolwiek sygnał. Mogą się zatrzymać na gwizd, klaśnięcie, ściśnięcie, uderzenie albo delikatną sugestię w postaci postawy ciała jeźdźca (bez napięć i ciśnięcia). To tylko kwestia umiejętności nauczenia konia reakcji na dany sygnał. Przy tym uczeniu podopiecznego należy jednak zwrócić uwagę na konsekwencje (głównie zdrowotne) używania takich a nie innych sygnałów. Na podesłanym filmiku jeździło kilku jeźdźców. Uciskali oni grzbiety wierzchowców biodrami przy zatrzymaniu, przy ruszaniu i podczas ruchu. Na taki nacisk napiętymi biodrami jeźdźca grzbiet wierzchowca odpowiada napięciami mięśni grzbietu i przegięciem kręgosłupa (https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2018/04/kregosup-konia-jego-postawa.html) Do tego dochodzi zaciskanie kolan podczas zatrzymywania. W odpowiedzi na takie działanie zwierzę napina mięśnie szyi i przy łopatkach. Zmniejsza to możliwości ruchowe kończyn przednich konia. Z czasem te napięcia stają się nawykiem w reakcji na pojawienie się jeźdźca na grzbiecie. A z biegiem lat napięcia nie odpuszczają nawet wówczas, gdy koń nie pracuje. Biorąc pod uwagę fakt, że kończyny piersiowe wierzchowca nie mają kostnego połączenia z resztą ciała (mają tylko mięśniowe połączenie), to takie spięcia mięśni zabierają zwierzęciu możliwość chodzenia ze swobodą, lekkością i bez uszczerbku na zdrowiu. https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2019/09/jak-to-jest-z-tym-zapieraniem-sie-w.html Generalnie obraz układu i ruchomości ciała konia nie rysuje się zbyt poprawnie przy pracy jeźdźca poprzez uciskanie, zaciskanie, przyciskanie itd.

Ściskanie kolanami blokuje też ruchomość kończyn jeźdźca. Uczy panowania nad końmi poprzez siłowe napięcia. Pojawia się też w filmiku sugestia napinania ramion i blokowania ruchu rąk podczas pracy z koniem. Wierzchowiec nie „czyta” wodzy – ich długości i stanu naciągnięcia. Długość i stan napięcia wodzy to czynniki mogące mechanicznie i siłowo ograniczać ruchowe możliwości szyi zwierzęcia albo ograniczać możliwości komunikowania się. I zwierzę to wie – nie ma co tu „czytać”. Koń odczytuje działanie rąk jeźdźca a wodze powinny być przekaźnikiem informacji – jak telefon. Jeżeli odczyta rozluźnienie, spokój, świadome panowanie i działanie nimi, to odpowie tym samym. „Czytając” napięcia koń odpowiada napięciami. Na napięcia ramion jeźdźca odpowie napięciem mięśni szyi. Odpowie strachem przed bólem jaki zada mu wędzidło, gdy „nadzieje się” na nie. A „nadzieje się” na pewno, ponieważ sztywno i siłowo zostało one przytrzymane napiętymi ramionami człowieka. Przy „huśtającej się” szyi konia w przód i tył podczas jego ruchu, jest to nieuniknione. Ten strach przed „sztywnym wędzidłem” może zostać wyrażony przez zwierzę rzucaniem i zadzieraniem głowy.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2021/01/bezsensowne-cwiczenia-wykonywane-przez.html tu przeczytacie o zaciskaniu kolan przez jeźdźca.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2019/09/jak-to-jest-z-tym-zapieraniem-sie-w.html tu o powiązaniu mięśni szyi z ruchomością łopatek i przednich nóg konia.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2019/07/wszystko-jest-w-gowie.html tu o napięciach ciała jeźdźca.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2019/04/zatrzymac-konia-i-miesnie-brzucha.html tu o pracy ciałem jeźdźca i o zatrzymaniu konia.

Nie dość, że jeździec nie powinien niczego ściskać i zaciskać, nie dość, że powinien panować nad swoim ciałem i zapobiegać odruchowym jego napięciom, to powinien także uczyć podopiecznego jak niwelować napięcia jego ciała. Nie da się zwierzęcia do tego namówić sygnałami siłowymi i blokującymi pracę mięśni i stawów.

