piątek, 11 czerwca 2021

O KOŃSKIEJ KULAWIŹNIE I LUDZKIEJ EMPATII



Czasami obserwuję jeźdźców podczas jazdy wierzchem i nie mogę się nadziwić, że nie czują tego, jak ich podopieczny utyka na tylną nogę. Może nigdy nie mieli okazji siedzieć na grzbiecie zwierzęcia, który stawia kroki równej długości i w równym rytmie, wszystkimi czterema kończynami? A może udają, że nie czują kulawizny podopiecznego? Zwrócenie uwagi na nierówny chód zwierzęcia rodzi konieczność zainteresowania się problemem. Szukanie przyczyny i źródła kulawizny zwierzęcia raczej nie mieści się w zakresie powszechnie przyjętego zaangażowania się w zapewnienie dobrostanu tych zwierząt. Jednak przyznanie się do wyczuwania nierówności w ruchu wierzchowca, zrodzi konieczność zaangażowania się w leczenie podopiecznego. Na pewno wszyscy jeźdźcy wiedzą, że czasami próba niwelowania kulawizny metodami weterynaryjnymi może nie przynieść efektów. Często te próby mogą być poprzedzone zaleceniem, by zrobić zwierzęciu dłuższą przerwę w pracy. A to dość „bolesna” dla jeźdźców okoliczność – mieć konia i nie móc na niego wsiadać.

Są też tacy jeźdźcy, którzy zdają sobie sprawę z kulawizny swojego wierzchowca. Pomimo tego zostawiają sytuację taką jaka jest i bez refleksji go dosiadają. Niektórzy z nich z góry zakładają, że koń tak ma, lub też skracanie kroku jedną z zadnich kończyn samo przejdzie, gdy zwierzę się rozrusza. Inni do takiego wniosku dochodzą dopiero po wyczerpaniu wszystkich (w ich mniemaniu) możliwości zlikwidowania kulawizny. Te wszystkie możliwości likwidacji problemu, jakie brane są pod uwagę, to wszelkie badania weterynaryjne oraz zastosowanie wszelkich możliwych leków i terapii. Oczywiście należy chwalić zapewnienie opieki leczniczej zwierzęciu znajdującemu się pod opieką człowieka. Niestety jeźdźcy nie zaliczają do możliwości zlikwidowania kulawizny zmiany sposobu pracy wierzchowca i z wierzchowcem. Do tych możliwości nie zaliczają znalezienia pierwotnej przyczyny powstania problemu z regularnością ruchu.

Z koniem notorycznie utykającym trzeba powrócić do podstaw pracy. Pod okiem świadomego szkoleniowca zwierzę powinno rozpocząć naukę od podstaw pracy z jeźdźcem i pod jeźdźcem. Podstaw uczących prawidłowego ustawienia ciała, zaangażowania zadu, rozluźnia mięśni i uelastycznienia pracy stawów. Jeźdźcom szkoda chyba jednak czasu na taką pracę. Mając konia w sile wieku nie chcą pracować z nim jak z młodym i niedoświadczonym zwierzęciem. Nie twierdzę, że jeźdźcy ze swoimi kulejącymi podopiecznymi nie próbują pogłębiać wiedzy jeździeckiej. Owszem, angażują instruktorów ale raczej takich, którzy poprowadzą trening tak, jakby uczący się jeździec dosiadał zdrowego i w pełni sprawnego konia.

Zastanawialiście się z czego jeźdźcy czerpią przyjemność w jeździectwie? Głównie z samego faktu wożenia się na grzbiecie konia. To tak, jakby jazda konna nie była sportem. A już na pewno nie sportem zespołowym. A przecież jeździec i koń to już zespół dwóch żywych istot. W innych dziedzinach sportu główną przyjemnością i radością sportowca jest rywalizacja, zdobywane sukcesy, dobre samopoczucie czy wygląd. Ale żeby to osiągnąć, warunkiem jest nieustanne doskonalenie pracy swojego ciała. Udoskonalania postawy ciała, sposobu poruszania się, sposobu rozluźnia mięśni i uelastyczniania ruchomości stawów. To wszystko doprowadza do właściwego nabudowania mięśni i kondycji. Gdy jest to sport w parze lub zespołowy, ważne jest dopasowanie, zgranie i równy, zdrowy rozwój fizyczny i psychiczny wszystkich członków „drużyny”. W tych dziedzinach sportu radością jest budowanie zespołu. Tworzenie i kształtowanie zrozumienia i porozumienia jego członków. Bez tego wszystkiego para czy drużyna nie osiągnie sukcesu. W jeździectwie niewielu czerpie radość z uczenia się i doskonalenia obu członków pary. W jeździectwie cieszy to, że się człowiek porusza kosztem innego żywego stworzenia, bez refleksji nad tym, czy to stworzenie również czerpie z tego przyjemność. Albo przynajmniej czy nie odczuwa przy tym dyskomfortu fizycznego i psychicznego.

Owszem, można z góry założyć, że koń wiozący jeźdźca lubi to. Można sobie tłumaczyć, że przecież koń tak chętnie idzie - bo pędzi. Przecież tak się cieszy z przejażdżki, że nie można go zatrzymać. Tak prze do przodu, że aż wiesza się na wodzach itp. i itd. Przełóżcie jednak takie zachowanie na człowieka (empatia) – czy człowiek biegnący dla przyjemności będzie z uporem rozpędzał się, jakby chciał przed czymś uciec? Czy człowiek biegnący dla przyjemności, cieszący się ruchem i nieuciekający, proszony o zatrzymanie się albo zwolnienie tempa, będzie się rozpędzał jak w ucieczce? Czy człowiek biegnący z przyjemnością i dla przyjemności musiałby być popychany i poganiany? Analogii można by namnożyć sporo.

Brak uwzględnienia potrzeb ciała i ducha zwierzęcia we wspólnej pracy nieuchronnie doprowadza do rozregulowania ruchu zwierzęcia, do powstawania kontuzji, zwyrodnień ciała i niekorzystnego nastawienia wierzchowca do wspólnej pracy z człowiekiem. W jeździectwie nie myśli się jednak o tym wszystkim – bo po co? Lepiej nie zauważać kulawizn, krzywizn i napięć albo założyć, że koń tak ma i cieszyć się tylko swoją przyjemnością bycia wożonym.

Jeżeli już jesteśmy przy temacie empatycznego podejścia do koni, to zastanówcie się proszę: czy rozumiecie się nawzajem z waszym podopiecznym? Często jeźdźcy cieszą się z bliskości i porozumienia z wierzchowcem. Przecież zwierzę rży radośnie nawet już na odgłos samochodu swojego opiekuna. Zawołany na padoku chętnie podchodzi do człowieka. Na zamkniętym terenie chodzi za swoim opiekunem. Wykonuje podstawowe polecenia podczas pracy na lonży i w siodle. Czy to jednak jest porozumienie? Czy to oznacza, że obie istoty w parze się rozumieją? Czy rozumiesz np. dlaczego koń podczas wykonywania tych podstawowych poleceń wiesza się na wodzach albo zadziera głowę „w chmury”? Czy tylko próbujesz zniwelować siłowo te zachowania? W grupach poradnictwa jeździeckiego nie widuje się pytań typu: jak zrozumieć, dlaczego koń wpada łopatką do środka? Jak znaleźć przyczynę tego stanu rzeczy? Nie. Pytania brzmią: co zrobić, żeby koń nie wpadał łopatką? Jeźdźcy nie chcą zrozumieć. Chcą znaleźć sposób i przepis na łatwe, szybkie i natychmiast skutkujące sygnały. Nawet nie chcą rozumieć dlaczego taki a nie inny sygnał powinni użyć – chcą się go nauczyć na pamięć. Gdyby to nie koń tylko człowiek obciążał twoje ręce swoim sygnałem albo chodził z przegięta głową w tył, nazwałbyś/nazwałabyś porozumieniem siłowe próby odgięcia jego głowy albo siłowe podtrzymywanie ciężaru jego ciała walącego się w przód? Nazwałbyś/nazwałabyś zrozumieniem i porozumieniem próby siłowego ustawiania pokrzywionego ciała człowieka? W pracy z końmi takie bezmyślne i siłowe „załatwianie wszelkich spraw z podopiecznym” nazywa się porozumieniem. Czy w takiej relacji człowieka z wierzchowcem „dochodzi do głosu” jego głupota czy hipokryzja?

