czwartek, 19 lutego 2026

MAM PROBLEM Z ZAKŁUSOWANIEM

 

Mam problem z zakłusowaniem, wiem, że trzeba to wyćwiczyć. Gdy zakłusuję, klacz przejedzie ze dwa metry i przechodzi do stępa, daję łydkę ale i tak przechodzi w wolniejszy chód. Gdy idzie za innym koniem to potrafię zakłusować, a gdy czołowa nie za bardzo. Gdy ostatnio miałam bacik to szła bez problemu. Co zrobić, żeby dobrze zakłusować i żeby nie przestawała kłusować?” (Pisownia cytatu oryginalna)

Kłopoty z namówieniem konia szkółkowego do ruchu w różnych chodach to częsty problem uczących się jeźdźców. Zwłaszcza wówczas, gdy taki jeździec zostaje sam na sam z podopiecznym. Problemy zaczynają się od tego, że konie podczas pracy pod szkolącymi się jeźdźcami chodzą jeden za drugim. Koń drugi, trzeci i każdy następny skupia się wówczas na zadzie towarzysza przed nim. Takie konie kłusują, bo kłusuje przed nimi inny koń. To samo dotyczy galopu. Konie chodzące jeden za drugim zawsze będą powielać ruch i zachowanie wierzchowca przed sobą, Będą je powielać bez względu na to, czy jeździec na ich grzbiecie będzie dawał jakikolwiek sygnały czy będzie tylko biernie siedział w siodle. Dodatkowo chodzą one najczęściej jedną i tą samą wydeptaną ścieżką wzdłuż płotu albo brzegu trawnika. Chodzenie koni w szkółce pod siodłem jest więc pamięciowe – kręcą się one jak na karuzeli. Konie takie popadają w rutynę snucia się za innym końskim zadem, więc instruktorzy mają często problem ze znalezieniem konia, który będzie szedł jako pierwszy. Dla takiego konia „wyciągniętego z karuzeli” i postawionego na czele „peletonu”, jako zachętę do ruchu instruktorzy najczęściej zalecają niestety użycie bata.

Nie mam nic przeciwko bacikom jeżeli używane są jako przedłużenie ręki jeźdźca czyli jako narzędzie do wskazywania miejsca na ciele konia, które wymaga korekty ustawienia lub rozluźnienia. Bacik może też być pomocą „wzmacniającą” działanie łydki jeźdźca – działając tuż za ową łydką. Słowo „wzmacniającą” wzięłam specjalnie w nawias, ponieważ działanie bacikiem nie ma być mocne i bolesne dla konia. Działanie bacikiem nadal powinno przypominać działanie wskaźnikiem. To wskazywanie ma mówić: „tu działa łydka, skup się na niej, spróbuj zrozumieć prośbę przesyłaną przez łydkę”. Bacik nie może być dla konia straszakiem. Koń nie powinien się ruszać dlatego, że ucieka przed bolesnym działaniem bata. Koń powinien się ruszać i pracować dlatego, że rozumie polecenie jeźdźca i zgadza się na współpracę. Absolutnie nie wolno karać konia bolesnymi uderzeniami. Dlaczego? Ponieważ koń nigdy nie jest nieposłuszny bez powodu. Jeżeli zwierzę odmawia współpracy to dlatego, że nie rozumie polecenia albo nie jest w stanie fizycznie i kondycyjnie go wykonać. Dobry instruktor i dobry jeździec znajdą przyczynę nieposłuszeństwa i skupią się na pracy nad rozwiązaniem problemu.

Co może dolegać odmawiającemu pracy koniowi szkółkowemu? Zmęczenie, zniechęcenie, ból pleców, nóg, mięśni, stawów. Jego zadnie nogi mogą nie kroczyć tym samym torem co przednie – inaczej mówiąc- ciało konia jest tak pokrzywione, że to uniemożliwia mu sprawne poruszanie się. Owszem, zmuszony do ruchu batem czy ostrogami koń szkółkowy będzie pracował ale zapłaci za to zdrowiem – stany zapalne mięśni i stawów spowodowane wiecznym ich napięciem i usztywnieniem. Opuchnięte kończyny, kulawizny, naderwane ścięgna.