Ponieważ pomagam opanować sztukę jeździecką głównie dzieciom, nie mogę podczas szkoleń operować poleceniami typu: „rozluźnij mięsień szyi konia”. Muszę szukać prostych i przejrzystych porównań działających na wyobraźnię. Tłumaczę więc, że konia trzeba przygotować do pracy i wysiłku. Od pierwszych jego kroków trzeba go „nastroić by dobrze grał” (chodził) – jak instrument. https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2015/02/pracuj-ydkami.html

Trzeba „skrócić ciało zwierzęcia” czyli rozciągnąć i uelastycznić mięśnie grzbietu podopiecznego. Należy namówić go do zaangażowania mięśni zadu do pracy i zapobiec próbom napinania mięśni łączących łopatkę z kośćmi szkieletu ciała. Rozluźnienie tych mięśni daje gwarancję, że wierzchowiec będzie przednimi kończynami stawiał kroki obszerne z dużą lekkością i swobodą. To rozluźnienie przyczyni się do zrównoważenia ciała zwierzęcia i do możliwości wyregulowania tempa i rytmu jego chodu. Koń pracujący z rozluźnionym mięśniami, które mają wpływ na ruch łopatek a tym samym kończyn piersiowych, nie będzie samowolnie się rozpędzał i nie będzie „wieszał się na wodzach”. Te mięśnie to:

Mięsień ramienno – głowowy, który prostuje staw barkowy i wysuwa przednią kończynę do przodu.

Mięsień dwugłowy ramienia, który prostuje staw barkowy (u konia posiada silne pasmo ścięgnowe)

Mięsień zębaty dobrzuszny szyi, który przyczepia się do wyrostków kolczystych kręgów szyjnych II- VII i kończy na przyśrodkowej, przedniej krawędzi łopatki. Jego skurcz pociąga łopatkę do przodu.

Mięsień zębaty dobrzuszny klatki piersiowej, który przyczepia się do powierzchni zębatej łopatki a kończy ośmioma zębami na kolejnych żebrach. Mięśnie zębate dobrzuszne zlewają się u konia w jeden praktycznie niepodzielny mięsień. Ich funkcja polega na pociąganiu barku do przodu z jednoczesnym ustawieniem panewki łopatki do góry i do przodu – odpowiada temu ruch kończyny piersiowej do przodu i do góry. (Źródło: https://heavydressage.wordpress.com/2016/02/18/kulawizna-konczyny-piersiowej-cz-1/)

Prowadząc trening z moimi podopiecznymi jeźdźcami (dotyczący kwestii omawianych w tym poście), tłumaczenie sposobu pracy z koniem zaczynam od wyobrażenia, że zwierzę składa się z dwóch niezależnych części – przodu i tyłu konia. Gdy uczący się jeździec zaczyna pracę w siodle, obie te części nie przylegają do siebie, tworząc sporą szczelinę dokładnie w miejscu ułożenia siodła. Od pierwszych kroków podopiecznego człowiek chcący podróżować na grzbiecie wierzchowca musi próbować zlikwidować tą szczelinę i namówić zwierzę, by przytuliło do siebie obie części swojego ciała. Koń nie będzie jednak w stanie odpowiedzieć pozytywnie na taką prośbę, jeżeli opiekun będzie rozmawiał tylko z jedną z tych części ciała. Jeżeli będzie próbował przytulić przód do tyłu albo tył do przodu ciała, to wielkość szczeliny pod nim pozostanie niezmieniona. Szczelina pozostanie a wierzchowiec odpowie zwolnieniem albo przyspieszeniem tempa. Przednia i tylna część ciała konia muszą zbliżyć się do siebie równocześnie – na zasadzie klaśnięcia – jak ciche klaśnięcie dłońmi. Taka praca z wierzchowcem, to nic innego tylko namawianie go do zaangażowania zadu do pracy, namawianie do odciążenia przodu ciała i wyprężenia grzbietu.