Czy nazwałbyś/nazwałabyś porozumieniem, gdyby człowiek wyraźnie okazywał ból i próbował go unikać przy sygnałach przekazujących „prośbę” o zatrzymanie się albo zwolnienie tempa? Przy zaciąganych wodzach i wbijającym się boleśnie wędzidle wyraz otwartego pyska konia, ból widoczny w jego przerażonych oczach i rozpaczliwe rzucanie głową, dające nadzieję na uniknięcie bólu, nie dają się nie zauważyć. A jeźdźcy nie zauważają! Kiedyś już pisałam, że największą popularnością z moich postów cieszy się ten, który w tytule ma frazę „patenty jeździeckie”. Prawie zawsze jest na szczycie listy postów w statystykach bloga. Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy pewnego dnia znalazłam na szczycie listy post pod tytułem: „Samo-niesienie konia”. Gros jeźdźców nie zna tego pojęcia. Ktoś, gdzieś musiał usłyszeć to określenie, by wpisać je w wyszukiwarkę. Niby nic a bardzo cieszy mnie ten fakt. Odsyłam was w tym miejscu do postu o samo- niesieniu wierzchowca: Koń samo - niosący. Pracując z koniem, który sam się niesie, jeździec zyskuje możliwość zaprzestania działania wodzami jak hamulcem. Przy samo-niesieniu zwierzęcia, ciało i dosiad jeźdźca mogą przejąć funkcję przekaźnika sygnałów regulujących tempo i rytm marszu podopiecznego. Mogą przejąć funkcję przekaźnika próśb o zatrzymanie się konia. Mogą te funkcje przejąć od wodzy i wędzidła, ponieważ przy samo-niesieniu wierzchowca jeździec nie musi ciałem i biodrami pchać swojego rumaka. Przy prawidłowym dosiadzie i działaniu ciałem, podczas regulowania tempa chodu zwierzęcia, jeździec nie jest w stanie zadawać bólu. Hamującemu działaniu wodzy i wędzidła zawsze towarzyszy ból pyska i języka konia. Pomyślcie o tym, zrozumcie, przeanalizujcie i spróbujcie wprowadzić w życie. Wówczas będziecie mogli mówić o próbach zrozumienia podopiecznego i porozumiewania się z nim.




niedziela, 7 marca 2021

PO CO JEST WĘDZIDŁO?


Pod moim postem pod tytułem „Wodze i wędzidło” czytelniczka napisała komentarz: „Wiem, że post już parę lat ma ale tak czytam i coraz bardziej zaczynam się nad tym zastanawiać. Ostatnio znajoma, która nie jeździ konno, zadała mi pytanie: po co tak naprawdę wędzidło jest? Oczywiście zaczęłam coś tam mówić, coś o komunikacji, coś tam, coś tam, ale zaczęłam się zastanawiać - po co? Czy raczej - czy na pewno to jest tego warte, czy koń musi mieć coś w pysku? Czy nie wystarczy sam kontakt z jego głową do rozmowy? Na pewno wędzidło w dobrych rękach może być etycznym narzędziem do pracy, tylko coraz bardziej się zastanawiam czy aby na pewno to wszystko jest tego warte? Zanim ktoś nauczy się mieć dobry kontakt, nie zadawać bólu metalem w pysku, o ile w ogóle się nauczy, ponieważ w wielu miejscach przeganaszowanie to wzór prawidłowego kontaktu, no to trochę zajmie, stąd moje pytanie, czy dużo byśmy tracili w jeździectwie totalnie rezygnując z wędzideł? Nie dlatego, że to jest największe zło, ale chodzi o to czy procent osób dobrze go używających nie jest na tyle mały, że po prostu nie warto...? (Sama mam fatalny problem z kontaktem i najchętniej bym z wędzidła zrezygnowała, przynajmniej dopóki nie nauczę się stabilniej trzymać ręki...) Oglądanie pięknych przejazdów na cordeo czy kiełznach bezwędzidłowych jeszcze bardziej powoduje, że się zastanawiam, bo skoro to wszystko da się osiągnąć tak ,,nieinwazyjnie" to tak naprawdę, no właśnie ,,po co jest wędzidło?"

Dopiero w 2019 albo 2020 roku w regulaminie mistrzostw Polski w jeździe bez ogłowia znalazł się zapis, że na rozprężalni konie powinny pracować bez kiełzna. Wcześniej było dozwolone zakładanie ogłowia z wędzidłem i stosowanie wszelkich patentów. Tak więc, tuż przed wjazdem na czworobok czy parkur, koń miał zdejmowane ogłowie i zarzucane cordeo (przejazd czterominutowy) Przed tym wjazdem, przez 30 minut „rozprężany”, był na wypinaczach czy czarnej wodzy. https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2018/01/jezdzieckie-pogawedki-dzentelmensko.html Obecnie na rozprężalni, w czasie takich zawodów, króluje cordeo - ale w zaciszu swojej stajni prawdopodobnie nadal wędzidło, wypinacze i czarne wodze. Zwolennicy pracy bez wędzidła często pracują też na Hackamore. Przy siłowej pracy wodzami, kiełzno to miażdży i łamie koniom kości nosa.

Na zawodach western konie dają się prowadzić „jak po sznurku” na luźnych wodzach, ze zwisającą szyją i głową. Niestety, u wielu tych koni takie trzymanie głowy, to bardzo brutalnie wypracowany odruch. Takie konie przez wiele godzin stoją z przywiązanymi głowami do swojego ciała. Każda próba podniesienia głowy i szyi kończy się okropnym bólem. Trzymanie tak powiązanej i uwiązanej głowy również sprawia ból, no ale cóż..... potem tak pięknie ta opuszczona głowa wygląda podczas przejazdów. W codziennej pracy treningowej koniom „westernowym” również towarzyszy czarna wodza.

Mogłabym podać mnóstwo podobnych przykładów.

Piszę o tym nie po to, żeby generalizować czy „wrzucać do jednego worka” wszystkich jeźdźców danej dyscypliny czy stylu jeździeckiego. Piszę o tym, by uzmysłowić, że podziwiany końcowy efekt pracy z koniem, nie zawsze „mówi prawdę” o procesie szkolenia i metodach stosowanych dla uzyskania tego efektu. A metody takiego szkolenia są bardzo często i przeważnie bardzo inwazyjne.

Owszem, wędzidło może być narzędziem tortur w rękach jeźdźca. Tak jak piszesz, uczący się jeźdźcy są nieporadni w pracy wędzidłem. Ale dlaczego zastanawiasz się tylko nad wędzidłem? Czy pomyślałaś kiedyś o tym, ile wycierpi grzbiet konia, zanim uczący się jeździec nauczy się utrzymywać stabilnie i w równowadze swoje ciało. Pomyśl czasami nie tylko o pyskach ale i grzbietach szkółkowych koni, które po kilka godzin dziennie noszą takich uczących się jeźdźców. To nie tylko wędzidło jest „narzędziem tortur”. Człowiek na grzbiecie wierzchowca to główne i podstawowe narzędzie do zadawania bólu. Nie piszę tego wszystkiego w obronie wędzidła i cieszę się, że zastanawiasz się nad sensem używania go. Piszę to, ponieważ zastanawiam się, czy chęć człowieka do podróżowania na końskim grzbiecie jest warta tego, by zadawać mu ból i cierpienie. Ludzkość uważa, że jest warta. Piszę więc swoje posty i porady, żeby chociaż odrobinę zmniejszyć dyskomfort, chociaż nielicznych koni wierzchowych.

https://jezdzieckielementarz.wordpress.com/2018/12/21/prelekcja-o-koniach-i-jezdziectwie-dla-laikow-i-nie-tylko/

https://szalonaalewolna.pl/dlaczego-nie-jezdze-konno/

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2018/10/jeszcze-o-kusie-cwiczebnym.html

