poniedziałek, 23 października 2017

KOŃ "NIEMECHANICZNY"


Jeszcze raz o podawaniu nóg przez wierzchowca.

Wielu jeźdźców boi się koni. Nawet wielu z tych, którzy deklarują, że się nie boją. Im bardziej ktoś szarpaniem, krzykiem i z użyciem siły „rozmawia” z koniem, im bardziej ktoś próbuje ograniczyć jego fizyczne swobody, tym bardziej się boi. Jeźdźcy przestają się bać tych zwierząt w momencie, gdy zaczynają się one zachowywać bardzo mechanicznie - jak automaty. Nawet , gdy człowiek musi z takim „automatycznym” koniem „rozmawiać” z udziałem sporej siły, to woli taki układ zamiast dialogu ze zwierzęciem, którego prawo do zabrania głosu nie zostało odebrane.

Jednym z najczęściej odwiedzanych moich postów jest ten dotyczący podawania kopyt przez wierzchowce. Okazuje się, że dogadanie się z wierzchowcem co do współpracy przy czyszczeniu kopyt sprawia wiele problemów. Dlaczego się tak dzieje? Ponieważ wiele koni nie podaje kopyt, tylko zostają im one poderwane siłą z ziemi i siłowo podniesione w górę. Potem są siłowo podtrzymywane w górze. Jeźdźcy muszą je tak trzymać przede wszystkim po to, żeby podopieczny nogi nie wyrwał, a po drugie człowiek podtrzymuje w ten sposób ciężar konia, który się na ręce opiekuna oparł. Koń, którego nogi podnoszone są na siłę, bardzo często „zastępuje” swoją podniesioną nogę człowiekiem. Skoro zwierzę nie może oprzeć ciężaru na jednej z nóg, opiera ją na człowieku, który trzyma tą nogę. I znowu nasuwa się pytanie, dlaczego? Ponieważ został tego nauczony, właśnie takim siłowym podejściem opiekuna do sprawy. A ponadto, nie zostało takie zwierzę nauczone utrzymywania równowagi na trzech nogach. Ale o tym już pisałam.

Wracam do tematu postu. Przy owym mechanicznym podejściu do pracy z wierzchowcami, czasami poddają się one owej „mechanicznej” współpracy, a czasami wręcz odwrotnie – zwierzęta zaczynają przysparzać wiele problemów. Trzymając się przykładu z podawaniem kopyt - konie zaczynają na przykład wyrywać nogi trzymane na siłę przez opiekuna. Z czasem zaczynają też tylnymi nogami się odkopywać, albo podkurczają i podciągają je tak mocno pod brzuch, że uniemożliwiają wyczyszczenie kopyt.

Wierzchowiec, któremu podnosi się nogi z użyciem siły, uczy się odwzajemniać tą siłę. Na początku robi to odruchowo, z czasem (i to dość szybko) orientuje się, że może wykorzystać tą siłę przeciw człowiekowi. Jeżeli człowiek podrywa z ziemi, podciąga na siłę w górę nogę konia i kurczowo ją trzyma, to zwierzę odruchowo zaczyna stawiać opór, a z czasem zaczyna walczyć i przeciwstawiać się sile opiekuna. Jeżeli człowiek napiera na konia, żeby przechylić jego ciężar, tak by odciążyć podnoszoną nogę, to koń odruchowo zaczyna coraz mocniej stawiać opór albo/i obciążać swoim ciężarem opiekuna. Cała „zabawa” człowieka i zwierzęcia w siłowanie się zaburza równowagę tego ostatniego i kiedy wierzchowiec czuje, że nie daje rady swobodnie stać, ratuje sytuację wyrywając nogi, podciągając tylne kończyny pod brzuch, uciekając lub napierając ciałem na opiekuna. A gdy czuje, że konflikt siłowy z jeźdźcem przybiera na sile, sięga po „broń” - czyli kopnięcia zadnimi kończynami.