W teorii brzmi to prosto i kwestia sposobu pracy nad namówieniem podopiecznego do „skrócenia” ciała wydaje się oczywista. W praktyce wygląda to często tak, że jeździec próbuje jak najwięcej spraw z koniem załatwić przy pomocy wodzy i wędzidła. Nawet wówczas, gdy zna w teorii wyżej opisane zasady pracy. Często taka niemoc zapanowania nad chęcią działania wodzami (bez udziału innych pomocy) tworzy się po za świadomością jeźdźca. Jest odruchem, który powstaje zawsze przy pierwszych próbach jazdy wierzchem. W większości ośrodków szkoleniowych „pielęgnuje się” te odruchy. Niewielu szkoleniowców przykłada wagę do ich niwelowania – a to powinno być jedną z podstaw pracy szkoleniowej z adeptami sztuki jeździeckiej.

Jak więc „połączyć przednią i tylną część ciała konia”? Opowiadam moim podopiecznym jeźdźcom, że przód ciała wierzchowca to samochód bez zamontowanej kierownicy. By móc pojazd prowadzić trzeba kierownicę przytwierdzić do pojazdu - ale podczas jazdy. Żeby się to udało, auto nie może pędzić i uciekać – musi jechać wolnym, spokojnym i równym tempem i rytmem. Zadbać o to tempo powinno ciało jeźdźca, między innymi poprzez świadome regulowanie ruchu bioder i anglezowania. W tym samym czasie jeździec powinien namawiać „kierownicę”, czyli zadnią część ciała zwierzęcia, do „połączenia się” z przednią. Warunkiem osiągnięcia sukcesu jest przypilnowanie, by na pracujące łydki przód ciała konia nie odpowiedział przyspieszeniem tempa. „Montowanie kierownicy” powinno trwać tak długo, aż jeździec poczuje, że jego podopieczny zaczął reagować na bardzo delikatne „sygnały kierujące i ustawiające” jego ciało.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2016/08/gdzie-kon-ma-kierownice.html

Wyobrażenie szczeliny w ciele konia pomaga również w pracy nad rozluźnieniem mięśni szyi konia. Tym razem jednak niewielką szczelinę jeździec powinien wyobrazić sobie z boku szyi zwierzęcia – u jej nasady i tuż przy łopatce. Sugestie proszące o zniwelowanie tej szczeliny powinny docierać do wierzchowca z przodu i z tyłu naraz. Z tym, że wodza musi spełniać rolę wskaźnika. Tak, jakbyście wskaźnikiem pokazywali coś na mapie. Podczas, gdy wodza wskazuje: „tu jest „szczelina” (napięty mięsień)”, łydka wydaje polecenie: „zamknij szczelinę” (rozluźnij mięsień).

Pamiętajcie też, że sygnał wysyłany poprzez wodze czy łydki jest zadaniem dla konia, na które ma odpowiedzieć. Dajcie mu czas na odpowiedź. Sygnał jest jak pytanie - np: 2+2=..... Pozwólcie podopiecznemu odpowiedzieć na nie. Jeżeli tego nie zrobi, to powtórzcie pytanie, bo być może nie zrozumiał go lub nie zna odpowiedzi. Powtarzajcie pytanie z przerwą na odpowiedź tak długo, aż doczekacie się prawidłowej odpowiedzi. Nie próbujcie odpowiedzieć za konia – czyli siłowo zamknąć „szczeliny” za niego. W odpowiedzi zwierzę zacznie pracować nad poszerzeniem tej „szczeliny”. Nie powtarzajcie też tego pytania w sposób 2+2 2+2 2+2 2+2 2+2 itd, ponieważ zwierzę z powodu nieprzydzielonego mu czasu na odpowiedź nie zareaguje.


piątek, 11 czerwca 2021

O KOŃSKIEJ KULAWIŹNIE I LUDZKIEJ EMPATII



Czasami obserwuję jeźdźców podczas jazdy wierzchem i nie mogę się nadziwić, że nie czują tego, jak ich podopieczny utyka na tylną nogę. Może nigdy nie mieli okazji siedzieć na grzbiecie zwierzęcia, który stawia kroki równej długości i w równym rytmie, wszystkimi czterema kończynami? A może udają, że nie czują kulawizny podopiecznego? Zwrócenie uwagi na nierówny chód zwierzęcia rodzi konieczność zainteresowania się problemem. Szukanie przyczyny i źródła kulawizny zwierzęcia raczej nie mieści się w zakresie powszechnie przyjętego zaangażowania się w zapewnienie dobrostanu tych zwierząt. Jednak przyznanie się do wyczuwania nierówności w ruchu wierzchowca, zrodzi konieczność zaangażowania się w leczenie podopiecznego. Na pewno wszyscy jeźdźcy wiedzą, że czasami próba niwelowania kulawizny metodami weterynaryjnymi może nie przynieść efektów. Często te próby mogą być poprzedzone zaleceniem, by zrobić zwierzęciu dłuższą przerwę w pracy. A to dość „bolesna” dla jeźdźców okoliczność – mieć konia i nie móc na niego wsiadać.