Po co jest wędzidło? Tak jak zasugerowałaś, służy ono do komunikacji. Powinno jednak być przekaźnikiem próśb i informacji na temat rozluźnienia. Wędzidło, wraz z wodzami, nie powinno być kierownicą ani hamulcem. Nie powinno być represyjnym narzędziem do obniżania głowy i szyi konia. Kiedy człowiek dosiada wierzchowca, odruchowo i podświadomie zwierzę obciąża ciężarem pasażera przód swojego ciała. Obciąża swoje przednie nogi, na których spoczywa już znaczna część ciężaru jego ciała. Żeby poradzić sobie z niesieniem tego ciężaru, zwierzęta te próbują przerzucić konieczność dźwigania swojego przeciążonego przodu na ręce jeźdźca. Opierają się więc na wędzidle mimo, że przynosi to ból w pysku. Gdy brakuje wędzidła, opierają się na nachrapniku mimo, że ten boleśnie uciska kości nosowe. Przy halterze znoszą ból wrzynającego się w skórę sznurka a przy cordeo muszą znieść wrzynanie i ucisk na krtań i przełyk. Zabranie zwierzęciu wszystkich tych podpórek nie spowoduje, że odciąży on przód swojego ciała obciążając tym samym zadnią część. Dźwiganie całości tego ciężaru przejmą mięśnie przodu ciała, napinając się do granic możliwości. Ciężar przejmą przednie kończyny, w których zwierzę podświadomie ograniczy ruchomość i sprężystość stawów. Żeby ulżyć kończynom piersiowym, napnie ono mięśnie szyi i użyje ich jako dźwigu, zadzierając jak najwyżej głowę. Przegnie przy tym plecy w dół, narażając je na ból i kontuzje. Ale nie wszystkie konie tak reagują na przeciążenie przodu ciała. Niektóre pozostawiają noszenie nadmiaru ciężaru swoim przednim nogom wspomaganym przegiętymi plecami, a głowę i szyję bezwiednie opuszczają w dół. Namówienie tak reagującego konia na podniesienie głowy i szyi, choćby nieznacznie w górę, graniczy z cudem.

Napięcia i ograniczenia ruchomości stawów kończyn przednich pojawiają się również wówczas, gdy koń próbuje przerzucić niesienie części ciężaru na ręce jeźdźca. Koń jednak nie rozluźnia tych spiętych mięśni i stawów po udanej próbie oddania do dźwigania części ciężaru. Koń nigdy sam z siebie nie rozluźni mięśni przodu ciała. To jeździec musi namówić do tego zwierzę, na którym podróżuje. Pojawia się pytanie po co go do tego namawiać? Otóż rozluźnione mięśnie to informacja dla podopiecznego, że odbieramy mu możliwość takiego sposobu dźwigania ciężaru. To przekaz, że odbieramy mu możliwość szukania podpór. To informacja, że chcemy namówić go do tego, by nadmiar ciężaru zalegającego z przodu ciała przerzucił na jego tył. I do przekazania tej informacji potrzebujemy środka przekazu. Moim zdaniem, wędzidło pozwala na przekazanie bardzo precyzyjnych i subtelnych informacji. Pozwala na dokładne wskazanie mięśnia w ciele, które koń powinien rozluźnić. Pozwala na dokładne wytłumaczenie, jak ten mięsień rozluźnić. Nie widzę jednak przeszkód, żeby takie informacje przekazywać przy pomocy ogłowia bezwędzidłowego. Chodzi jednak o to, że nachrapnik jest wygodniejszą podpórką dla konia niż wędzidło. Wydaje mi się, że trudniej namówić szczególnie młode zwierzę, do zaniechania prób opierania się na nachrapniku na rzecz pracy nad zrównoważeniem ciała. A muszę zaznaczyć, że jest to praca wymagająca od wierzchowca dużego wkładu wysiłku fizycznego i psychicznego. Nie widzę też żadnej szansy i możliwości na to, by można było poprzez cordeo i halter rozmawiać z podopiecznym na temat rozluźnienia mięśni przodu ciała.

Jednak „zabranie” zwierzęciu napiętych mięśni do podtrzymywania ciężaru musi być zgrane w czasie z pracą dosiadu i łydek nad przekazywaniem próśb o zaangażowanie zadu do aktywnej pracy i wyregulowanie tempa i rytmu chodu. Dopiero taka praca będzie pełną i szczegółową prośbą o równe i prawidłowe rozłożenie ciężaru na wszystkie cztery kończyny. Bez tej pracy, nawet, gdy uda się nam poprzez wodze namówić mięśnie do rozluźnienia, to ten stan potrwa tylko przez chwilę, po czym napięcia powrócą.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/06/podstawienie-zadu-konia-dzieki-pracy.html

Przy rozluźnionych i odciążonych już mięśniach przodu ciała, wędzidło i wodze powinny być przekaźnikiem informacji pomagających ustawić ciało konia. Podkreślam słowo „pomagających”. Poprzez dosiad i łydki wspomagane wodzami, jeździec powinien wskazywać zwierzęciu konieczność ustawienia ciała w taki sposób, by przednie i zadnie jego kończyny kroczyły tym samym torem a linia kręgosłupa pokrywała się z linią trasy, po której zwierzę maszeruje. Cordeo nie jest narzędziem, które pozwoli wspomóc dosiad i łydki w procesie ustawiania ciała zwierzęcia od czubka jego nosa po nasadę ogona.

https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2017/07/jak-podzielic-konia.html

Autorko pytania zacytowanego na początku postu, czytelniczko i czytelniku, doceń trud wkładany przez ze mnie w pisanie porad dla Ciebie i wesprzyj moją działalność blogowo – edukacyjną na Patronite. Wesprzyj budowę stajni, w której będę mogła pracować nad zrozumieniem specyfiki jeździectwa opartego na zrozumieniu i porozumieniu z wierzchowcem. Dziękuję. Pozdrawiam. Olga


środa, 10 lutego 2021

JAK NAUCZYĆ MŁODEGO KONIA, BY PODAWAŁ NOGI


„Pani Olu pomocy! Jak nauczyć 9 miesięczne dziecko podawać nóżki, które nigdy tego nie robiło! Nie chcę przemocą a prośbą”.



Proces uczenia młodego konia, by podawał nogi, jest dość długi. Długi, gdy chcemy to zrobić bez użycia przemocy i siły. Długi, gdy chcemy, by zwierzę zrozumiało prośbę o podanie nóg i chętnie ją wykonało. Jak już wielokrotnie wspominałam, nie stworzę przepisu na takie szkolenie. Każdy koń na nasze próby szkoleniowe będzie odpowiadał w inny sposób. Będzie w inny sposób się buntował. Tak, buntował – bo podczas pracy z koniem zawsze napotkamy bunt. Wywołuje go strach przed nieznanym. Zwierzę nie wie do czego te nasze zabiegi zmierzają i czy to coś dobrego czy złego. Żeby móc doradzić przy pracy z konkretnym koniem, muszę mieć dużo więcej informacji, niż wzmianka o wieku. Muszę wiedzieć, czy z tym zwierzęciem ktoś już nad czymś pracował? Czy konik poddawany jest czynnościom pielęgnacyjnym? Czy nie boi się dotyku człowieka? Czy stoi spokojnie na przykład przy czyszczeniu sierści? Jeżeli zwierzę pozwala się dotykać, to czy w każdym miejscu na ciele? Itd.