Cóż więc zrobić, gdy w szkółce napotkacie taki problem? W zasadzie powinnam napisać: Poszukajcie innej szkółki jeździeckiej. Poszukajcie takiej, w której instruktorzy uczą świadomie jeździć. Uczą rozumieć konie i w zrozumiały dla nich sposób przekazywać prośby i polecenia.

W tym poście mogę tylko podpowiedzieć jakich błędów unikać. Przede wszystkim wielu uczących się jeźdźców trzyma wodze nieustannie zaciągnięte. Jeźdźcy albo się na nich podtrzymują, żeby utrzymać się w siodle albo trzymają konia, żeby nie szedł zbyt szybko. Przy próbie ruszenia konia, przyspieszenia czy zmiany chodu na wyższy, szkółkowi jeźdźcy jeszcze mocniej przyciągają do swojego ciała ręce z już i tak zaciągniętymi wodzami. Wielu jeźdźców wciska też napięte pośladki w siodło i ściska konia łydkami. A to wszystko blokuje koniowi możliwość ruchu.

Proponowałabym osobie szukającej odpowiedzi na zadane na początku pytanie, żeby zastanowiła się czy nie trzyma zbyt mocno zaciągniętych wodzy? Czy przy próbie anglezowania w kłusie nie podciąga się na wodzach? Jeżeli tak, to potrzebna jest praca na zrównoważeniem ciała jeźdźca w siodle. Jeżeli jeździec będzie siedział w siodle tak, że nie będzie musiał niczego się trzymać, to będzie miał szansę rozluźnić ramiona i oddać ręce i wodze do przodu. To zaś uwolni koński pysk od boleśnie zaciągniętego wędzidła.

Proponowałabym również pracować aktywnymi łydkami nad ruszaniem, przyśpieszaniem i przechodzeniem do wyższego chodu. Aktywne łydki to takie, które pracują impulsami - puknięciami, powtarzanym dotykiem, masowaniem boku kłody konia – wszystko zależy od tego jaką informację jeździec chce zwierzęciu przekazać i od reakcji zwierzęcia na polecenia. Łydki jeźdźca na pewno nie mogą ściskać boków konia przy namawianiu go do ruchu. Każdy siłowy ucisk prowokuje konia do napinania mięśni a to utrudnia a czasami nawet uniemożliwia zwierzęciu możliwość kłusowania czy galopowania. Z tego też powodu łydki jeźdźca nie mogą być również narzędziem do kurczowego trzymania się na grzbiecie konia.

Ważna jest również umiejętność delikatnego przysiadania w siodło podczas anglezowania. Jeżeli jeździec opada w siodło całym ciężarem, stwarza zwierzęciu bardzo niekomfortowe warunki do pracy. To tak, jakby człowiek biegł z plecakiem, który odbija się od jego pleców. Niestety większość jeźdźców anglezuje w ten sposób, że opuszczanie pośladków na siodło jest jednym wielkim bezwładnym klapnięciem. Na takie bolesne obijanie grzbietu konie bardzo często reagują tak, że odmawiają pracy w kłusie. Namawiam też do przyjmowania pozycji pół-siadu podczas galopowania na koniu. Ciało jeźdźca odbijające się jak piłka na grzbiecie konia podczas prób wysiedzenia w siodle galopu, ugruntowuje przekonanie zwierzęcia, że lepiej nie dać się zmusić do wykonania polecenia przejścia w wyższe chody.

Jeżeli szukacie więcej informacji, to zapraszam do czytania:

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/05/jak-rozmawiac-z-koniem.html

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2016/07/kon-samo-niosacy.html

http://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2016/06/rownowaga-jezdzca-najwazniejsze-jest.html





sobota, 14 lutego 2026

KOŃ "PROFESOR"

 