Są też tacy jeźdźcy, którzy zdają sobie sprawę z kulawizny swojego wierzchowca. Pomimo tego zostawiają sytuację taką jaka jest i bez refleksji go dosiadają. Niektórzy z nich z góry zakładają, że koń tak ma, lub też skracanie kroku jedną z zadnich kończyn samo przejdzie, gdy zwierzę się rozrusza. Inni do takiego wniosku dochodzą dopiero po wyczerpaniu wszystkich (w ich mniemaniu) możliwości zlikwidowania kulawizny. Te wszystkie możliwości likwidacji problemu, jakie brane są pod uwagę, to wszelkie badania weterynaryjne oraz zastosowanie wszelkich możliwych leków i terapii. Oczywiście należy chwalić zapewnienie opieki leczniczej zwierzęciu znajdującemu się pod opieką człowieka. Niestety jeźdźcy nie zaliczają do możliwości zlikwidowania kulawizny zmiany sposobu pracy wierzchowca i z wierzchowcem. Do tych możliwości nie zaliczają znalezienia pierwotnej przyczyny powstania problemu z regularnością ruchu.

Z koniem notorycznie utykającym trzeba powrócić do podstaw pracy. Pod okiem świadomego szkoleniowca zwierzę powinno rozpocząć naukę od podstaw pracy z jeźdźcem i pod jeźdźcem. Podstaw uczących prawidłowego ustawienia ciała, zaangażowania zadu, rozluźnia mięśni i uelastycznienia pracy stawów. Jeźdźcom szkoda chyba jednak czasu na taką pracę. Mając konia w sile wieku nie chcą pracować z nim jak z młodym i niedoświadczonym zwierzęciem. Nie twierdzę, że jeźdźcy ze swoimi kulejącymi podopiecznymi nie próbują pogłębiać wiedzy jeździeckiej. Owszem, angażują instruktorów ale raczej takich, którzy poprowadzą trening tak, jakby uczący się jeździec dosiadał zdrowego i w pełni sprawnego konia.

Zastanawialiście się z czego jeźdźcy czerpią przyjemność w jeździectwie? Głównie z samego faktu wożenia się na grzbiecie konia. To tak, jakby jazda konna nie była sportem. A już na pewno nie sportem zespołowym. A przecież jeździec i koń to już zespół dwóch żywych istot. W innych dziedzinach sportu główną przyjemnością i radością sportowca jest rywalizacja, zdobywane sukcesy, dobre samopoczucie czy wygląd. Ale żeby to osiągnąć, warunkiem jest nieustanne doskonalenie pracy swojego ciała. Udoskonalania postawy ciała, sposobu poruszania się, sposobu rozluźnia mięśni i uelastyczniania ruchomości stawów. To wszystko doprowadza do właściwego nabudowania mięśni i kondycji. Gdy jest to sport w parze lub zespołowy, ważne jest dopasowanie, zgranie i równy, zdrowy rozwój fizyczny i psychiczny wszystkich członków „drużyny”. W tych dziedzinach sportu radością jest budowanie zespołu. Tworzenie i kształtowanie zrozumienia i porozumienia jego członków. Bez tego wszystkiego para czy drużyna nie osiągnie sukcesu. W jeździectwie niewielu czerpie radość z uczenia się i doskonalenia obu członków pary. W jeździectwie cieszy to, że się człowiek porusza kosztem innego żywego stworzenia, bez refleksji nad tym, czy to stworzenie również czerpie z tego przyjemność. Albo przynajmniej czy nie odczuwa przy tym dyskomfortu fizycznego i psychicznego.