Te odkopywanie się zwierzęcia, to przekaz dla opiekuna: „odczep się” (mówiąc delikatnie). Nie ma to jednak nic wspólnego z prawem do zabrania głosu przez wierzchowca, o którym pisałam wcześniej. To: „odczep się”, to jest gest rozpaczy konia, który nie radzi sobie z problemem jakim jest brak równowagi podczas stania na trzech nogach i równoczesnego siłowania się z opiekunem. Koń nie powinien w ten sposób „odzywać się” do człowieka ale to niestety wina człowieka, że tak „się odzywa”. Prawo głosu – prawo do kulturalnego i rzeczowego „dialogu” odebrano takiemu zwierzęciu na początkowym etapie nauki. Młode, uczące się konie nie rozumieją o co opiekunom chodzi – nie rozumieją, dlaczego podnosi im się nogi, boją się tego i boją się utraty równowagi. To te młode konie zadają mnóstwo pytań, do których mają prawo. Oczekują takich odpowiedzi, żeby zrozumieć, żeby się nie bać, żeby mieć czas na naukę, na kojarzenie i zrozumienie. Jakie to pytania? Kręcą się i drepczą w te i z powrotem pytając: „jak mam się ustawić, żeby nie utracić równowagi na trzech nogach”. Wyszarpują nogę pytając: „mogę odpocząć” albo mówią: „tracę równowagę”. Odchodzą od opiekuna łapiącego za nogę mówiąc: „boję się podać ci kopyto”. Napierają na opiekuna mówiąc: „zabieram ci twoją przestrzeń, bo się ciebie boję, może dasz mi spokój”. Nie bierzcie jednak „słów” jakie przypisuję koniom jako wykładni. Każdy wierzchowiec prowadzi rozmowę w nieco inny sposób, każdy zadaje swoje pytania.

Konie, z którymi się rozmawia, którym pozwala uczyć się stopniowo, uczyć przede wszystkim zachowywania równowagi na trzech nogach, będą z czasem same podawać nogi. Wierzchowce, którym pozwala się dojrzeć kondycyjnie do tego, by utrzymać nogę w górze przez dłuższy czas, nie będą walczyć ani się siłować i nie będą obciążać swoim ciężarem ręki człowieka, ale będą z opiekunem rozmawiać.

Wierzchowiec grzecznie podający nogi nie jest mechaniczny – nie zawsze stoi jak słup w miejscu ale za to, gdy nie ma żadnych przeszkód, poda nogi sam. Konie są inteligentne i spostrzegawcze. One wiedzą, zanim chwycisz kopytnik w rękę, że przyszedł czas na czyszczenie kopyt i że należy podać nogi opiekunowi. Czasami muszą znaleźć odpowiednią pozycję i równowagę, by wykonać to zadanie, dlatego przesuwają się. Czasami wolą podawać jedne nogi bardziej od drugich. Czasami potrzebują kilku sekund dla złapania równowagi, albo żeby rozluźnić mięśnie. Grzeczne konie „proszą”: „pozwól mi samodzielnie wykonać zadanie, ale daj mi czas na przygotowanie się”.

Często słyszę opinię, że konie to głupie zwierzęta. One nie są głupie, to ludzie chcą, żeby były głupie, żeby nie zadawały pytań, żeby można było nimi łatwiej rządzić, żeby wykonywały polecenia i już, żeby bez sprzeciwu reagowały na zadawany ból. Ja uważam, że to wielu ludziom brakuje bystrości, umiejętności obserwowania, chęci do odczytywania „mowy” tych zwierząt i cierpliwości do przekazywania wiedzy. Brakuje tego wszystkiego do tego, by uczyć i szkolić konie.






Pod tym linkiem: https://youtu.be/hDyt-SFsvUw znajdziecie filmik, który łączy cztery filmiki z postu. Dodane jest też nagranie z ćwiczeniem pozwalającym nauczyć konia, by sam podawał opiekunowi nogi.


sobota, 14 października 2017

"PRZEPUSZCZALNOŚĆ" U KONI


Mięśnie, które pracują w ciele człowieka, nie mogą być napięte. Napięcie mięśni wyklucza ich pracę. Owszem, człowiek jest w stanie pracować z napiętymi mięśniami, ale takie niepracujące mięśnie w pracującym ciele człowieka usztywniają go, blokują elastyczny i sprężysty ruch, blokują swobodę działania i spowalniają reakcje ciałem, odpowiadające na ruch współpracującego partnera. Pomyślcie o tańcu z partnerem – z napiętymi mięśniami, usztywniającymi wam ciało, nie będziecie w stanie zgrać ruchów ciała z partnerem i będziecie gubić rytm. Spięci i sztywni partnerzy w tańcu ruszają się z „gracją robota” i depczą sobie wzajemnie po stopach. Jazda konna – aktywna jazda konna jest jak taniec.