Dla wielu jeźdźców konie zaczynają być stare kiedy złe ich „użytkowanie” zaczyna zbierać żniwo w postaci kontuzji, chorób, kulawizny, sztywności ciała, braku sił do pracy, niemocy itd. Dlatego koniem starym jest już czasami dwunastoletni wierzchowiec. A prawda jest taka, że to właśnie koń - dwunastolatek powinien być u szczytu swoich fizycznych, sportowych i szkoleniowych możliwości. W internecie można znaleźć mnóstwo ogłoszeń typu: sprzedam dwunastoletniego konia po karierze sportowej. Widziałam kiedyś nawet ogłoszenie o sprzedaży siedmioletniego konia po karierze sportowej. Po karierze? Czyli tak wyeksploatowany, że nie daje już fizycznie rady podołać sportowym wymaganiom. Takie zniszczone konie oferowane są do sprzedaży jako: „koń profesor” dla młodego jeźdźca – dla juniora. I czego taki junior ma się nauczyć od „profesora”? „Klepać tyłek” na sztywnym i twardym grzbiecie zwierzęcia. Dźwigać na wodzach jego przeciążony przód ciała? Pchać z wielkim wysiłkiem schowanego za wędzidłem, sztywnego i złamanego w szyi wierzchowca? Albo szarpać się na wodzach z pędzącym i nie dającym się wstrzymać koniem? Wiele osób się teraz oburzy i zarzuci mi pisanie nieprawdy. Może trochę generalizuję, może lekko przesadzam ale jeżeli siedmio- czy dwunastoletni koń byłby świetnie wyszkolony, nie kontuzjowany fizycznie i psychicznie, to żaden sportowiec przy zdrowych zmysłach nie sprzedałby takiego „skarbu”, tylko święciłby tryumfy na zawodach.


Prawda jest taka, że każdy taki koń „profesor” po karierze sportowej powinien zostać od podstaw ponownie wyedukowany. Potrzebne mu jest kilkumiesięczny odpoczynek, a potem praca nad rozluźnieniem mięśni i stawów, nad zrównoważeniem i ustawieniem ciała. To ciężka praca ponieważ trzeba oduczyć konia starych i złych przyzwyczajeń w pracy, a w to miejsce uczyć i pracować tak, jak z młodym, zajeżdżanym koniem. Do każdego takiego konia trzeba też podejść indywidualnie – z jednym zwierzęciem praca przyniesie szybkie efekty dla innego może być już za późno na „naprawę” ciała i psychiki.


Jednak „starość” z powodu wieloletniej złej pracy pod jeźdźcem nie dotyczy tylko koni sportowych. Dotyczy często również koni rekreacyjnych. Ostatnio rozmawiałam na ten temat ze „stajenną” znajomą, której przyszła do głowy taka konkluzja: prawie całe jeździectwo polega na tym, że jeźdźcy dbają o konie, które nieustannie krzywdzą. Jeźdźcy leczą podopiecznych, fundują masaże, sesje fizjoterapeutyczne, kupują suplementy ale jeżdżą na tyle bezmyślnie i siłowo, że doprowadzają ich ciała do fizycznej ruiny. Jeźdźcy leczą te „ruiny”, zamiast przez całą swoją wspólną z koniem jeździecką przygodę, pracować na tyle świadomie, by nie rujnować ich delikatnego zdrowia.


Ludzie nie potrafią patrzeć na konia, jak na żywą istotę. Nawet ci, którzy deklarują miłość do swojego podopiecznego, widzą w nim sprzęt sportowy. Gdyby ich wierzchowiec nie był owym sprzętem, zauważaliby jego wady w postawie powstałe w wyniku złej pracy. Widzieliby obwisłe brzuchy, wklęśnięte grzbiety, brak mięśni, opuchnięte nogi. Czuliby jego ospałość w ruchu, czuliby kulenie, utykanie, nieregularność ruchu. Zastanowiliby się nad przyczyną wiszenia konia na wodzach, nad brakiem reakcji konia na niektóre sygnały. Z niektórymi jeźdźcami jest jeszcze gorzej, bo zauważają takie rzeczy ale mają wytłumaczenie: „ten koń tak już ma” i z „miłości” do tego konia zapewniają mu ruch. „Bo przecież konie kochają ruch. Nie ważne jaki, byle był ruch”. Nie ważne, że podczas tego ruchu wszystko konia boli. Nie ważne, że jakość tego ruchu zrobi z tych zwierząt „stare rupiecie” w wieku 12 lat. Ważne, że koń niesie zadowolonego z siebie jeźdźca. Zadowolonego, bo zapewnia zwierzęciu wikt, kowala, opiekę weterynaryjną, marchewki i nowiuśkie czapraczki. A, że nie zapewnia mu świadomego prowadzenia w sportowych zmaganiach, to nieważne. Koń to przecież duże, silne zwierzę i ma cztery nogi, więc ze wszystkim sobie poradzi. Poza tym co to za sport, jak on tylko „lajcikowo” jedzie w teren. Uwierzcie mi – dla konia nie ma czegoś takiego jak ”lajcikowo”. Dla konia każda godzina pracy z jeźdźcem, to fizyczny i psychiczny wysiłek.