Owszem, można z góry założyć, że koń wiozący jeźdźca lubi to. Można sobie tłumaczyć, że przecież koń tak chętnie idzie - bo pędzi. Przecież tak się cieszy z przejażdżki, że nie można go zatrzymać. Tak prze do przodu, że aż wiesza się na wodzach itp. i itd. Przełóżcie jednak takie zachowanie na człowieka (empatia) – czy człowiek biegnący dla przyjemności będzie z uporem rozpędzał się, jakby chciał przed czymś uciec? Czy człowiek biegnący dla przyjemności, cieszący się ruchem i nieuciekający, proszony o zatrzymanie się albo zwolnienie tempa, będzie się rozpędzał jak w ucieczce? Czy człowiek biegnący z przyjemnością i dla przyjemności musiałby być popychany i poganiany? Analogii można by namnożyć sporo.

Brak uwzględnienia potrzeb ciała i ducha zwierzęcia we wspólnej pracy nieuchronnie doprowadza do rozregulowania ruchu zwierzęcia, do powstawania kontuzji, zwyrodnień ciała i niekorzystnego nastawienia wierzchowca do wspólnej pracy z człowiekiem. W jeździectwie nie myśli się jednak o tym wszystkim – bo po co? Lepiej nie zauważać kulawizn, krzywizn i napięć albo założyć, że koń tak ma i cieszyć się tylko swoją przyjemnością bycia wożonym.

Jeżeli już jesteśmy przy temacie empatycznego podejścia do koni, to zastanówcie się proszę: czy rozumiecie się nawzajem z waszym podopiecznym? Często jeźdźcy cieszą się z bliskości i porozumienia z wierzchowcem. Przecież zwierzę rży radośnie nawet już na odgłos samochodu swojego opiekuna. Zawołany na padoku chętnie podchodzi do człowieka. Na zamkniętym terenie chodzi za swoim opiekunem. Wykonuje podstawowe polecenia podczas pracy na lonży i w siodle. Czy to jednak jest porozumienie? Czy to oznacza, że obie istoty w parze się rozumieją? Czy rozumiesz np. dlaczego koń podczas wykonywania tych podstawowych poleceń wiesza się na wodzach albo zadziera głowę „w chmury”? Czy tylko próbujesz zniwelować siłowo te zachowania? W grupach poradnictwa jeździeckiego nie widuje się pytań typu: jak zrozumieć, dlaczego koń wpada łopatką do środka? Jak znaleźć przyczynę tego stanu rzeczy? Nie. Pytania brzmią: co zrobić, żeby koń nie wpadał łopatką? Jeźdźcy nie chcą zrozumieć. Chcą znaleźć sposób i przepis na łatwe, szybkie i natychmiast skutkujące sygnały. Nawet nie chcą rozumieć dlaczego taki a nie inny sygnał powinni użyć – chcą się go nauczyć na pamięć. Gdyby to nie koń tylko człowiek obciążał twoje ręce swoim sygnałem albo chodził z przegięta głową w tył, nazwałbyś/nazwałabyś porozumieniem siłowe próby odgięcia jego głowy albo siłowe podtrzymywanie ciężaru jego ciała walącego się w przód? Nazwałbyś/nazwałabyś zrozumieniem i porozumieniem próby siłowego ustawiania pokrzywionego ciała człowieka? W pracy z końmi takie bezmyślne i siłowe „załatwianie wszelkich spraw z podopiecznym” nazywa się porozumieniem. Czy w takiej relacji człowieka z wierzchowcem „dochodzi do głosu” jego głupota czy hipokryzja?