Jazda konna jest również sportem i jak w każdym sporcie mięśnie jeźdźca muszą być aktywne – czyli rozluźnione i dzięki temu pracujące. Każdy jeździec powinien to sobie uświadomić, zrozumieć co to oznacza i ciężko pracować nad nienapinaniem mięśni. Dlaczego zaczynam post pisząc tak oczywiste rzeczy? Ponieważ okazuje się, że nie są one takie oczywiste. Kiedy czytam różne artykuły na temat pracy jeźdźca na grzbiecie konia albo „podsłuchuję” rozmowy dotyczące owej pracy, to nieustannie napotykam stwierdzenie, że te czy owe mięśnie jeździec musi napiąć. Wspomina się tam również o rozluźnieniu jeźdźca, ale w znaczeniu ogólnym. Nie raz każdy z was usłyszał polecenie od instruktora: „rozluźnij się” - ale kto wie co to dokładnie oznacza? Równocześnie jeźdźcy dostają informację: „napnij pośladki”. Przecież jedno wyklucza drugie. Ciekawe w tym wszystkim jest to, że równie często, a może i częściej czytam i słyszę o konieczności rozluźniania konia. Czy rozumiecie co to oznacza? Dokładnie to, że należy namówić zwierzę do rozluźnienia wszystkich mięśni. Wszystko po to, żeby lepiej, wydajniej, bardziej sprężyście i elastycznie zwierzę pracowało. Dlaczego wielu z was - dlaczego jako jeźdźcy i instruktorzy uważacie, że konieczność rozluźnienia mięśni przy wspólnej pracy dotyczy wierzchowca, a człowieka już nie? Czyżby jeździec miał być tylko wożącym się na koniu, nieaktywnym fizycznie pasażerem? Czy może jednak powinien być aktywnym w swojej pracy sportowcem? Nawet jeżeli to jest tylko sport amatorski.

Jeżeli człowiek na końskim grzbiecie ma być sportowcem i aktywnie pracować, to z rozluźnionymi pośladkami, a nie napiętymi. Z rozluźnionymi udami, łydkami, ramionami, plecami, rękami. Przekazując informację waszemu podopiecznemu, w żadnej sytuacji nie są potrzebne napięte mięśnie ud, łydek, pośladków czy pleców. Do utrzymania się na grzbiecie wierzchowca nie jest potrzebne trzymanie się łydkami, kolanami, udami czy rękami. Każde przytrzymywanie się zwierzęcia albo siodła, przez zaciskanie jakiejś części ciała powoduje, że napinacie i usztywniacie mięśnie i stawy. Do tego, żeby koń się ruszał również nie są wam potrzebne zaciśnięte i pchające pośladki i krzyżowo – lędźwiowy odcinek pleców.

Równie często słyszę i czytam, że koń przejmuje zachowania jeźdźca. I to się zgadza. Jest on jak lustrzane odbicie swojego pasażera. Ale dotyczy to nie tylko odczuć takich jak strach – co najczęściej w przekazach się sugeruje. Dotyczy to przede wszystkim biomechaniki ciała. Jeździec napinając pośladki albo uda, usztywnia i blokuje ruch stawów biodrowych – koń wiozący takiego pasażera zrobi dokładnie to samo w ramach bycia owym lustrzanym odbiciem. Przy ściskających i przepychających łydkach, człowiek blokuje ruch stawu kolanowego – wierzchowiec zrobi dokładnie to samo. Przy siłujących się z koniem rękach, jeździec będzie napinał ramiona i plecy – koń również zrobi dokładnie to samo. Przykłady można by mnożyć.

Żeby więc koń mógł być rozluźniony – rozluźniony musi być też jeździec. Rozluźniony koń będzie wykazywał sporą chęć do niewymuszonego ruchu. Taką chęć u wierzchowca do ruchu (w dużym uproszczeniu) nazwano „przepuszczalnością” . Jak pomóc podopiecznemu stać się „przepuszczalnym”? Napięte mięśnie są jak ściśnięta gąbka. Ściskając gąbkę wyduszamy z niej powietrze. Pracujące mięśnie zachowują się jak owa gąbka - w momencie, gdy człowiek albo zwierzę powoli odpuszcza napinanie. Zwiększają one wówczas swoją objętość, rozciągają się i stają się dużo bardziej miękkie. Rozluźnione mięśnie „wypełniają szczelnie miejsce” „przewidziane” dla nich w ciele danego osobnika.