Nauki podawania nóg nie można zacząć od prób ich podnoszenia. Nie można próbować ich podnosić przy siłowym przytrzymywaniu młodego podopiecznego. Naukę trzeba zacząć od namówienia źrebaka, by grzecznie i cierpliwie stał podczas, gdy opiekun dotyka jego ciało w różnych miejscach. Namawianie do stania w miejscu nie może być jednak wiązaniem na krótkim uwiązie. Nie może być siłowym i kurczowym trzymaniem w miejscu, które pozbawia zwierzę możliwości ruchu. Im bardziej klaustrofobiczne warunki pracy, tym z większą paniką i buntem zwierzę będzie podchodziło do naszej szkoleniowej działalności. W procesie nauki ważny jest też czas przeznaczany na szkolenia i podział pracy szkoleniowej na etapy. Pierwsze lekcje nie powinny przekraczać kilku minut. Dla młodego konia kilka minut skupiania się na relacji z człowiekiem, to bardzo ciężka i wyczerpująca praca. Natura nie przygotowała tych zwierząt do konieczności dłuższego skupiania się na współpracy z drugą istotą. I do tego istotą innego gatunku. W procesie nauki ważny jest też system wzmacniania pozytywnych skojarzeń czyli wypracowanie systemu nagradzania za postępy w nauce.

Do nauki podawania nóg wybierzcie miejsce, w którym panuje względny spokój i jest wystarczająco miejsca dla pewnego zakresu ruchu dla współpracującej pary. Musi to być miejsce, z którego zwierzę nie będzie miało szans uciec ale będzie miało możliwość odsuwania się od was. Tak, dokładnie- koń ma mieć możliwość odsuwania się i przesuwania się. Koń ma mieć taką możliwość, jeżeli chcecie nauczyć go, by zrozumiał, że powinien współpracować poprzez grzeczne stanie w miejscu. Ściana, ogrodzenie czy jakakolwiek przeszkoda blokująca możliwość odsunięcia się podopiecznego od was, wymusza na nim konieczność stania w miejscu w stresujący dla niego sposób. Młode konie różnie reagują na taki stres. Niektóre z nich strach paraliżuje na tyle, że stoją spanikowane w miejscu. Inne w panice szukają ucieczki, taranując wszystko i wszystkich na swojej drodze. Szukając miejsca do nauki podawania nóg, musicie mieć już za sobą etap uczenia konia chodzenia obok człowieka na uwiązie i etap przyzwyczajania go do faktu, że będzie od czasu do czasu na tym uwiązie przywiązywany. Zasada z przywiązywaniem nie obowiązuje, gdy przyuczamy do podawania nóg źrebię będące jeszcze z matką i przy matce. W takiej sytuacji powinny pracować ze źrebięciem dwie osoby.

Wtrącę tu małą dygresję. Obserwowałam kiedyś proces „uczenia” odsadka, by stał grzecznie, gdy zostanie przywiązany. Ten proces „uczenia” polegał na tym, że w boksie źrebak został przywiązany do żłobu na bardzo krótkim odcinku sznura i pozostawiony tak na kilka godzin. Przerażony konik szarpał się długo i zawzięcie, aż opadł z sił. Efekt został osiągnięty. Konik po utracie sił poddał się fizycznie i psychicznie. Stał bez ruchu otępiały do czasu, aż nie został uwolniony ze sznura. Efekt został osiągnięty kosztem złamania psychiki zwierzęcia. Kosztem bólu, jaki zadawał sobie ten źrebak próbując uwolnić się z sideł. Zostawiam was z tą krótką historią. Nie skomentuję tego, bo musiałabym użyć niecenzuralnych i obraźliwych słów. Wiecie, co jest najgorsze? Takie sposoby „nauki” dla mnie podpadają pod znęcanie się i tortury, a ja nie mogłam zareagować. Nie mogłam, bo to nie moje zwierzę. Nie mogłam, bo żadna organizacja walcząca o prawa zwierząt nie zainteresowałby się i nie zainteresuje taką sytuacją. Są to przecież metody szkolenia powszechnie stosowane, stosowane od dawna i to przez zasłużonych i znanych zawodników, jeźdźców i szkoleniowców. Bo właśnie taka osoba zafundowała temu źrebakowi ( i innym też) opisane przeze mnie „szkolenie”.

Jak wcześniej wspomniałam, do pracy przygotowawczej do podawania nóg, młody koń powinien akceptować już wiązanie na uwiązie i konieczność cierpliwego stania przy wiązaniu. Uważam jednak, że na pierwszych sesjach szkoleniowych (z podawania nóg), nie należy go przywiązywać. Należy trzymać konia na luźnym uwiązie i zacząć go dotykać. Jeżeli zwierze zna dotyk związany z pielęgnacją sierści, to część pracy macie już za sobą. Ponieważ post dotyczy nauki podnoszenia nóg, to załóżmy, że czyszczenie sierści nie stanowi problemu. Należy więc zacząć dotykać nogi od samej góry do ich dołu. Należy dotykać ze wszystkich stron – również między nogami. Musicie zamykać dłoń na pęcinach i próbować utrzymać kontakt ale bez siłowego przytrzymywania. Jeżeli koń zacznie się odsuwać w odpowiedzi na wasze działanie, to podążajcie za nim i nadal dotykajcie. Róbcie przerwy w dotykaniu. Ustawiajcie na nowo konia w bezpiecznym miejscu (zapewniające możliwość przesuwania się). Przy pierwszej sytuacji, w której na dotyk zwierzę pozostanie na miejscu, dajcie mu dużą i soczystą nagrodę i zakończcie sesję. Może się zdarzyć, że podczas pierwszej czy pierwszych sesji nie doczekacie się takiego momentu. Mimo to, nie przedłużajcie lekcji w nieskończoność. Na którejś z kolejnych lekcji konik zatrzyma się w miejscu w odpowiedzi na dotyk czy złapanie pęciny. Pracując w ten sposób, nagradzając za pozytywną odpowiedź, regulując z wyczuciem wydłużanie sesji oraz „podnoszenie poprzeczki”, musicie doprowadzić do sytuacji, w której koń bez obaw, buntu i poruszania się pozwoli dotknąć każdej nogi w każdym możliwym miejscu.

Jest jednak pewne ale......nie każdy młody koń będzie odsuwał się od was w odpowiedzi na wasz dotyk. Spotkacie konie, które w ramach strachu i buntu zaczną na was napierać i pchać się. Takiemu zwierzęciu nie można ustąpić, nie można „oddać mu swojego pola”. W takiej sytuacji musicie najpierw namówić podopiecznego, by nie napierał. Musicie wyegzekwować, by to on ustępował wam miejsca. Jak radzić sobie z taką sytuacją opiszę w innym poście. (Post powiązany: 
„Koń taran) 

W kolejnym etapie postarajcie się utrwalić pozytywne podejście swojego podopiecznego do procesu dotykania i łapania nóg, tylko tym razem róbcie to, gdy koń jest przywiązany uwiązem. Dodajcie do tych czynności symulowanie chęci podniesienia nóg. Gdyby podopieczny w odruchu na wasz dotyk podniósł którąś nogę, to nie przytrzymujcie jej, nie podnoście w górę – pozwólcie odstawić. Potem pochwalcie i nagrodźcie to zachowanie. Gdyby podopieczny wrócił do buntu z odsuwaniem się czy napieraniem, to musicie „cofnąć się o krok” i ponownie namówić wierzchowca do zaakceptowania faktu, że powinien stać grzecznie przy dotykaniu i chwytaniu kończyn.

Kolejny etap pracy to nauka zwierzęcia odciążania jednej z nóg i obciążania pozostałych trzech. Musicie wiedzieć, że koniom, wbrew pozorom, na początku trudniej jest odciążyć przednie nogi. Na nich spoczywa bowiem więcej końskiego ciężaru, niż na kończynach zadnich. Za to przy nauce odciążania zadnich nóg, zwierzęta czują większy strach i niepewność. Pracując nad nauką odciążania nóg, nie wolno napierać siłowo swoim ciałem na nogę konia, którą akurat zamierzamy podnieść. Każdy koń na takie działanie odpowie takim samym napieraniem a w efekcie, dołożeniem ciężaru na tą nogę, którą w założeniu powinien odciążyć. Tak, tak wiem …. wielu koniom udaje się tak podnosić nogi. Trzeba być jednak niedoukiem, żeby nie zauważyć, że w takim przypadku podopieczny obciąża swoim ciężarem naszą rękę a w konsekwencji nasz kręgosłup. Obciąża tym ciężarem, który przed chwilą dźwigała jego noga, gdy była oparta o podłoże. Jak ktoś chce tak dźwigać nogi i wiecznie przepychać się z koniem, to jego wybór. Może przestać czytać ten post i wrócić do siłowej pracy z koniem.