Czy nazwałbyś/nazwałabyś porozumieniem, gdyby człowiek wyraźnie okazywał ból i próbował go unikać przy sygnałach przekazujących „prośbę” o zatrzymanie się albo zwolnienie tempa? Przy zaciąganych wodzach i wbijającym się boleśnie wędzidle wyraz otwartego pyska konia, ból widoczny w jego przerażonych oczach i rozpaczliwe rzucanie głową, dające nadzieję na uniknięcie bólu, nie dają się nie zauważyć. A jeźdźcy nie zauważają! Kiedyś już pisałam, że największą popularnością z moich postów cieszy się ten, który w tytule ma frazę „patenty jeździeckie”. Prawie zawsze jest na szczycie listy postów w statystykach bloga. Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy pewnego dnia znalazłam na szczycie listy post pod tytułem: „Samo-niesienie konia”. Gros jeźdźców nie zna tego pojęcia. Ktoś, gdzieś musiał usłyszeć to określenie, by wpisać je w wyszukiwarkę. Niby nic a bardzo cieszy mnie ten fakt. Odsyłam was w tym miejscu do postu o samo- niesieniu wierzchowca: Koń samo - niosący. Pracując z koniem, który sam się niesie, jeździec zyskuje możliwość zaprzestania działania wodzami jak hamulcem. Przy samo-niesieniu zwierzęcia, ciało i dosiad jeźdźca mogą przejąć funkcję przekaźnika sygnałów regulujących tempo i rytm marszu podopiecznego. Mogą przejąć funkcję przekaźnika próśb o zatrzymanie się konia. Mogą te funkcje przejąć od wodzy i wędzidła, ponieważ przy samo-niesieniu wierzchowca jeździec nie musi ciałem i biodrami pchać swojego rumaka. Przy prawidłowym dosiadzie i działaniu ciałem, podczas regulowania tempa chodu zwierzęcia, jeździec nie jest w stanie zadawać bólu. Hamującemu działaniu wodzy i wędzidła zawsze towarzyszy ból pyska i języka konia. Pomyślcie o tym, zrozumcie, przeanalizujcie i spróbujcie wprowadzić w życie. Wówczas będziecie mogli mówić o próbach zrozumienia podopiecznego i porozumiewania się z nim.




niedziela, 7 marca 2021

PO CO JEST WĘDZIDŁO?


Pod moim postem pod tytułem „Wodze i wędzidło” czytelniczka napisała komentarz: „Wiem, że post już parę lat ma ale tak czytam i coraz bardziej zaczynam się nad tym zastanawiać. Ostatnio znajoma, która nie jeździ konno, zadała mi pytanie: po co tak naprawdę wędzidło jest? Oczywiście zaczęłam coś tam mówić, coś o komunikacji, coś tam, coś tam, ale zaczęłam się zastanawiać - po co? Czy raczej - czy na pewno to jest tego warte, czy koń musi mieć coś w pysku? Czy nie wystarczy sam kontakt z jego głową do rozmowy? Na pewno wędzidło w dobrych rękach może być etycznym narzędziem do pracy, tylko coraz bardziej się zastanawiam czy aby na pewno to wszystko jest tego warte? Zanim ktoś nauczy się mieć dobry kontakt, nie zadawać bólu metalem w pysku, o ile w ogóle się nauczy, ponieważ w wielu miejscach przeganaszowanie to wzór prawidłowego kontaktu, no to trochę zajmie, stąd moje pytanie, czy dużo byśmy tracili w jeździectwie totalnie rezygnując z wędzideł? Nie dlatego, że to jest największe zło, ale chodzi o to czy procent osób dobrze go używających nie jest na tyle mały, że po prostu nie warto...? (Sama mam fatalny problem z kontaktem i najchętniej bym z wędzidła zrezygnowała, przynajmniej dopóki nie nauczę się stabilniej trzymać ręki...) Oglądanie pięknych przejazdów na cordeo czy kiełznach bezwędzidłowych jeszcze bardziej powoduje, że się zastanawiam, bo skoro to wszystko da się osiągnąć tak ,,nieinwazyjnie" to tak naprawdę, no właśnie ,,po co jest wędzidło?"

Dopiero w 2019 albo 2020 roku w regulaminie mistrzostw Polski w jeździe bez ogłowia znalazł się zapis, że na rozprężalni konie powinny pracować bez kiełzna. Wcześniej było dozwolone zakładanie ogłowia z wędzidłem i stosowanie wszelkich patentów. Tak więc, tuż przed wjazdem na czworobok czy parkur, koń miał zdejmowane ogłowie i zarzucane cordeo (przejazd czterominutowy) Przed tym wjazdem, przez 30 minut „rozprężany”, był na wypinaczach czy czarnej wodzy. https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2018/01/jezdzieckie-pogawedki-dzentelmensko.html Obecnie na rozprężalni, w czasie takich zawodów, króluje cordeo - ale w zaciszu swojej stajni prawdopodobnie nadal wędzidło, wypinacze i czarne wodze. Zwolennicy pracy bez wędzidła często pracują też na Hackamore. Przy siłowej pracy wodzami, kiełzno to miażdży i łamie koniom kości nosa.