Rozluźniony koń stanie się więc jakby pełniejszym, jeździec musi „wygospodarować” dla niego przestrzeń między swoimi nogami i kroczem. Musi zrobić miejsce dla „rozrastających się” mięśni grzbietu i boków w kłodzie konia. Wyobraźcie sobie, podczas pracy w siodle, że wcale nie podróżujecie na grzbiecie dużego wierzchowca tylko stoicie na ziemi w rozkroku i na lekko ugiętych nogach. Ze swoich nóg i krocza tworzycie łuk, pod którym ma przejść kucyk szetlandzki. Będzie przepychał się miedzy waszymi dolnymi kończynami od waszego tylu do przodu. Konik jest puchaty, grubiutki i okrąglutki – swoim ciałem dokładnie i szczelnie wypełni przestrzeń między „filarami” i „sklepieniem” utworzonego przez was łuku. Rozluźniając mięśnie ud, wydłużając nogi, ale bez prostowania kolan, rozluźniając stawy biodrowe i pośladki, staracie się umożliwić zwierzęciu bezproblemowe przejście pod łukiem. Żeby konik wykazywał chęć do przejścia między waszymi nogami, nie może „obawiać się”, że zaciśnięcie nogi w czasie jego przejścia albo przydusicie go od góry i w związku z tym utknie on między „filarami” i pod „sklepieniem”. Ponieważ, jak już wspominałam, konik szczelnie wypełni przestrzeń między waszymi nogami podczas "przepychania się pod "łukiem", musicie mieć również bardzo stabilną postawę, żeby się nie przewrócić. Człowiek najbardziej stabilnie stoi w rozkroku z nogami lekko przekręconymi w biodrach w ten sposób, by kolana i stopy skierowane były do środka – do siebie.

Jakiś czas temu dałam się wciągnąć na chwilę w dyskusję na pewnym forum. Była to bardzo burzliwa dyskusja na temat siedzenia w siodle. Piszący tam jeźdźcy byli bardzo oburzeni moim twierdzeniem, że pozycja w siodle powinna bardziej przypominać stanie niż siedzenie. Jednocześnie przy okazji tej dyskusji pojawiło się stwierdzenie o konieczności rotacyjnego przekręcania, przez jeźdźca, nóg. Nikt z moich oponentów chyba jednak nie zdawał sobie spawy, że owe rotacyjne przekręcanie musi odbywać się w stawach biodrowych. Nikomu więc z nich nie przyszło do głowy, że siedzenie na siodle wyklucza możliwość owego rotacyjnego przekręcania. Przekonajcie się sami. Najpierw na stojąco, w rozkroku i z lekko ugiętymi kolanami, przekręćcie w stawie biodrowym nogi do wewnątrz. Spróbujcie zrobić potem to samo siedząc na krześle. Nogi dadzą się ustawić kolanami i stopami do siebie, ale bez zmiany pozycji kości udowych w stawach biodrowych.

Na koniec chciałam się „głośno” zastanowić, dlaczego twierdzenie o konieczności stania w strzemionach podczas pracy na koniu wywołuje tyle złych emocji? Myślę, że winne jest temu zbyt dosłowne wyobrażenie sobie owego stania przez niektórych czytelników. Widzą to jako siłowe zapieranie się nogami na dwóch „wahadłach”, które ciężko utrzymać w wybranym miejscu. Przypisują chyba również, temu twierdzeniu, konieczność zawieszenia swoich bioder nad siodłem. A to nie tak. Siedząc w siodle, człowiek zawsze ma trzy punkty podparcia – jedno pod pośladkami i dwa pod stopami. Różnica jest taka, że przy siedzeniu na siodle gros ciężaru człowieka oparte jest na siedzisku, a w strzemionach niewielki jego procent. Przy „staniu” w strzemionach, czyli przy tak zwanym aktywnym dosiadzie, jeździec przerzuca większość swojego ciężaru na strzemiona, pozostawiając niewielki jego procent na siedzisku siodła. I teraz: żeby przerzucenie ciężaru na strzemiona stało się wykonalne i możliwe, układ nóg w stosunku do reszty naszego ciała musi być taki, jak przy postawie stojącej naszego ciała, a nie siedzącej.