Przy pierwszych lekcjach odciążania, sięgając po przednią nogę podopiecznego, musicie tuż przed tym działaniem namawiać konia do odciążenia obu przednich kończyn. Musicie namawiać do choćby nieznacznego przerzuceniu ciężaru na zadnie kończyny. To namawianie to lekkie, krótkie i powtarzane pchnięcia / klepnięcia w przód klatki piersiowej wierzchowca. Potem, trzymając dłonią za pęcinę nogi, łokciem delikatnie namawiajcie zwierzę do zgięcia stawu nadgarstkowego. I znowu to namawianie powinno być delikatnymi, krótkimi i powtarzanymi pchnięciami łokciem. Gdy nadgarstek przestanie powracać do wyprostowania i pozostanie zgięty, koń uniesie lekko w górę piętkę. Musicie wykorzystać ten moment i postawić nogę konia na przedniej krawędzi kopyta. Na czubku kopyta. Gdy to się uda, zostawcie nogę w spokoju i nagrodą podziękujcie koniowi za współpracę. Zostawiam waszemu wyczuciu długość i intensywność takiej sesji. W efekcie takiej pracy, wierzchowiec powinien po jakimś czasie bez problemu odciążać nogę na dotyk ręki opiekuna. Powinien bez oporu pozwolić postawić sobie odciążoną nogę na czubku kopyta. Powinien pozostawić ją tak ustawioną przez jakiś czas nawet wówczas, gdy opiekun puści lekko trzymający uścisk. Po tym etapie, podniesienie tak odciążonej nogi nie powinno stwarzać żadnych problemów. Namawiam was jednak do podnoszenia takiej nogi na początek na niewielką wysokość. I z czasem stopniowo ją powiększać.

Teraz zadnie kończyny. Chwytając jedną z nich w żaden sposób nie napierajcie na ciało konia. Wiem, wspomniałam już o tym, ale wolałam przypomnieć. Bez podnoszenia jej w górę, stopniowo przesuwajcie ją maksymalnie do tyłu. Staw kolanowy podopiecznego zaczynie się wówczas zginać, co sprowokuje konia do odciążenia tej kończyny. Obejmijcie wówczas jedną ręką tą nogę konia tak, by na naszym łokciu oparł się staw skokowy. Obejmijcie staw skokowy sięgając spod brzucha konia a nie zza nogi. Tak zahaczoną nogę przesuwajcie nadal w tył, lekko podnosząc i zginając zwierzęciu staw skokowy. Przy odpowiednim przesunięciu w tył zadniej nogi, stanie się możliwe postawienie kopyta tej nogi na przedniej jego krawędzi. Gdy się wam to uda, zostawcie w spokoju nogę, niech zwierzę zrobi z nią co zechce. Oczywiście, podopiecznego należy nagrodzić i pochwalić za umożliwienie nam tego ruchu jego nogą. Po jakimś czasie w efekcie tej pracy, wierzchowiec powinien odciążać zadnią nogę w odpowiedzi na dotyk ręki. Powinien bez oporu dać ją przesunąć w tył i postawić na czubku kopyta. Powinien też trzymać przez jakiś czas tak ustawioną nogę nawet wówczas, gdy opiekun przestanie ją obejmować. I wtedy będzie to odpowiedni moment na podniesienie zadniej nogi w górę.

Oczywiście, podczas całej tej szkoleniowej akcji możecie natrafić na różne problematyczne zachowania konia. Postarajcie się wówczas wrócić do wcześniejszego etapu szkolenia i dogłębniej go utrwalić. Zróbcie czasami „dwa kroki w tył, żeby zrobić jeden w przód”.

https://www.facebook.com/100006282285620/videos/2773246929561356/

P.S. Pisałam ten post 10 lutego 2021 od wczesnego rana do późnego popołudnia. Pisałam z przerwami na asystowanie przy budowie stajni w Kwiejcach. Moim miejscu zamieszkania. Mój mąż przeczytał ten post przed publikacją, żeby ocenić czy jest zrozumiały i czytelny dla osób niedoświadczonych w takiej pracy, które mogłyby skorzystać z moich porad. Autorko lub autorze pytania zacytowanego na początku postu, czytelniczko i czytelniku, doceń trud wkładany przez nas w pisanie porad dla Ciebie i wesprzyj moją działalność blogowo – edukacyjną na Patronite. Wesprzyj budowę stajni, w której będę mogła pracować nad zrozumieniem specyfiki jeździectwa opartego na zrozumieniu i porozumieniu z wierzchowcem. Dziękuję. Pozdrawiam. Olga



niedziela, 17 stycznia 2021

BEZSENSOWNE ĆWICZENIA WYKONYWANE PRZEZ JEŹDŹCÓW NA KONIU


Dosiad, w którym ciężar ciała jeźdźca rozłożony jest na strzemiona, dla wielu jeźdźców wydaje się być nie do zaakceptowania. Moje promowanie takiego dosiadu i próby wytłumaczenia jego sensowności i zalet wzbudza wiele emocji. Szczególnie aktywnie objawia się to na YouTube. Cyklicznie, co jakiś czas, pojawia się kolejny komentarz z sugestią: „to pokaż jak anglezować bez strzemion i na oklep”. Autorka ostatnio zadanego w podobny sposób zagadnienia nie włożyła nawet odrobiny wysiłku, by znaleźć w komentarzach wcześniej wstawione już takie uwagi. Przy tych komentarzach znalazłaby moją na to odpowiedź: „w ogóle nie anglezować bez strzemion i na oklep”.

Dlatego, ponieważ oba te ćwiczenia uczą jeźdźców ściskania boków konia kolanami. W jeździe bez strzemion w siodle, podczas anglezowania, kolana jeźdźca zaciskają się na nim a zwierzę to doskonale czuje. Przy jeździe na oklep, kolana jeźdźca wbijają się boleśnie w ciało zwierzęcia. Wbijają się w mięśnie, prowokując je do napinania się w odpowiedzi na zadany ból i dyskomfort. Wbite w ciało kolana jeźdźca tuż za końskimi łopatkami ograniczają również swobodny ruch tych łopatek. Ta blokada łopatek przekłada się na usztywnianie i blokowanie swobodnej pracy wszystkich stawów w przednich kończynach wierzchowca. Ograniczenie ruchu łopatek przekłada się również bezpośrednio na usztywnienie mięśni szyi. Nie będę tłumaczyła w tym poście owej zależności. Możecie poczytać o tym w poście pod tytułem: „Jak to jest z tym zapieraniem się w strzemionach?” (https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2019/09/jak-to-jest-z-tym-zapieraniem-sie-w.html).

Ćwiczenia anglezowania bez strzemion uczą jeźdźca odruchu zapierania się kolanami na ciele konia przy podnoszeniu w górę pośladków i ich opuszczaniu na grzbiet konia. Oba te ćwiczenia prowokują jeźdźców do trzymania się zaciśniętymi kolanami, jako sposobu na utrzymanie się w siodle. Uczą blokowania ruchomości stawów kończyn jeźdźca. Najmniej ruchome i najbardziej zablokowane stają się stawy kolanowe. Oba te ćwiczenia prowokują wielu jeźdźców do podciągania się na wodzach przy anglezowaniu a tym samym, napinaniu ramion i mięśni pleców. A przede wszystkim oba te ćwiczenia kodują w „jeździeckich głowach” przekonanie, że równowaga jeźdźca na koniu zaczyna się od pośladków wygodnie usadzonych na końskim grzbiecie, a kończy na czubku ich głowy. Koduje przekonanie, że równowaga jeźdźca na końskim grzbiecie to umiejętność nie spadania z tego grzbietu podczas ruchu zwierzęcia. Dla wielu jeźdźców sposobem na utrzymanie takiej właśnie „równowagi” w siodle jest balansowanie torsem. Tragedią jest jednak to, że dla całkiem sporej rzeszy adeptów jeździectwa abstrakcją jest fakt, że siedząc na grzbiecie konia, jeździec nie powinien się trzymać czegokolwiek czymkolwiek. Taki wniosek nasunął mi się po przeczytaniu wielu komentarzy na YouTube. Komentarzy napisanych przez jeźdźców zapamiętale ćwiczących anglezowanie bez strzemion. Komentarzy, w których pytają: „to czym się trzymać, siedząc na koniu, jeżeli nie kolanami?”