Konie ze sporym bagażem lat ale nie zniszczone, nie stare fizycznie i psychicznie, powinny być najcenniejszymi z koni. Pracujące od początku w rozluźnieniu, równowadze i z prostym ciałem, pracujące z jeźdźcem na zasadzie porozumienia i wzajemnego zrozumienia, byłyby najlepszymi wierzchowcami dla jeźdźców zaczynających jeździecką przygodę. Takie cenne konie kończyłyby karierę sportową będąc bliżej 20 lat niż 10 i nie dlatego, że ich ciała są wyeksploatowane, a psychika zniszczona. Takie konie powinny być najcenniejsze – wówczas szkolenie nowych adeptów sztuki jeździeckiej byłoby świadome. Nikt, ani młody jeździec, ani trener młodych jeźdźców nie pozwoliliby sobie na zniszczenie tak cennego nabytku.


Najszybciej starzeją się chyba konie szkółkowe. Mimo, że wierzchowce mają swoich właścicieli, którymi zazwyczaj są właściciele danej stajni i szkółki, to są te zwierzęta trochę jakby bezpańskie. Nie chcę teraz nikomu zarzucać, że wierzchowce te są pozbawione pełnej opieki. Nie - zwierzęta te są karmione, pojone, czyszczone, mają zmienianą ściółkę, zapewnia im się opiekę weterynaryjną i obsługę kowala. (Chociaż bywają ośrodki, gdzie tego brakuje.) Jednak prawie nigdy nie mają zapewnionych warunków pracy, dostosowanych do możliwości fizycznych i psychicznych każdego z koni. Dostosowanych do kondycji każdego z osobna, a w zasadzie jej braku. Konie szkółkowe nie mają zapewnionego takiego szkolenia, by nie ucierpiało zdrowotnie ich ciało i psychika. Nie szkoli się też jeźdźców, którzy dosiadają owe wierzchowce, tak by zrozumieli ich potrzeby zdrowotne, fizyczne i psychiczne. Nie uczy się adeptów sztuki jeździeckiej pracy ukierunkowanej na porozumienie z koniem.


Jakie są realia koni szkółkowych? Oto przykład z forów dyskusyjnych:


-Hej koniarze przychodzę do Was z pytaniem, jak zachęcić do jazdy leniwego konia? Jeżdżę na takim małym leniuszku i nie wiem co mam zrobić, żeby bardziej mnie słuchał.


Porady:


-Wędka z marchewką.


-Ostrogi, bat i do przodu. A jeśli chodzi o konia szkółkowego, to możesz dać na tacę. Powodów lenistwa może być wiele, od zbyt małej ilości paszy energetycznej, po Twój brak umiejętności.

-U mnie działa długi bat


-Dokładnie. Czasami nawet nie trzeba go używać – ważne, że tylko jest.


-Nikt wyżej nie podał tego sposobu, więc spróbuj konia zaciekawić jazdą oraz wyczulić na pomoce, rób wolty, zatrzymania, wydłużenia, skrócenia, przejścia, wężyki, zmiany kierunków.


-pojedź w teren z drugim koniem co lubi szybkość, to go pociągnie za sobą.