Ktoś może zapytać: po co zmieniać postawę siedzącą na stojącą? Przecież to koń pracuje i niesie człowieka. Chociażby po to, by nie musieć trzymać się łydkami, udami i kolanami siodła, by bez przytrzymywania się czegokolwiek w równowadze utrzymywać się na końskim grzbiecie. Po to, by móc stworzyć elastyczny łuk ze swoich nóg i krocza, pod którym koń będzie mógł bez przeszkód rozluźnić i rozciągnąć mięśnie swojej kłody i stać się „koniem przepuszczalnym”.



czwartek, 5 października 2017

WRZESIEŃ JUŻ ZA NAMI


 - Olga dziś w terenie...bajka po prostu. Siedziała na kolanach. Wchodziła na kontakt. Trzymałyśmy się za ręce praktycznie 3/4 terenu. A galooooop.....poezja. Klaczka kochana jest. Ogarnięta. Szła z zadu. Wiesz, to są momenty kiedy przekonuję się, że ta nasza robota to nie jest zabawa, że ma sens i przynosi efekty.
-  A napisałabyś jakie to było wrażenie, kiedy pierwszy raz klacz weszła na kontakt i złapała Cię za ręce?
-  Oczywiście. Choćby z dzisiejszego terenu. Była przez to elastyczna. Plastyczna. Taka....moja, pod kontrolą ale bez przemocy, zaciągania na twarzy...to piękne uczucie.

***


Powykrzywiane ciało konia podczas pracy ma ogromny wpływ na to, w jaki sposób swoje ciało ustawia jeździec siedząc w siodle. Ale tak samo jeździec wykrzywiający swoje ciało ma wpływ na to, w jaki sposób ustawia się koń podczas pracy. Cała „zabawa” polega na tym, żeby jeździec pracując nad wyprostowaniem swojego wierzchowca, stwarzał sobie tym samym dogodne warunki do poprawy swojej postawy. Równocześnie jeździec musi mieć świadomość niedoskonałości swojej postawy i powinien korygować je, dając w ten sposób szansę i 
możliwość swojemu podopiecznemu na prawidłowe wykonanie prośby o poprawienie ustawienia poszczególnych części swojego ciała.



To ciężka praca ale jak bardzo cieszą wypracowane efekty - takie, jak choćby samo - niosący i energiczny ruch podopiecznego.




Do pracy nad ustawieniem ciała konia niezbędne jest nauczenie zwierzęcia, by rozluźniał mięśnie i stawy w odpowiedzi na prośby i sygnały opiekuna. Pracę rozluźniającą bardzo często należy zacząć od oduczenia wierzchowca wożenia jeźdźca z napiętymi mięśniami szyi.
























Rozluźniona i wypuszczona w dół (stopniowo i powoli wypuszczona przez jeźdźca) głowa i szyja konia pozwoli zwierzęciu na rozluźnienie i rozciągnięcie mięśni grzbietu. Wszystko to razem umożliwia opiekunowi podjęcie rozmowy z podopiecznym przy pomocy ciała. Rozmowę na temat tempa i rytmu jego ruchu. Dzięki temu jeździec zaczyna się czuć bardzo wygodnie na grzbiecie wierzchowca, a fakt ten ułatwia człowiekowi kontrolowanie swojego dosiadu i poczynań w siodle


Jeździec dużo pracy musi włożyć w prawidłowe ułożenie nóg. Niestety bardzo trudno zapanować nad, "uciekającymi" do przodu łydkami.





A na dodatek jedna noga może układać się dużo lepiej niż druga.









***
Najwięcej naszej uwagi absorbuje najmłodszy podopieczny, który zdecydowanie przedkłada zabawę nad naukę.




Zmusza do wpadania na niekonwencjonalne pomysły.




Ale "chłopak" już całkiem dobrze pracuje na lonży. Kręci kształtne kółka, nie wyciąga na zewnątrz i nie wpada do środka.















Potrafi również całkiem energicznie maszerować. Nie pchany przez jeźdźca uczy się samo - niesienia.





niedziela, 1 października 2017

NIBY KOŃ A "ŻÓŁW"