To ostatnio zadane pytanie o anglezowanie bez strzemion i opisane wyżej moje przemyślenia podsunęły mi pomysł napisania tego postu. Postu o bezsensownych ćwiczeniach na końskim grzbiecie. Potem pomysł ewoluował i pomyślałam o ćwiczeniach, które właśnie kodują w jeźdźcach nieprawidłowe postrzeganie równowagi, gdy obciążają oni sobą końskie plecy. Ewoluował po zadaniu pytania na temat bezsensownych ćwiczeń w grupie „Nieformalny Związek Dżentelmeńsko – Hippiczny”.

Dla mnie takim ćwiczeniem jest robienie „młynka” w siodle. Zrobiłam takie ćwiczenie dwa razy podczas pierwszych lekcji jazdy konnej. Pamiętam sztywność mojego ciała przy tych nieporadnych próbach obracania się. Pamiętam kurczowe przytrzymywanie się siodła. Pamiętam myśl: do czego ma mi się przydać to ćwiczenie? Jest to jednak ćwiczenie powtarzane i dublowane w nieskończoność w procesie szkolenia młodych adeptów sztuki jeździeckiej. Ma ono swoich zwolenników, którzy widzą w nim wiele zalet.

Treść zadanego pytania we wspomnianej grupie była taka: „Cześć, chciałabym napisać post o bezsensownych ćwiczeniach na koniu. O ćwiczeniach, które moim zdaniem nie wnoszą niczego konstruktywnego do jazdy wierzchem i pracy z koniem. Pamiętam moje pierwsze jazdy na lonży i tak zwany młynek na końskim grzbiecie. Przekładanie nóg i przekręcenie się o 360° na siodle podczas dwóch pierwszych lonży, sprowokowało mnie tylko do napięć i usztywnienia ciała. Rozumiem sens wykonywania tego ćwiczenia podczas treningów woltyżerskich. Podejrzewam jednak, że ćwiczenie to doprowadza się do perfekcji żmudnymi powtórzeniami, przez dłuższy okres czasu. Adept sztuki woltyżerskiej powinien wykonać je z rozluźnionym ciałem, płynnie i z gracją. Nieporadne dwukrotne powtórzenie młynka raczej nie wniesie niczego dobrego do postawy jeźdźca. Ale może się mylę? Jakie, waszym zdaniem, bezsensowne ćwiczenia instruktorzy fundują swoim uczniom?”

W obronie „młynka” wypowiedziało się parę osób. Nie tego dotyczyło moje pytanie ale wypowiedzi tych osób nadały kierunek tworzenia tego posta. Nie będę cytować ich wypowiedzi. Nie chcę polemizować z ich punktem widzenia. Chcę napisać i pokazać, dlaczego pewne ćwiczenia wykonywane na grzbiecie konia są według mnie bezużyteczne, bezsensowne a wręcz szkodliwe. Podejrzewam, że w obronie anglezowania bez strzemion również stanęłoby wielu jeźdźców. Znaleźliby zalety tego ćwiczenia i korzyści jakie przynosi ono jeźdźcom. I tu jest jest chyba „klucz” do różnicy w postrzeganiu tych ćwiczeń przeze mnie i przez wielu innych jeźdźców. Dla mnie każde ćwiczenie powinno przynosić korzyści obu istotom w pracującej parze. Koń nie powinien być i nie jest przyrządem w typie podnóżka. Nie powinien być żywą i ruszającą się podpórką dla człowieka. Wierzchowiec powinien być partnerem w pracy i współpracy. I takiego stosunku do koni jeźdźcy powinni uczyć się od pierwszej lekcji. Powinni więc wykonywać ćwiczenia, które przynoszą obopólną korzyść. Powinni wykonywać ćwiczenia, które uczą współdziałania i dają szansę swobodnej i wydajnej pracy obu partnerom. A jeżeli jeździectwo, oparte na partnerstwie i równym wysiłku wkładanym we wspólne poruszanie się będzie zbyt mało atrakcyjne dla uczącego się adepta, to niech po prostu z niego zrezygnuje. Taka decyzja będzie bardzo korzystna dla koni.

Przechodzę teraz do meritum, czyli do nieprawidłowego spojrzenia na równowagę jeźdźca na koniu. Myślę, że każdy z was jeździ lub jeździł na rowerze. Utrzymujemy równowagę na tym pojeździe dzięki balansowaniu ciałem. Podejrzewam, że wielu z was wydaje się, że to balansowanie zaczyna się od poziomu naszych pośladków opartych na siodełku. Bo niby w czym miałyby pomóc nam nasze nogi lekko i niezobowiązująco oparte na pedałach? Nawet nie opieramy na nich naszego ciężaru. Opieramy je na siodełku. Częścią tego ciężaru obciążamy też kierownicę. Teoretycznie więc nogi potrzebne są nam tylko do napędzania pojazdu.


Zanim będę kontynuowała wywód muszę zaznaczyć, że nie dotyczy on jazdy wyczynowej, ekstremalnej, akrobatycznej albo artystycznej. Dotyczy zwykłej jazdy na rowerze.

Wielu z was próbowało zapewne jazdy na rowerze „bez trzymanki”, czyli bez trzymania kierownicy. Nie jest to jakaś bardzo trudna sztuka. Odciążamy kierownicę, mocniej obciążamy siodełko i uważniej balansujemy ciałem.



I tak, jak wyżej napisałam, mogłoby się wydawać, że nogi do tego balansowania i utrzymania równowagi nie są potrzebne. Ale każdy, kto chciałby zdjąć je z pedałów szybko przekona się, że to nieprawda. Bez trzymania kierownicy nie utrzymacie siebie i roweru w równowadze z luźno zwisającymi nogami.

Jadąc na rowerze „bez trzymanki”, nie moglibyście również pozwolić sobie na siedzenie na siodełku z pokrzywionym torsem. Pośladki musiałyby być równo posadzone – nie wchodziłoby w rachubę opieranie na siedzisku jednego pośladka, przy drugim z niego zwisającym. Kręgosłup musiałby być w pionie, ramiona rozluźnione i w poziomie. Razem z biodrami musiałyby być ustawione dokładnie w kierunku, w którym chcielibyście prowadzić rower.

Jeszcze lepszym przykładem na nieodzowne uczestniczenie nóg w balansowaniu ciałem i budowaniu równowagi ciała jest jazda na rowerze jednokołowym. Pozycja człowieka na tym pojeździe musi być pozycją bliższą pozycji stojącej niż siedzącej.


Typowy rower wymusza siedzenie bardziej fotelowe. Wymusza ułożenie nóg jak przy siedzeniu na krześle. Na takim jednokołowym pojeździe pewnie niewielu z was próbowało swoich sił. Macie chyba jednak na tyle wyobraźni, żeby zauważyć, iż niemożliwym byłoby podróżowanie na tym jednym kole (np. toczącym się z górki) przy luźno zwisających nogach. Nogach nie opartych na pedałach.

Już „słyszę głosy” wielu z was, że koń to co innego. Koń ma cztery nogi, więc to on utrzymuje i podtrzymuje jeźdźca. Już „słyszę”, że człowiek na końskim grzbiecie nie musi utrzymywać swojego „pojazdu” w równowadze. I tu się mylicie. Bardzo błędne jest myślenie, że brak równowagi jeźdźca od stóp do czubka głowy nie ma wpływu na równowagę konia. Błędne jest myślenie, że wierzchowiec bez problemu utrzyma i podtrzyma człowieka z pokrzywionym torsem, człowieka pochylonego i przygarbionego albo zbyt mocno odchylonego. Błędne jest myślenie, że koń utrzyma i podtrzyma bez skutków ubocznych człowieka z ciałem przekręconym na siodle i przykurczonym. Chcecie wiedzieć dlaczego? Czytajcie dalej.