Na zawodach western konie dają się prowadzić „jak po sznurku” na luźnych wodzach, ze zwisającą szyją i głową. Niestety, u wielu tych koni takie trzymanie głowy, to bardzo brutalnie wypracowany odruch. Takie konie przez wiele godzin stoją z przywiązanymi głowami do swojego ciała. Każda próba podniesienia głowy i szyi kończy się okropnym bólem. Trzymanie tak powiązanej i uwiązanej głowy również sprawia ból, no ale cóż..... potem tak pięknie ta opuszczona głowa wygląda podczas przejazdów. W codziennej pracy treningowej koniom „westernowym” również towarzyszy czarna wodza.

Mogłabym podać mnóstwo podobnych przykładów.

Piszę o tym nie po to, żeby generalizować czy „wrzucać do jednego worka” wszystkich jeźdźców danej dyscypliny czy stylu jeździeckiego. Piszę o tym, by uzmysłowić, że podziwiany końcowy efekt pracy z koniem, nie zawsze „mówi prawdę” o procesie szkolenia i metodach stosowanych dla uzyskania tego efektu. A metody takiego szkolenia są bardzo często i przeważnie bardzo inwazyjne.

Owszem, wędzidło może być narzędziem tortur w rękach jeźdźca. Tak jak piszesz, uczący się jeźdźcy są nieporadni w pracy wędzidłem. Ale dlaczego zastanawiasz się tylko nad wędzidłem? Czy pomyślałaś kiedyś o tym, ile wycierpi grzbiet konia, zanim uczący się jeździec nauczy się utrzymywać stabilnie i w równowadze swoje ciało. Pomyśl czasami nie tylko o pyskach ale i grzbietach szkółkowych koni, które po kilka godzin dziennie noszą takich uczących się jeźdźców. To nie tylko wędzidło jest „narzędziem tortur”. Człowiek na grzbiecie wierzchowca to główne i podstawowe narzędzie do zadawania bólu. Nie piszę tego wszystkiego w obronie wędzidła i cieszę się, że zastanawiasz się nad sensem używania go. Piszę to, ponieważ zastanawiam się, czy chęć człowieka do podróżowania na końskim grzbiecie jest warta tego, by zadawać mu ból i cierpienie. Ludzkość uważa, że jest warta. Piszę więc swoje posty i porady, żeby chociaż odrobinę zmniejszyć dyskomfort, chociaż nielicznych koni wierzchowych.

https://jezdzieckielementarz.wordpress.com/2018/12/21/prelekcja-o-koniach-i-jezdziectwie-dla-laikow-i-nie-tylko/

https://szalonaalewolna.pl/dlaczego-nie-jezdze-konno/

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2018/10/jeszcze-o-kusie-cwiczebnym.html

Po co jest wędzidło? Tak jak zasugerowałaś, służy ono do komunikacji. Powinno jednak być przekaźnikiem próśb i informacji na temat rozluźnienia. Wędzidło, wraz z wodzami, nie powinno być kierownicą ani hamulcem. Nie powinno być represyjnym narzędziem do obniżania głowy i szyi konia. Kiedy człowiek dosiada wierzchowca, odruchowo i podświadomie zwierzę obciąża ciężarem pasażera przód swojego ciała. Obciąża swoje przednie nogi, na których spoczywa już znaczna część ciężaru jego ciała. Żeby poradzić sobie z niesieniem tego ciężaru, zwierzęta te próbują przerzucić konieczność dźwigania swojego przeciążonego przodu na ręce jeźdźca. Opierają się więc na wędzidle mimo, że przynosi to ból w pysku. Gdy brakuje wędzidła, opierają się na nachrapniku mimo, że ten boleśnie uciska kości nosowe. Przy halterze znoszą ból wrzynającego się w skórę sznurka a przy cordeo muszą znieść wrzynanie i ucisk na krtań i przełyk. Zabranie zwierzęciu wszystkich tych podpórek nie spowoduje, że odciąży on przód swojego ciała obciążając tym samym zadnią część. Dźwiganie całości tego ciężaru przejmą mięśnie przodu ciała, napinając się do granic możliwości. Ciężar przejmą przednie kończyny, w których zwierzę podświadomie ograniczy ruchomość i sprężystość stawów. Żeby ulżyć kończynom piersiowym, napnie ono mięśnie szyi i użyje ich jako dźwigu, zadzierając jak najwyżej głowę. Przegnie przy tym plecy w dół, narażając je na ból i kontuzje. Ale nie wszystkie konie tak reagują na przeciążenie przodu ciała. Niektóre pozostawiają noszenie nadmiaru ciężaru swoim przednim nogom wspomaganym przegiętymi plecami, a głowę i szyję bezwiednie opuszczają w dół. Namówienie tak reagującego konia na podniesienie głowy i szyi, choćby nieznacznie w górę, graniczy z cudem.