Wielu jeźdźców jeździ na swoich wierzchowcach w przekonaniu, że im mocniej trzymają podopiecznych i im mocniej trzymają się podopiecznych, tym bardziej są bezpieczni. Przekonani są również o tym, że im mocniej trzymają konia za pysk, im mocniej trzymają „krzyżem” – czyli lędźwiowo-krzyżowym odcinkiem swoich pleców, im mocniej trzymają zaciśniętymi pośladkami i im mocniej trzymają zwierzę kolanami i łydkami, tym lepiej podopieczny posłucha poleceń i tym lepiej je wykona. Wielu jeźdźców i instruktorów jest również przekonanych, że im wolniejsze wypracują tempo ruchu podopiecznego, dzięki tym wszystkim trzymającym „pomocom”, tym lepiej. To przekonanie dotyczy głównie galopu – takiego przysłowiowego ”patataj”. Ale kłusa dotyczy to również - szczególnie ćwiczebnego. Przekonanie o konieczności wypracowania wolnego tempa bierze się pewnie z obserwacji przejazdów jeździeckich par z górnej półki zawodniczej. I jest to całkiem słuszne założenie i właściwa obserwacja, tylko wielu instruktorów i jeźdźców nie przykłada zbytniej uwagi do tego, żeby zaobserwować również ile energii, lekkości i zaangażowanej pracy kończyn jest w ruchu „patataj” konia na przykład z zawodów Grand Prix. Pisząc o tym wcale nie uważam, że każdy jeździec powinien dążyć do takiego poziomu wyszkolenia, ale powinien dążyć do tego, by ruch jego podopiecznego był ruchem szczęśliwego lekkoatlety, a nie ruchem robota. Ruch konia powinien mieć lekkość i sprężystość przypominającą radosne podskakiwanie szczęśliwego dziecka. Prawidłowy i energiczny ruch konia, z prawidłowo ustawionym ciałem, prawidłowo zrównoważonym, z rozluźnionymi mięśniami i stawami, jest niezbędny dla zachowania zdrowia zwierzęcia do ostatnich jego dni. Niestety mało który z jeźdźców myśli o końskiej starości, o tym jaka będzie jej jakość. Najważniejsze, że teraz nic podopiecznemu nie dolega - galopuje i skacze i chętnie chodzi w teren. Chętnie, bo przecież w terenie pędzi- gdyby nie był chętny to trzeba by pewnie go pchać. Jednak założenie, że zwierzęciu nic teraz nie dolega oparte na tym, że niczego człowiek nie zauważa, może być błędne. Niewielu jeźdźców „widzi” napięcia mięśni i stawów swoich wierzchowców, niewielu „widzi” krzywizny ciała, brak równowagi, a nawet kulawizny podopiecznego. A często, nawet gdy jeździec zauważy jakiś problem, to „uruchamia” argument: „mój koń tak ma”.Myślenie takie dominuje szczególnie wówczas, gdy podkucie podopiecznego i liczne wizyty lekarza weterynarii nie przyniosły oczekiwanej poprawy, i gdy jeździec nie ma wiedzy i innego pomysłu, by rozwiązać problem.

Tak bardzo mnie kusi, żeby wstawić filmiki obrazujące wam różnicę w ruchu „szczęśliwego konia lekkoatlety” i „konia robota”. Nikt jednak nie zgodzi się na to, by przedstawić jego zmagania z koniem jako negatywny przykład. Spróbujcie sami poszukać w internecie różne przejazdy i porównać ruch koni. Konie roboty wyglądają tak, jakby postawienie każdego kroku sprawiał im niewiarygodny wysiłek. Każdy ich krok jest pchnięty przez jeźdźca również z niemałym wysiłkiem. Konie takie szurają kopytami po podłożu, stawiają drobne kroki, często w galopie wpadają w czterotakt (czyli podkłusowują tylnymi nogami), a stawy ich zadnich kończyn prawie się nie zginają. Konie roboty są zazwyczaj też przeganaszowane i wiszą na wodzach. Takie pchane i trzymane konie sprawiają wrażenie „schowanych w sobie”, schowanych jak żółw w skorupie. Dlaczego ludziom odpowiada jazda na takich schowanych, trzymanych i sztywnych wierzchowcach? Bo na takich zwierzętach da się bez problemu wysiedzieć bez względu na to, jak się w siodle usiądzie. Dlatego stłamszenie, zduszenie i spłaszczenie ruchu konia leży w interesie wielu jeźdźców.

Na YouTube wstawiłam animację własnej produkcji na temat aktywnego dosiadu i sposobu anglezowania. Budzi ona spore emocje i prowokuje do nieprzychylnych wpisów. Odpowiedziała na nie pewna osoba, zacytuję: „Wszystkim ekspertom, którzy podważają ten ciekawy wykład proponuję usiąść na elektrycznego konia o wrażliwym krzyżu (a nie zajechanego Maciusia z rekreacji). W strzemionach, bez nich, na oklep, z siodłem jak wolicie. Zaciśnijcie pośladki, uda, kolanka i walnijcie parę razy konikowi po plecach. Parabola Waszego lotu w dół będzie bardzo imponująca”. Żeby tego doświadczyć nie jest nawet potrzebny „elektryczny” koń. Wystarczy taki, który idzie energicznie od zadu. Na wierzchowcu rozluźnionym i sprężystym, zaciskanie przez jeźdźca jakiejkolwiek części swojego ciała nie pomoże w wysiedzeniu na jego grzbiecie. A już na pewno przy trzymaniu się kolanami, łydkami, udami czy wodzami człowiek nie będzie w stanie przekazywać zwierzęciu jakichkolwiek informacji. Poza tym, każde napinanie przez jeźdźca któregokolwiek z mięśni po to, by wyegzekwować od podopiecznego wykonanie polecenia, blokuje i usztywnia konia. W pracy z koniem jeździec może całkowicie obyć się bez napinania mięśni – nawet pośladków. Jeżdżąc z napiętymi pośladkami, pchając nimi konia, jeździec porusza się na jego grzbiecie i w siodle jakby wycierał dno miski. Na koniu samo – niosącym, rozluźnionym, energicznym i pracującym od zadu, jeździec porusza się tak, jakby płynął i unosił się na fali. Żeby wierzchowiec mógł pracować tak, by człowiek za jego ruchem podążał "meniskiem wypukłym”, a nie „ wklęsłym”, trzeba pomóc mu „wyjść ze skorupy” (to a propos porównania do schowanego żółwia). Trzeba również chcieć na nowo nauczyć się siedzieć w siodle, nauczyć się aktywnie siedzieć przy nowym sprężystym niesieniu przez wierzchowca.