Weźmy teraz jako przykład dużą piłkę do ćwiczeń. I znowu podejrzewam, że wielu z was miało okazję dosiąść taką piłkę (a jeżeli nie, to uruchomcie ponownie wyobraźnię). „Sadzam” więc człowieka na piłkę.


W pozycji, w której opiera on ciężar swojego ciała w trzech punktach, postać bez problemu utrzymuje w równowadze swoje ciało na niestabilnym „siedzisku”.

A teraz odrywam jego nogi od ziemi.



Żadne balansowanie ciałem od pośladków w górę nie utrzyma piłki tak, by nie uciekła wam spod tych pośladków. Tak, tak, wiem, koń ma cztery nogi. Dajmy więc tej piłce podporę w postaci „nóg”. Z dwóch stron piłkę będą podtrzymywać „ludzie”. Na potrzeby rysunku zmniejszę te postacie, by mogły bez zbytniego pochylania się wykonywać swoje zadanie. Najpierw niech te postacie trzymają samą piłkę.


Jest to dla nich niewielki wysiłek. Ich ciała mogą pozostać rozluźnione, bez napięć, które mogłoby wymuszać utrzymywanie jakiegoś ciężaru.

Dodajmy jednak ten ciężar. Najpierw człowiek siedzący w równowadze całego ciała.



Sytuacja postaci trzymających piłkę niewiele się zmieniła. Nawet, gdyby człowiek na piłce robił jakieś ćwiczenia rozciągająco - rozluźniające tułów, postacie trzymające nie odczułyby zbytnio obciążenia ciężarem piłki. Teraz podciągnę do góry nogi człowieka na piłce.


Teraz postacie trzymające piłkę mają sporo pracy. Muszą utrzymać ciężar niestabilnego człowieka na piłce. A niech zacznie on niezdarnie obracać się wokół własnej osi. Niech zacznie spadać na jedną ze stron i wykrzywiać na różne sposoby swoje ciało. Bez siłowych napięć i bez blokowania ruchomości swoich stawów, trzymające piłkę postacie nie utrzymają w równowadze piłki i jej pasażera. Zwróćcie też uwagę, że kręcący się na piłce ciężar, wymusza utrzymanie piłki nie tylko na linii przód - tył. Mimo, że trzymające piłkę postacie znajdują się naprzeciwko siebie, to musiałyby utrzymać piłkę uciekającą na boki. Uciekającą spod jej pasażera. Czyli ich prawa albo lewa strona zostałaby mocniej obciążona. W zależności od poczynań pasażera piłki, jedna z postaci ją utrzymujących może być też bardziej obciążona ciężarem niż druga.

Teraz pozostaje mi poprosić was byście wyobrazili sobie, że piłka to grzbiet i brzuch konia, a postacie trzymające piłkę to końskie kończyny. Bez siłowych napięć mięśni i bez blokowania ruchomości stawów swoich kończyn, koń nie utrzyma swojego torsu obciążonego niestabilnym pasażerem. Z niestabilnym pasażerem na grzbiecie wierzchowiec nie będzie równo rozkładał swojego ciężaru na swoje kończyny – a taki stan jest brakiem równowagi. W tym miejscu namawiam was jeszcze raz do przeczytania postu pod tytułem: „Jak to jest z tym zapieraniem się w strzemionach”. (https://pogotowiejezdzieckie.blogspot.com/2019/09/jak-to-jest-z-tym-zapieraniem-sie-w.html). Dowiecie się z jego lektury, że wierzchowiec nie ma kostnego połączenia między kłodą a kończynami przednimi.

Ćwiczenia, które wskazałam w tym poście, są ćwiczeniami przykładowymi podczas których jeźdźcy kodują sobie, że równowaga jeźdźca siedzącego na koniu zaczyna się od ich pośladków. W jeźdźcach rodzi się przekonanie, że stabilne oparcie nóg dla utrzymania równowagi całego ciała nie jest konieczne w przypadku podróżowania na końskim grzbiecie. Przy takich ćwiczenia jeźdźcy budują empatyczne przekonanie, że bylejakość ich dosiadu nie ma wpływu na komfort pracy ciała konia. Budują przekonanie, że wielkość konia i jego siła dają im przyzwolenie na bycie biernymi balastami na końskich plecach. Ćwiczenia te budują w jeźdźcach przekonanie, że koń wszystko wytrzyma, że ich siłowe ściskanie, zaciskanie, ciągnięcie nie sprawia zwierzęciu bólu i nie przyczynia się do dyskomfortu fizycznego i psychicznego oraz do powolnego pogarszania się jego stanu zdrowia.

Według mnie, wszelkie ćwiczenia wykonywane przez jeźdźca na grzbiecie konia, powinny przygotowywać do poprawy zjednoczenia we wspólnej pracy. Nie można brać pod uwagę dobrostanu tylko jednej z pracujących istot. I właśnie dlatego wiele z tradycyjnych, szkoleniowych, jeździeckich ćwiczeń uważam za bezsensowne.

Ktoś mi ostatnio w komentarzach zarzucił zbyt nachalne promowanie swojej wyidealizowanej wizji jeździectwa. Dziwi i martwi mnie fakt, że promowanie podejścia do konia jako partnera może być uważane za wyidealizowaną wizję? Wyobraźcie sobie tańczącą parę ludzi i jednego z partnerów ćwiczącego postawę, równowagę i rozluźnienie kosztem drugiego z parterów. Kosztem partnera, z którego zrobiono podporę i „trzymacza”. A potem wymaga się od niego siły, gracji, sprężystości i lekkości we wspólnym tańcu. Taka para nie współgrałaby w tańcu. Nie współpracowałaby ze sobą. I znowu „słyszę” głosy – ale koń to nie człowiek. Owszem, nie człowiek. Ale koń, to tak jak człowiek, żywa i czującą istota. Zbudowana z tej samej materii i według tych samych zasad funkcjonowania ciała. Dlaczego więc nie jest traktowana jak partner w pełnym tego słowa znaczeniu?

Teraz dodam parę dygresji. Po pierwsze, uwielbiam serię filmów GF Darwin pod tytułem: „Byli sobie Ludzie”. W jednym z odcinków pada istotne dla mnie pytanie. Cytuję: „Mówimy o prawach ludzi i o prawach zwierząt. Zupełnie tak jakby człowiek w jakiś sposób nie był zwierzęciem.......Skoro ludzie i zwierzęta są dziećmi tej samej planety, jedzą te same owoce, piją tą samą wodę, to czy nie powinniśmy wobec tego mówić o prawach istot? Wielka inteligencja, to również wielka odpowiedzialność”. https://www.youtube.com/watch?v=-3bDLHVTWEI To tak a propos mojej wyidealizowanej wizji podejścia do zwierząt.

Po drugie, chciałam podziękować Marzenie, mojej czytelniczce, za to, że zawsze ze zrozumieniem czyta moje teksty. Marzena jako jedyna odpowiedziała na moje pytanie, zacytowane na początku tekstu. To pytanie wstawiłam również na stronie: „Jeździectwo nie takie łatwe jak się wydaje”. I tam, w komentarzach wymieniłyśmy swoje spostrzeżenia.

Oto odpowiedź Marzeny na moje pytanie: „Już nie pamiętam jak stawiałam pierwsze jeździeckie kroki w Polsce i jakie ćwiczenia wykonywałam. Tutaj, w Hiszpanii wkurza mnie stanie z koniem przy barze i picie piwa. Szczytem szpanu jest wypicie całej puszki tak, aby koń się nie poruszył i ani jedna kropla się nie wylała. Dla mnie to brak szacunku dla konia. To ćwiczenie ma uczyć dyscypliny biedne zwierzę. Bo takie picie piwa i ględzenie z kumplami może trwać z dwie godziny lub więcej”.

No cóż …...dla mnie masakra. Szczyt ludzkiej głupoty i braku empatii.