Gdzie w tym wszystkim jest koń – żywe, czujące stworzenie? Szkółkowi jeźdźcy szukają porad na forach, w grupach i otrzymują informacje od innych - obecnych albo byłych szkółkowiczów. Nikomu z pytających ani odpowiadających na pytania nie przyjdzie do głowy zastanowić się nad kondycją takiego konia, nad jego ruchowymi możliwościami albo nad ich brakiem. Niewielu weźmie pod uwagę zmęczenie konia, zniechęcenie, rezygnacje, ból, dyskomfort podczas niesienia jeźdźca. Koń szkółkowy ma iść i już. Dlaczego? Bo tak uczą szkółkowi instruktorzy. Skąd jeździecki nowicjusz ma wiedzieć, że potrzebna byłaby refleksja i pochylenie się nad końską dolą i niedolą, skoro nikt ze szkoleniowców tego nie mówi? Skoro nikt nie mówi, że konia może boleć, że koń może być zmęczony, że może być kondycyjnie za słaby na dane ćwiczenie, że może być zbyt spięty, krzywy albo pracuje bez równowagi. Skoro nikt nie tłumaczy, że jazda konna to przede wszystkim praca z koniem nad niwelowaniem tych błędów i niedoskonałości w fizycznej pracy, a nie bierne wożenie tyłka w teren.


Wierzę jednak, że są ośrodki jeździeckie, gdzie właściciele dbają, by szkolenie jeźdźców było pełne zrozumienia i porozumienia. Trudno jednak pogodzić takie podejście do szkolenia z koniecznością zarobkowania i dogodzenia oczekiwaniom jeźdźców. A gdy uczniami są dzieci, to problemem jest jeszcze usatysfakcjonowanie ich rodziców i opiekunów. Jeszcze większy problem mają ambitni instruktorzy, którzy muszą równocześnie dogodzić właścicielom ośrodków jeździeckich, dla których miarą sukcesu są zarobione pieniądze, a nie jakość szkolenia jeźdźców w poszanowaniu dla koni.



piątek, 13 lutego 2026

JAK PRACOWAĆ ŁYDKAMI

 

Wydawałoby się, że „język” pozwalający na komunikowanie się z koniem jest bardzo prosty. Przynajmniej tak uczą w szkółkach jeździeckich. Słowa w tym języku przekazywane są w sposób „migowy”, poprzez ciało jeźdźca, łydki i ręce z wodzami. Te słowa to: rusz, przyspiesz, zatrzymaj się, zwolnij, zakręć. Adepci sztuki jeździeckie uczą się tych słów, po czym okazuje się, że co szkoła to inaczej każą te „słowa” wypowiadać”. Okazuje się również, że na te „słowa” w języku ludzko końskim, jeden koń zareaguje, a drugi nie. Skupmy się na przekazie dla konia poprzez łydki jeźdźca, ponieważ takich pytań, jak na zdjęciu pod spodem, zadaje bardzo wielu jeźdźców.



Instruktorzy uczą również, że reakcja konia na dawany łydkami sygnał powinna być jednoznaczna i oczywista – czyli koń powinien ruszyć albo przyspieszyć. Zupełnie tak, jak gdyby był to pojazd typu rower – nadepniesz na pedał, to rower ruszy. Mechanizm złożony z kół, z przekładni i prostego napędu. Tylko, że koń to nie mechanizm- tylko żywe ciało zbudowane dokładnie tak jak nasze : „z tej samej gliny”. Koń to bolesności, dyskomfort, niemoc, złe samopoczucie, strach, niewiedza, brak zrozumienia, zmęczenie, zniechęcenie, brak warunków fizycznych, złe przygotowanie, brak kondycji, kontuzje, defekty budowy ciała i jego krzywizny itd. i itp.