Jak zacząć pracować nad zmianą ruchu konia ze sztywnego na rozluźniony i samo – niosący? Sztywne i trzymane konie mają zazwyczaj przykurczoną szyję, jakby schowaną między łopatki. Przypomina to trochę sytuację, gdy człowiek podciągnie w górę ramiona i „szyja mu w nich znika”. Tyle tylko, że u człowieka wystarczy jak opuści on ramiona, by szyja „odzyskała swoją długość”. Wierzchowca trzeba poprosić, żeby wydłużył, wyprostował i wyciągnął szyję „spomiędzy łopatek”. Jak to zrobić? Niewiele da wypuszczenie wodzy tak, by zwisały. Na nic nie zda się praca z koniem bez owych wodzy. Koń musi wydłużyć szyję w ramach pomocy. Owszem, jeździec musi stopniowo wydłużać wodze i oddawać ręce do przodu, żeby dać zwierzęciu szansę na wykonanie polecenia, ale to pracujące łydki jeźdźca powinny wysyłać polecenie: „wydłuż szyję”.Inaczej mówiąc, powinny prosić: „wyciągnij „żółwiu” głowę ze skorupy. Taka wyciągnięta szyja powinna być „miękka” i rozluźniona. Samo jej wydłużanie to tylko część pracy – zachęcam do przeczytania postu pod tytułem: 
„Zginanie końskiej szyi.

Niedawno niewidoma zawodniczka z Polski, Joanna Mazur, zdobyła złoty medal w biegu na 1500 metrów podczas Mistrzostw Świata. Może ktoś z was oglądał? – wspaniałe osiągnięcie. Osoby niewidome biegną z partnerem. Łączy ich króciutka tasiemka przyczepiona do nadgarstków. To na co chcę zwrócić uwagę to moment przekroczenia mety. Partnerzy biegną równym rytmem i tempem ale to zawodniczka musi przekroczyć linię mety jako pierwsza. Musi wbiec na metę ułamek sekundy przed swoim partnerem.



Zgranie pracy partnerów w takiej parze jest imponujące. Taką zgraną parę musi też tworzyć jeździec ze swoim wierzchowcem. Ale to koń jest w tej parze „zawodnikiem”, a człowiek jego parterem. Musicie sobie wyobrazić, że każdy krok konia to moment przekraczania mety. I na tą metę koń musi „wpaść” pierwszy, a wy tuż tuż za nim. Wierzchowce jednak wcale nie są skore do bycia tym „partnerem z przodu”. Trzeba je do tego zachęcać i namawiać tak samo, jak do wydłużania szyi. Podkreślam - zachęcać i namawiać do przekroczenia mety, a nie popychać. Kluczową sprawą w namawianiu podopiecznego do minimalnego wyjścia do przodu jest postawa jeźdźca. Musi ona sugerować: ja zostaję lekko z tyłu, czekam aż ty pierwszy przekroczysz linię mety. I właśnie to bycie partnerem, który podąża za towarzyszem z minimalnym opóźnieniem, jest tym przysłowiowym podążaniem za ruchem konia. Nie jest nim zamaszyste wycieranie biodrami siodła czy grzbietu podopiecznego. Podążaniem za ruchem konia nie jest też bezmyślne pozwalanie jemu na wożenie człowieka jak i gdzie mu się podoba. Niestety, niejeden jeździec ma w siodle postawę przypominającą rzucanie się klatką piersiową na taśmę na linii mety, rzucanie się, by przerwać ją jako pierwszy.