Napięcia i ograniczenia ruchomości stawów kończyn przednich pojawiają się również wówczas, gdy koń próbuje przerzucić niesienie części ciężaru na ręce jeźdźca. Koń jednak nie rozluźnia tych spiętych mięśni i stawów po udanej próbie oddania do dźwigania części ciężaru. Koń nigdy sam z siebie nie rozluźni mięśni przodu ciała. To jeździec musi namówić do tego zwierzę, na którym podróżuje. Pojawia się pytanie po co go do tego namawiać? Otóż rozluźnione mięśnie to informacja dla podopiecznego, że odbieramy mu możliwość takiego sposobu dźwigania ciężaru. To przekaz, że odbieramy mu możliwość szukania podpór. To informacja, że chcemy namówić go do tego, by nadmiar ciężaru zalegającego z przodu ciała przerzucił na jego tył. I do przekazania tej informacji potrzebujemy środka przekazu. Moim zdaniem, wędzidło pozwala na przekazanie bardzo precyzyjnych i subtelnych informacji. Pozwala na dokładne wskazanie mięśnia w ciele, które koń powinien rozluźnić. Pozwala na dokładne wytłumaczenie, jak ten mięsień rozluźnić. Nie widzę jednak przeszkód, żeby takie informacje przekazywać przy pomocy ogłowia bezwędzidłowego. Chodzi jednak o to, że nachrapnik jest wygodniejszą podpórką dla konia niż wędzidło. Wydaje mi się, że trudniej namówić szczególnie młode zwierzę, do zaniechania prób opierania się na nachrapniku na rzecz pracy nad zrównoważeniem ciała. A muszę zaznaczyć, że jest to praca wymagająca od wierzchowca dużego wkładu wysiłku fizycznego i psychicznego. Nie widzę też żadnej szansy i możliwości na to, by można było poprzez cordeo i halter rozmawiać z podopiecznym na temat rozluźnienia mięśni przodu ciała.

Jednak „zabranie” zwierzęciu napiętych mięśni do podtrzymywania ciężaru musi być zgrane w czasie z pracą dosiadu i łydek nad przekazywaniem próśb o zaangażowanie zadu do aktywnej pracy i wyregulowanie tempa i rytmu chodu. Dopiero taka praca będzie pełną i szczegółową prośbą o równe i prawidłowe rozłożenie ciężaru na wszystkie cztery kończyny. Bez tej pracy, nawet, gdy uda się nam poprzez wodze namówić mięśnie do rozluźnienia, to ten stan potrwa tylko przez chwilę, po czym napięcia powrócą.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/06/podstawienie-zadu-konia-dzieki-pracy.html

Przy rozluźnionych i odciążonych już mięśniach przodu ciała, wędzidło i wodze powinny być przekaźnikiem informacji pomagających ustawić ciało konia. Podkreślam słowo „pomagających”. Poprzez dosiad i łydki wspomagane wodzami, jeździec powinien wskazywać zwierzęciu konieczność ustawienia ciała w taki sposób, by przednie i zadnie jego kończyny kroczyły tym samym torem a linia kręgosłupa pokrywała się z linią trasy, po której zwierzę maszeruje. Cordeo nie jest narzędziem, które pozwoli wspomóc dosiad i łydki w procesie ustawiania ciała zwierzęcia od czubka jego nosa po nasadę ogona.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/07/jak-podzielic-konia.html

Autorko pytania zacytowanego na początku postu, czytelniczko i czytelniku, doceń trud wkładany przez ze mnie w pisanie porad dla Ciebie i wesprzyj moją działalność blogowo – edukacyjną na Patronite. Wesprzyj budowę stajni, w której będę mogła pracować nad zrozumieniem specyfiki jeździectwa opartego na zrozumieniu i porozumieniu z wierzchowcem. Dziękuję. Pozdrawiam. Olga


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...