Zacznijmy od tego, że „język migowy” pozwalający na porozumienie z koniem nie jest wcale taki prosty. Jeździec, prosząc konia o ruszenie czy przyspieszenie, powinien dokładnie określić jak dany ruch (ćwiczenie) powinien być wykonany. Jeźdźcy muszą też zrozumieć, że brak reakcji konia na sygnał jeźdźca jest sygnałem zwrotnym, mówiącym: nie mogę wykonać tego polecenia z powodu... Ten powód musi jeździec umieć odczytać. Jeździec musi wiedzieć dokładnie co chce powiedzieć podopiecznemu i z jaką jego częścią ciała rozmawiają łydki jeźdźca. Mimo, że łydki obejmują boki kłody wierzchowca, to rozmawiają z zadnimi kończynami. Mam wrażenie, że nawet wielu instruktorów i trenerów nie ma o tym pojęcia. Dlaczego tak twierdzę? Ponieważ egzekwują od koni ruszanie i sam ruch, uciskając i pchając swoimi biodrami grzbiet konia. Czyli wysyłają zwierzęciu sygnał: pcham cię”. Jaka jest zazwyczaj odpowiedź wierzchowca? „No to mnie pchaj” i zwierzę często dodaje: to ja się zaprę, żebyś miał co pchać”. Dlaczego jeszcze uciskanie i pchanie napiętymi biodrami grzbietu konia to zły pomysł? Dlatego, że ciało jeźdźca, mięśnie jego brzucha, biodra i cała postawa powinny rozmawiać z podopiecznym na temat zwalniania tempa, ustalania rytmu i na temat zatrzymywania, a nie na temat inicjowania ruchu. Ciało jeźdźca, mięśnie brzucha, biodra i cała postawa powinny rozmawiać z koniem o tym wszystkim, o czym większość jeźdźców próbuje rozmawiać poprzez zadające ból wodze z wędzidłem.

Tym wywodem dochodzę do konkluzji, że jeździec nie powinien pchać konia biodrami. Nie powinien również pchać łydkami. Sygnał dawny przez jeźdźca łydkami nie powinien też przypominać włączania „pstryczka – elektryczka”, na zasadzie: tu docisnę to pojedzie. Łydki muszą przekazywać informacje, polecenia, prośby i warunki, w ramach których koń powinien wykonać polecenie.

Dlatego język „migowy” ludzko – koński jest i powinien być dużo bogatszy, niż uczą tego instruktorzy (znaczna większość). Te „słowa”, które wzbogacają słownictwo ludzko - końskie, tworzone są poprzez użycie pracujących łydek (nie cisnących) oraz poprzez współpracę i równoczesne użycie tych pracujących łydek, ciała jeźdźca i wodzy.

Zastanówcie się, o czym powinny informować łydki jeźdźca swojego podopiecznego? Mimo, że koń podpiera się czterema kończynami, to nadal pozostaje podobnym do człowieka, ponieważ, tak jak u nas, „niosące” i napędzające ruch muszą być kończyny „zagnieżdżone” w biodrach. Jeżeli więc jeździec chce, żeby koń prawidłowo ruszył, szedł i przyspieszał, musi mu wyraźnie wskazać, że ruch muszą zainicjować zadnie kończyny. Czyli już mamy na początek dwie informacje i prośby: rusz i zacznij ruch zadnią nogą. Do tego jeździec powinien od razu wyznaczyć łydkami granice ścieżki, po której jego podopieczny będzie podążał – czyli mówiąc prościej pracując łydkami musicie pokazać zwierzęciu czy ma ruszyć na wprost czy wejść od razu w zakręt. Łydki jeźdźca powinny również od razu poprosić o ruch energiczny i sprężysty. Są to informacje, które powinien umieć przekazać koniowi nawet początkujący jeździec. A uwierzcie mi, można tych informacji przekazać podopiecznemu znacznie więcej! Jak myślicie, czy poprzez ściśnięcie boków konia jesteście w stanie przekazać te wszystkie informacje? Czy wciśnięcie pięty między żebra wierzchowca będzie zbiorem tych wszystkich informacji? Czy wzmocnienie działania pięty poprzez założenie ostrogi uzupełni przekaz wysyłany zwierzęciu?

Szukając informacji na temat pracy z wierzchowcem, czy to w szkółkach, czy indywidualnie u instruktorów i trenerów, czy nawet szukając w Internecie, pytajcie o to, jakie informacje należy koniowi przekazać i w konfiguracji z jakimi innymi sygnałami, żeby przekaz był dla zwierzęcia zrozumiały.

Według mnie łydka jeźdźca, która ma do przekazania tyle informacji naraz, musi być serią dotknięć, puknięć i przyłożeń. I to bardzo zróżnicowanych pod względem ekspresji, delikatności, wzmocnień. To zróżnicowanie natomiast powinno być zależne od reakcji zwierzęcia na sygnał, albo od braku odpowiedzi na niego i przyczyn tego braku. Powinno być również zależne od poziomu wyszkolenia konia i jego predyspozycji oraz kondycji.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...