Kto z was widział i zna sport zwany curling? Ten sport nasuwa mi kolejne porównanie. Zawodnicy mają za zadanie puścić ślizgiem na lodowym torze kamień, by dotarł do tarczy. Zawodnicy nadają temu kamieniowi kierunek i tempo i puszczają, by sam dotarł do celu. 



Tak powinien chodzić koń. Nie dosłownie oczywiście. Nie ma on ślizgać się na lodzie ale poproszony o ruch, poproszony o dane tempo i rytm w tym ruchu, powinien sunąć sam. Sunąć jak ten kamień na lodowym torze. Zawodnicy danej drużyny nie ingerując w ruch kamienia stwarzają mu tylko jak najdogodniejsze warunki, by mógł dotrzeć do celu. Takie same zadania powinny przyświecać pasażerowi na końskim grzbiecie, czyli stworzenie jak najdogodniejszych warunków do tego, by podopieczny mógł swobodnie i bez siłowej presji biec. A te dogodne warunki to prawidłowa postawa jeźdźca i konia, zrównoważenie ciała jeźdźca i konia, rozluźnienie mięśni oraz stawów jeźdźca i konia.

P.S. Nie jest łatwo przestawić się z jazdy na „koniu trzymanym” na jazdę na wierzchowcu, który sam się niesie, który swobodnie i sprężyście sunie. Taki koń, niczym nie trzymany, wydaje się być zwierzęciem bez kontroli. Takie uczucie towarzyszy jeźdźcowi w chwilach, gdy wierzchowiec po raz pierwszy czy drugi „rozbuja” energicznie swojego pasażera.

„Miałam problem żeby puścić biodra, ten ruch był szybki i to mnie przerażało, a znając Tygryska ja generalnie nie do końca mu ufam i wiem że może znienacka coś wykombinować. I myślę, że muszę mu zaufać, pozwolić żeby mnie " rozbujał ". Bo jak go pcham to mam pseudo uczucie, że mam go pod większą kontrolą...ale ten ruch od mojego pchania okazuje się sztywny tylko czasem rozluźniony, a dzisiaj to był super niosący się koń, i tylko ja nie mogę mu przeszkadzać.. ..muszę to sobie poukładać. Musze pozbyć się strachu bo strach to moja spina, która przekłada się na konia, kurczę wiem a nie potrafię nad tym zapanować”.

W późniejszych etapach pracy energiczny ruch zwierzęcia pomaga jeźdźcowi rozluźnić się i zaufać podopiecznemu.

„Ten ruch był taki....dał mi dużo radości i pewności – w sensie zaufania. Jakby klacz oddala mi się „od ręki”. Jeśli chodzi o ruch w galopie, to musiałam puścić mięśnie miednicy, żeby popłynąć z koniem”.

„Ruch, którym poruszał się wałaszek, kiedy wszedł na kontakt w żaden sposób nie wzbudzał mojego niepokoju, wręcz przeciwnie, poczułam się dzięki niemu pewniej w siodle, ustabilizował się mój dosiad. Czułam wtedy, jakbym rozmawiała z koniem ludzkim językiem, konkretna wymiana zdań, bez pytań w stylu: Weronika czy mogę przejść do stępa, a czy może mogę iść nie tą trasą, którą chcesz?....jest to uczucie porozumienia z koniem, pewności siebie, że koń mnie posłucha. Myślę, że na pewno trzeba się nauczyć jeździć na kontakcie, jednak ruch, którym poruszał się wtedy wałaszek był wygodny, inny niż zawsze, wystarczy się do niego przyzwyczaić, człowiek sam podąża "za koniem" na jego grzbiecie - myślę, że nie musiałam się tego ruchu uczyć”.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Bucikomania, wełna z owiec rasy mernos i wilki

Bucikomania, wełna z owiec rasy mernos i wilki
"...Pytanie teraz moje jest takie: ilu ludzi zabili i zranili myśliwi od czasów drugiej wojny światowej? Ile psów i kotów zastrzelili tylko i wyłącznie dla zabawy? Czy pokusił się ktoś o zrobienie takiego zestawienia? Nie znalazłam niczego takiego w necie. Wiem jednak jedno – mieszkam w środku lasu i nie boję się wilków. Boję się myśliwych i ich zbłąkanych kul, często wystrzelonych z broni po spożyciu dużej ilości alkoholu. Boję się mylenia przez myśliwych żubrów, koni i ludzi z dzikami..."