Olga Drzymała

Przeczytaj proszę post pt: "Bez tytułu"




Obejrzyjcie też film o aktywnym dosiadzie.

poniedziałek, 14 września 2020

LIST OTWARTY DO WSZYSTKICH OSÓB NIEBĘDĄCYCH WŁAŚCICIELAMI KONI, KTÓRE ODWIEDZAJĄ STAJNIE


Wszystkie osoby, które odwiedzają różne stajnie (osoby niebędące właścicielami koni w tej stajni), bardzo proszę o niedokarmianie zwierząt. Prośbę kieruję do osób, które przyjeżdżają w towarzystwie właścicieli wierzchowców. Do osób nieletnich i pełnoletnich przyjeżdżających na naukę jazdy konnej. Prośbę kieruję do rodziców przywożących dzieci na treningi oraz do wszystkich innych osób będących gośćmi w stajni. Gośćmi częstymi i nieczęstymi. Jest to prośba powtarzana nieustannie i na okrągło. Powtarzana wszystkim i każdemu z osobna. Niestety, ciągle nierespektowania. Jestem pewna, że prośba taka powtarzana jest w każdej stajni.

Proszę te wszystkie osoby, by zrozumiały również, że prośba o niedokarmianie koni nie jest podszyta złośliwością, brakiem sympatii czy jakąś niechęcią. Ta prośba kierowana jest w trosce o dobro i zdrowie koni.

W naszej stajni mieszka siwa klacz. Przedpołudniami stoi na padoku najbardziej oddalonym od stajni. Kilkukrotnie klacz walczyła z ochwatem. Czym jest ochwat?

Ochwat – u konia, to ostre, rozlane zapalenie tworzywa kopytowego, okrywającego kość kopytową. Ochwat może być ostry lub przewlekły. Zazwyczaj dotyka przednich nóg konia, choć może też pojawić się we wszystkich czterech kopytach. Schorzenie jest bardzo niebezpieczne, ponieważ róg kopyta może ulec trwałemu zniekształceniu w wyniku powikłań (Wikipedia). Ochwat jest bardzo bolesny. Najbardziej bolesna jest wówczas dla konia przednia część kopyt, w związku z tym stara się on przenieść cały ciężar na piętki, wyciągając przednie kończyny przed siebie i równocześnie starając się przemieścić zadnie nogi pod kłodę, by te przejęły na siebie jak najwięcej ciężaru ciała. Koń wygląda tak, jakby siedział na zadzie. Odczucie bólu jest więc bardzo duże, stan ogólny zwierzęcia jest zły, temperatura ciała podwyższona, chore kopyta są gorące, nierzadko występuje równoczesny obrzęk koronki. W skrajnych wypadkach może dojść nawet do oderwania się koronki od puszki kopytowej. Przy ochwacie przewlekłym mamy natomiast do czynienia przede wszystkim z deformacją puszek kopytowych wywołaną rotacją kości i charakterystycznym sposobem chodzenia konia, obciążającego najpierw piętki, a dopiero w następnej kolejności resztę kopyta. Na kopytach są widoczne również charakterystyczne dla tego schorzenia pierścienie ochwatowe.

Przyczyny ochwatu są różne. Często jest to konsekwencja i objaw choroby Cushinga. U wspomnianej klaczy istnieje podejrzenie występowania tej choroby. By zapobiec możliwości pojawienia się u klaczy kolejnego ochwatu, właścicielka konia ma dwie możliwości działania. Może przestrzegać ścisłej diety w karmieniu podopiecznej albo karmić bez przestrzegania diety i podawać drogi lek. Podawać codziennie do końca życia klaczy. Koleżanka wybrała dietę. Ta ścisła dieta konia to siano. Klaczy nie wolno jeść owsa, trawy – szczególnie tej przedpołudniowej, ponieważ zawiera dużo cukrów. Nie może jeść marchewki, jabłek, bananów, buraków. Nie może jeść niczego oprócz siana.

Ponieważ klacz stoi na padoku daleko od stajni, pada czasami ofiarą osób, którym wydaje się, że podsuwanie zwierzęciu do zjedzenia wszystkiego co człowiekowi wpadnie w ręce, jest okazaniem miłości do tych zwierząt. To jednak nie jest okazywanie miłości. Kochasz zwierzątka, to nie dokarmiaj tych, które są pod czyjąś opieka. Zaadoptuj realnie albo wirtualnie zwierzę bezdomne, zwierzę w potrzebie. Wspieraj osoby, które poświęcają czas i wszelkie środki na ratowanie zwierząt w potrzebie. Jest wiele bezpiecznych możliwości okazania miłości zwierzętom. Dokarmiając wspomnianą klacz stwarzasz zagrożenie. Możesz się przyczynić do ogromnego cierpienia zwierzęcia. U wspomnianej klaczy każdy kolejny ochwat może być tym, przy którym będzie trzeba podjąć decyzję o eutanazji, by skrócić cierpienie zwierzęcia. Dokarmiając tego konia możesz przyczynić się do konieczności podjęcia takiej decyzji.

Karmiąc zwierzę, którego nie znasz, karmiąc je bez zgody właściciela możesz trafić na takie, którego schorzenie nie pozwala jeść tego czy owego. Dokarmiane przez Ciebie zwierzę może być uczulone na to, co podajesz mu do zjedzenia. Może też dostawać od tego kolki. Dokarmiając nieznane sobie zwierzę, nie wiesz czy nie zjadło już tego dnia dozwolonej dawki tego, co mu podajesz.

Dokarmiając konie na padokach i wybiegach możesz przyczynić się do tego, że zazdrosne o łakocie konie pobiją się ze sobą i zrobią sobie krzywdę. Dokarmiając konia możesz przyczynić się do tego, że zwierzę zrobi krzywdę osobie, która właśnie go obsługuje. Dzieci, które uczą się jeździć na mojej klaczy, przynoszą dla niej marchewki. Przynoszą zazwyczaj w workach foliowych. Dźwięk worka to informacja dla Loli, że „przyjechały” łakocie. By pozwolić się skupić klaczy na pracy i osobie ją obsługującej, dzieci bezszelestnie chowają worki z marchewkami do stajennej „kuchni”. Później dają te marchewki za moją zgodą, pod moją kontrolą i w nagrodę po pracy. Za moją zgodą moja klacz dostaje też marchewkę od dwóch koleżanek, które przywożą regularnie ową marchewkę swoim koniom. Wszystkie jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to „niekończąca się opowieść”. Koleżanki wiedzą, że niosąc marchewkę swoim koniom nie mogą pominąć mojej klaczy oporządzanej przez amazonkę, ponieważ ta pominięta stanie się niespokojna. Zawsze jednak zadają to samo pytanie.....”czy mogę dać Loli marchewkę?”

Pewnej soboty pierwszy raz zdarzyło się, że owa klacz postanowiła wyrwać się młodej amazonce. Próbowała pobiec w stronę taczki, gdy usłyszała jej dźwięk. Taczki, z której dostawała trawę. Dostawała bez mojej zgody. Byłam przy tym i powstrzymałam zwierzę. A co mogłoby się stać, gdyby nie było mniej akurat przy niej? Niektóre konie w tej stajni są oporządzane i dosiadanie przez dzieci. Dzieci te zawsze są pod opieką i kontrolą osoby dorosłej. Ta opieka i kontrola nie oznacza jednak, że opiekunowie są przylepieni jak cień do swoich podopiecznych.

Powtarzam, więc prośbę jeszcze raz: nie dokarmiaj koni. Nie dokarmiaj, bo przyczynisz się do nieszczęścia.

Piszę ten list w swoim imieniu ale myślę, że wielu ludzi, którzy opiekują się zwierzętami, podpiszą się pod moja prośbą. Podpiszą się nie tylko opiekunowie koni. Podpiszą się opiekunowie wszelkich zwierząt. Z problemem dokarmiania zwierząt boryka się też kolejna z koleżanek. Podzieliła się ostatnio ze mną pewną refleksją. Otóż zauważyła ona, że prośbę o niedokarmianie zwierząt respektują i przyjmują do wiadomości częściej dzieci niż osoby dorosłe. Drodzy dorośli, poddaję Wam tą refleksję koleżanki do przemyślenia.

Olga Drzymała


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...